Nie jestem zdrajczynia

Portal FZP

fzp

NIE JESTEM ZDRAJCZYNIĄ Anett Haskia

[Autorka jest założycielką organizacji „Prawdziwy Głos” pomagającej arabskim Izraelczykom w pełnieniu służby cywilnej, oraz arabskim kobietom w sytuacjach przemocy domowej. Jej trójka dzieci służyła w armii izraelskiej: syn Hussam brał udział w operacji Ochronny Brzeg, a córka Sucha była pierwszą Arabką służącą w IDF. Anett kandyduje do Knessetu z listy BAIT Yehudi, mając nadzieję na wprowadzenie reformy w politycznym dyskursie arabsko-izraelskim]

portal fzp

Anett Haskia ze swoim najmłodszym synem, Hussamem, podczas składanie ślubowania wojskowego IDF.

Jestem łatwym celem dla takich polityków arabskich jak członek Knesetu Ahmed Tibi z Ta’al, który nazwał mnie zdrajczynią i „wariatką szukającej uwagi dla osiągnięcia osobistych zysków”.

Łatwo jest ludziom siedzącym w Knesecie od późnych lat 90-tych, których lewicowe elity izraelskie ślepo wspierają wyłącznie dlatego, że ci posłowie określają siebie „uciśnionymi palestyńskimi bojownikami o wolność, oskarżać mnie o bycie odstępczynią, która pomaga „wrogowi”. Tylko, że jakoś nie widzą, że ten sam „wróg” płaci im pensje, które pozwalają na wysyłanie ich dzieci po naukę do prestiżowych uniwersytetów w Europie. Tego zdają się nie rozumieć, bo to służy wyłącznie samolubnym celom i podsyca ogień nienawiści.

Arabscy posłowie mają łatwo. Walcząc z „uprzedzeniami” i sugerując, że są obywatelami drugiej kategorii, dostają carte blanche od mediów i izraelskich elit.

Nie tak jest ze mną. Przez ostatni miesiąc udzieliłam wywiadów prawie każdej większej stacji i agencji prasowej i prawie zawsze media te miały w ręku jakieś atuty, żeby przedstawić mnie jako ciemną kurę domową. Na przykład wywiad w Kanale 1: wykorzystano moje wszystkie najgorsze lapsusy, pomijając wypowiedzi w których wypadłam najlepiej. Podobnie było z wywiadami dla prasy.

Nie tak jest z arabskimi posłami. Ahmed Tibi ostatnio w Kanale 10 zażądał zdjęcia z tła flagi izraelskiej, ponieważ omawiał sposoby zakończenia „syjonistycznej okupacji”. Oczywiście zgodzono się na to. Tibi jest „biednym, pomiatanym Palestyńczykiem”, a ja dumną Izraelką i syjonistką, która nie będzie popierać ataku na granice swojego kraju.

Arabscy parlamentarzyści mają dobrze. Żyją w świetnych domach za pieniądze od lewicowych darczyńców: takich jak Peace Now, B’Tselem, Machsom Watch, J Street i New Israel Fund. Nie mają problemów ze zbieraniem funduszy na kampanię wyborczą czy na podróże do wrogich krajów, takich jak członkowie Knesetu Haneen Zoabi, Dżamal Zahalka i Basel Ghattas odbyli do Kataru, i to w czasie Operacji Ochronny Brzeg.

Ja jestem zwykłą obywatelką, założyłam organizację „The True Voice” [prawdziwy glos], żeby pomagać młodym arabskim Izraelczykom brać udział w służbie cywilnej (bo nie oczekuję, że wszyscy będą równie patriotycznie jak ja wysyłać dzieci do IDF), i wspierać arabskie kobiety wobec przemocy domowej. Nie dostaję od nikogo kopert z pieniędzmi. (…)

Moja kampania wyborcza nie jest sponsorowana przez skrajnie lewicowych filantropów, którzy nie mają pojęcia, że służą sprawie nienawiści, podżegania do przemocy i segregacji w naszym społeczeństwie.(…)

Arabscy członkowie Knesetu są piątą kolumną. Chcą zniszczenia Izraela tak samo jak Hamas i Fatah. Różnica polega tylko na tym, że są uważani za demokratyczną reprezentację izraelskich Arabów. Nazywają mnie zdrajczynią ponieważ działam na rzecz prawdziwego pokoju między Żydami i Arabami, którzy mogą żyć obok siebie z wzajemnym zrozumieniem i poszanowaniem kultury, religii i dziedzictwa. Pokoju dla którego Izrael nie musi zdradzać swoich narodowych interesów (czy ktoś jeszcze pamięta o Holocauście, czy muzułmanie mają o tym przypomnieć?), czy takiego, który trwa dwa tygodnie.

Dla osiągnięcia trwałego pokoju w ogóle nie jest potrzebne tworzenie państwa palestyńskiego tam, gdzie ono nigdy nie istniało, narażając bezpieczeństwo Izraela i umieszczając izraelskich Arabów w dziwnej sytuacji poczucia winy za każdym razem, kiedy wybuchną bomby. Przeciwnie, utworzenie państwa palestyńskiego wzmocni tylko ekstremistów. Izraelscy Arabowie zostaną pozostawieni sami sobie, a izraelscy Żydzi będą po presją reakcji, jak w czasach porozumienia z Oslo czy Wye.

Często słyszę pytanie „ale ilu izraelskich Arabów wspiera Izrael, tak jak ty?”. Odpowiedzi można poszukać w ostatnich sondażach na temat ilu izraelskich Arabów wolałoby mieszkać w państwie palestyńskim, a ilu w Izraelu. Okazuje się, że przytłaczająca większość wybiera drugą opcję. Jednocześnie, należy zauważyć, że w wyborach do Knesetu uczestniczy tylko około 30% Arabów. Gdyby milcząca większość miała wybierać, wybrałaby Izrael. Jednak arabscy wyborcy stracili zaufanie do swoich przedstawicieli w Knesecie, ponieważ ci ich nie reprezentują.  Na przykład czy arabscy parlamentarzyści kiedykolwiek poparli czy zainicjowali prawo polepszające sytuację bitych arabskich kobiet, które starają się uciec od swoich agresywnych mężów, czy też zrobić coś w sprawie dziewczynek wydawanych za mąż?

Wychodzi na to, że to arabscy członkowie Knesetu są zdrajcami, a nie ja. Zdecydowałam się kandydować z listy Bait Yehudi właśnie po to by jak najlepiej służyć interesom arabskich Izraelczyków, a nie służyć, jak oni, sztucznym podziałom w naszym społeczeństwie. Chcemy wieść spokojne życie, zarabiając na godne utrzymanie naszych rodzin. Większość z nas chce mieszkać w pokoju z Żydami, bez cierpienia poniżenia i uprzedzeń. Arabscy posłowie chcą czegoś innego.

Źródło: The Jerusalem Post, „I am not a traitor”, January 2, 2015, s. 22

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: