Ucieczka z piekla cz.8

JEDZIEMY W NIEZNANE

Przez cały czas, od początku naszego zesłania myślałem o tym, że gdzieś w Związku Radzieckim musi być mój wuj. W naszym domu w Krakowie, mama często opowiadała, że jej młodszy brat Iser służył w armii austriackiej, i w 1917 roku dostał się do niewoli rosyjskiej. Wiedziała, że osiedlił się w Krasnojarsku na Syberii, ale od 1924 roku, nie miała z nim żadnego kontaktu. Poprosiłem Rosjankę pracującą w stołówce o pomoc w napisaniu listu do magistratu. Napisałem, że poszukuję Isera Lustbadera. Po niedługim czasie otrzymałem adres mojego wujka. Napisałem do niego list, o tym gdzie jesteśmy, jakie jest nasze położenie, i z pytaniem, czy możemy się spotkać.
Wujek był niesamowicie zdziwiony i uszczęśliwiony moim listem. Natychmiast odpisał. Niestety, z powodu odległości, a do Krasnojarska było kilka tysięcy kilometrów, nie mógł przyjechać, ale przysłał nam paczkę z konserwami, i prosi abym napisał, jakie ubrania czy buty potrzebujemy to natychmiast nam pośle. Aż do amnestii, co miesiąc, dostawaliśmy od wuja Isera paczkę. Nie znałem rosyjskiego, więc z czytaniem i pisaniem listów byłem uzależniony od Rosjanki, której obiecałem za pomoc konserwy.

A teraz, parę słów o naszym „uczastku” (miejscu, w którym mieszkaliśmy). Na takie miejsca mówiło się „wolna zsyłka” czyli więzienie bez krat, w odróżnieniu od łagrów, do których wysyłano osoby bez rodziny. Takie osoby, po łapance osadzane były w więzieniu we Lwowie, a stamtąd wysyłane do łagrów na północ- do obłasti Krasnojarskiej na Kołymę, na północ do Archangielska i na północny wschód od Chabarowska.
Praca na „szpał- zawodzie”, przy robieniu podkładów kolejowych, dla nas, nie przyzwyczajonych do prac fizycznych, była bardzo ciężka. Godziny pracy uzależnione były od pory roku. Do końca września długo było jasno, więc wracaliśmy do „uczastku” z tartaku o dwudziestej, a wstawaliśmy o piątej rano. Jedzenie, które dostawaliśmy było bardzo marne, rano zupa i 200 gramów chleba, w południe przywozili do tartaku kaszę jaglaną, a kiedy wracaliśmy po pracy, to w stołówce była porcja zupy i znowu 200 gramów chleba. Na szczęście w baraku kobiety gotowały nam jedzenie z produktów, które zdobywaliśmy dzięki wymianie w kołchozie, i z konserw przysyłanych ze Lwowa. Tak dożywialiśmy się aż do wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej.
W październiku zaczęły się deszcze. Droga do pracy zupełnie rozmokła. Chociaż większość pracowała na zewnątrz, ponieważ deszcze nie był ulewne, nie pozwalano nam przerywać pracy. Ja pracowałem pod dachem tartaku, jednak w drodze do baraku mokłem.
Po wejściu do baraku wszyscy suszyli nad piecem ubrania, żeby rano nałożyć suche rzeczy. Na początku listopada zaczął padać śnieg, a temperatura spadła. W dzień było 3 stopnie poniżej zera, a w nocy dochodziło już do 10 stopni mrozu. Dostaliśmy walonki czyli wysokie buty z filcu, i rękawice robocze. Ziemia zamarzła- ciężkie warunki pracy jeszcze się pogorszyły, nie dawaliśmy rady wypełnić normy, bo ludzie co jakiś czas przychodzili do wnętrza tartaku (szpał-zawodu) się ogrzać.
Tymczasem, ilość ludzi na „uczastku” powiększyła się. Trzy kobiety urodziły dzieci. To było dwóch chłopców i dziewczynka. Warunki bardzo niezmiernie ciężkie, wszyscy żyliśmy przecież w jednym pomieszczeniu, nie było pieluch i ubrań dla dzieci, ani lepszego jedzenia dla matek- ale wszyscy przeżyli, z jednym tych urodzonych wtedy jestem jeszcze w kontakcie.
Powracam do tartaku. Kiedy temperatura spadła w nocy do minus 45 stopni, a dzień, nawet gdy świeciło słońce, do minus 20, nadal pracowaliśmy. Pracę przerywano dopiero przy temperaturze poniżej 35 stopni.
W marcu zaczęła się odwilż, śnieg tajał i droga do tartaku stała się bardzo ciężka. Nogi grzęzły w mokrym śniegu, który wpadał do walonek. Kiedy docieraliśmy do pracy nogi mieliśmy już zupełnie przemoczone. Miałem przy sobie rezerwowe onuce, tak żeby zmienić je przed pracą, a w tym czasie mokre suszyć. Z powodu jałowego jedzenia kilku z nas cierpiało na kurzą ślepotę, kiedy zapadał zmierzch nic nie widzieli. Staraliśmy się kupić wątrobę, gotowało się ją później, to było lekarstwo na tę chorobę.
Czas mijał, aż nagle, 22 czerwcu 1941 dowiedzieliśmy się, że wybuchła wojna, że III Rzesza napadła na ZSRR.
Tę wiadomość usłyszeliśmy słuchając radia MOSKWA. Ogłosił to, swoim basowym głosem, słynny spiker żydowskiego pochodzenia, Lewiatan. Co wieczór zbieraliśmy się w stołówce, aby dowiedzieć się jak postępują walki. Wiadomości były niedobre, stale podawano, że „nasze bohaterskie odziały taktycznie ustępują”.
Kiedy podali, że padł Lwów nie wiedzieliśmy, co się dzieje z Jankiem, Zeną, i z resztą rodziny. Na razie stosunek do nas się nie zmienił, ale aresztowali inżyniera Wajdę, który pochodził z Poznania. Pod koniec lipca dowiadujemy się że premier Sikorski w Londynie podpisał układ z Moskwą, że ma być wojsko polskie i wszyscy obywatele polscy uwięzieni w łagrach, i na wolnej zsyłce, mają być zwolnieni.
Rosjanie namawiali nas, żebyśmy zostali, że będziemy dostawać zapłatę za pracę. Po kilku dniach zjawili się oficerowie z N.K.W.D. i rozpoczęła się rejestracja. Najpierw nas namawiali, a potem grozili, byśmy przyjęli paszporty rosyjskie, chociaż w umowie Sikorskiego wyraźnie było napisane, że po zwolnieniu pozostajemy obywatelami polskimi. Kilka osób zgodziło się, i przyjęło radzieckie paszporty, ale większość odmówiła. Dostaliśmy dokumenty bez podanego „grażdaństwa”, to znaczy bez obywatelstwa. W tym dokumencie był paragraf zakazu osiedlenia się w wielkich miastach. Wszyscy zaczęli zastanawiać się, dokąd jechać, trzeba było podjąć decyzję, bo mieliśmy otrzymać bilet do celu. Ja z Lusią i bratem wiedzieliśmy, że chcemy jechać do mojego wuja, do Krasnojarska, ponad 2 tysiące kilometrów od miejsca naszej zsyłki.
Zaraz napisaliśmy do wujka o naszym postanowieniu, ale ten list doszedł do niego już po naszym pobycie u niego. Nasi nowi przyjaciele, rodzina Platner, postanowili pozostać na miejscu , otrzymali domek na Tropinsku. Platner został majstrem w tartaku.
Dostaliśmy list od brata Lusi, Janka, że został zmobilizowany. Jest lekarzem wojskowym w szpitalu w Połtawie. Podał nam też adres kontaktowy w Moskwie, na wypadek gdyby szpital miał być ewakuowany. Naturalnie stało się to bardzo szybko, bo Połtawa padła.
Tymczasem, większość ludzi z „uczastku”, wybrała miasto Semipołatinsk w Kazachstanie. Tam też zdecydowała się jechać rodzina Rotenberg, której urodził się syn na „uczastku”. Dołączyli do nich też „tato” Kremler z synem. Myśleliśmy, że to będzie rozłąka na wieki, ale jak się okaże, los chciał inaczej.
Zaczęliśmy kolejny etap naszego wygnania. Najpierw pojechaliśmy do Tjumienia, tam w kasie na dworcu, dostaliśmy bilety.
10 godzin czekaliśmy na pociąg. W końcu wsiadamy, jedziemy na wschód. Jesteśmy WOLNI. Cdn.

Poprzednie odcinki

KLIKNIJ TUTAJ

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: