Kacik poezji – Anna Grabowska Goldshmidt cz. 9

 

Anna Grabowska ­ ur. 26.09.1969

mówi ­ pomimo tego, że urodziła się tydzień po terminie ­ nie jest domatorką, choć nią bywa. Pozostało jednak zamiłowanie do ciepła. Woli wyjechać na wycieczkę, niż kupić nową kanapę. Mieszka w Paryżu, tam też pracuje.

Jest feministką nawet wtedy, gdy farbuje włosy i nosi stringi. Matka trzech córek, trzykrotna rozwódka. Nawet ładna. Ci, którzy znają ją tylko trochę ­ uważają za czarownicę, Ci, którzy poznali ją naprawdę wiedzą, że serce bije jednak na wyciągniętej dłoni (jakkolwiek  brzmi to banalnie)

Jest zbyt wrażliwa i za dobrze widzi i za mocno czuje.  Nie jest pewna czy to dobrze.

Nie lubi biografii, bo tak naprawdę nic nie mówią o człowieku, tylko o szkołach, pracy i pozycji. Czytelnik tego nie potrzebuje, potrzebuje prawdy, a ta niewątpliwie jest w jej wierszach Publikowała dotąd tylko na portalach internetowych oraz prowadziła własny blog.Nie uważa się za poetkę, lecz za autorkę wierszy.


mniejsza o tytuł

Dans la vie il faut savoir compter, mais pas sur les autres.
Paul-Jean Toulet

madame stella isabelle kocha ludzi bardziej
od antyków. woli meble contemporaines,
wykonane w skośnych krajach. dla każdego
pracownika miskę ryżu; bilateralna korzyść.

warto awantaż chować za kulisami.
arierscena niech będzie pochwalona;
widz nie widzi , klaszcze na wieki wieków,
podziwiając charytatywną sztukę

sklejania meblościanek i końca z końcem.
trzy tytuły przed nazwiskiem dają prestiż,
choć po chińsku – doktor, brzmi jak cochon.
niezależnie od przedrostka, świntuszymy

hojnie wysyłając datek na szczepionki.


tartaczna

ciotka stella kochała drzewa. im większe, tym bardziej.
wzrok nie sięgał do koron, liczyły się grube pnie.
dałabym głowę, że widziała w nich przyszłe szafy,
serwantki z porcelaną i opasłe kredensy.

co rok obrastała nowym słojem tłuszczu i kontem
w banku. kiedy zdrewniała, zaczęły drążyć ją korniki.
nie da się ich zabejcować – powiedziała matka,
infiltrują od głowy, zabierając wszystkie zyski.

poznałam większość bolączek i niestworzonych historii.
wysyłała je w korespondencji razem z plotkami
i przepisami na choroby. w każdej skrzętnie ukrywała
kota, ale listy z sierścią mówiły za siebie.

w dziewięćdziesiątym piątym wspięła się na akację,
chcąc karmić piersią zdziwione gołębie.
wyglądała dziecinnie w zielonej koronie. za rok wyszło
na jaw, że drzewa można pociąć na deski do trumny.

wieko koniecznie z reliefami – zarządził ojciec.


Do zgryzienia

Orzeszku, przyrzeknij, ze nie jesteś pusty,
a dziurka na świat nie świadczy o wyjściach.
Że zanim cię wezmę do ust, przełknę ślinę,
połknę bakcyla – nie pokryję się pajęczyną
i drobiazgowymi łzami. Drążenie boli jak poród,

pierworódkę – pierwiastkę prowadź do celu.
Oderwij wzrok od blizny – tarczki, matki.
Instruuj strzałkami, korytarze wydrążę sama.
W skorupce powinno być przytulnie.
Potrafię się wgryzać i zostawać na dobre i złe.

Można jeszcze zaszumieć drzewem,
póki zamiary i wiara nie wyschły.
Spróbujmy od nowa. Udam że nie wiem
o innych ustach, językach i zajściach.

Będziemy pić z łupinek i kołysać gałęzie.
Tylko obiecaj, że już nigdy nie będziesz pusty.


Wczesniejsze wpisy Ani

KLIKNIJ TUTAJ

 

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: