Ciekawe artykuly

Co my tu robimy?

Co my, Żydzi, robimy w Polsce? Czemu nie pojedziemy do Izraela? Do kraju, z którego pochodzimy? Gdzie nikomu nie opada szczęka na widok jarmułki na głowie i tego, że na jesieni ludzie budują szałasy przed domami? Albo czemu nie wyemigrujemy do Stanów Zjednoczonych, gdzie Żydów niemało? Można pójść na koszerną pizzę i nikogo nie dziwi, że nie jadasz krewetek. Albo co najmniej gdzieś do Zachodniej Europy. W Berlinie, Londynie czy Wiedniu można posłać dziecko do żydowskiej szkoły, w której Żydów jest więcej niż nie-Żydów, a nie odwrotnie. Czemu nadal mieszkamy w tej „antysemickiej”, „PiS-owskiej” Polsce, która zieje na nas ogniem z każdej strony, zarówno tej polskiej, jak i żydowskiej?

Jak bierzesz ślub, znajomi chcą wiedzieć, w którym kościele i czemu nie w sobotę. Jak zakrywasz po ślubie głowę, koleżanki płaczą, że świat zapomni o twoich długich włosach. Wyjeżdżasz za granicę, to dopytują troskliwe twoich najbliższych, czy przyjedziesz na Święta i martwią się bardzo, że nie będzie was przy wigilijnym stole. Rodzi ci się dziecko – dopytują, kiedy chrzest. Wspominasz o obrzezaniu – patrzą na ciebie jak na sadystkę. Gdy dziecko dorasta, patrzą na nie z żalem, bo nigdy nie jadło pizzy pepperoni i, o zgrozo!, cheesburgera z McDonald’są. Nosisz długie spódnice, zasłaniasz ramiona i dekolt? Zarzucają, że żyjesz w patriarchalnym świecie, w którym to facet narzuca zasady ubioru.

Zapalasz świeczkę chanukową przed oknami, przechodzi marsz narodowców skandujących, żeby Żydzi wyjechali szybko (w rzeczywistości używają dużo bardziej wulgarnych określeń). Jedziesz do Pałacu Prezydenckiego, bo Prezydent robi gest, zapraszając cię na uczczenie twojego święta? Krzyczą, że ściskasz się z wrogiem. Mówią, że nie widzisz, nie słyszysz, udajesz, że nie wiesz. Dodają, że to schizofrenia. Stajesz obok Prezydenta, uśmiechasz się. Mówią, że głupia baba, próżna, pójdzie tam, gdzie flesze, nie zdając sobie sprawy, jak poważna jest sytuacja. Nie pojedziesz do Dudy –będą mówić, że jesteś za dumna na uściśnięcie wyciągniętej pokojowo ręki, że odgradzasz się, zamykasz jak zawsze w swojej grupie.

Spacerując ulicą, mijasz na murach symbol twojego narodu na szubienicy. Nie bardzo wiesz, jak to wytłumaczyć trójce wychowanych w Izraelu dzieci, które oczekują wyjaśnień. Idziesz na zajęcia edukacyjne do liceum, dziwią się, że wyglądasz normalnie. Czego się spodziewali, nie wiadomo, w każdym razie nie ciebie. Otwierasz przedszkole żydowskie – wypominają, że od młodych lat indoktrynujesz religijnie dzieci. Piszesz, że w Polsce Żydem nie jest łatwo być – uważają, że to trochę kontrowersyjne stwierdzenie.

Więc czemu, czemu tu jesteśmy, skoro ciężkie to brzemię? Skoro z każdej strony hejt? Zewnętrzny i wewnętrzny. Ze stron dalekich, od obcych ci ludzi i z bliska od kogoś, kogo znasz od dawna.

Nie wiem, czemu w Polsce są inni. Wiem, czemu jestem ja.

Bo przed wojną 10% polskiego społeczeństwa stanowili Żydzi. Mieli swoje synagogi, rabinów, obchodzili swoje święta, stawiali chupy, pod którymi brali ślub, obrzezywali, dokonywali szchity. Mieli kluby sportowe i swoje orkiestry. Własne szkoły, przedszkola, domy starców, sierocińce. Czasem zamykali się w gettach i niewiele chcieli mieć wspólnego z Polakami. Czasem asymilowali się silnie. Tworzyli polską kulturę i historię. Byli.

A potem stało się to, o czym niektórzy wiedzą z historii, inni z bezpośrednich relacji. Żydzi dostawali kulkę w łeb, gdy szli ulicą, albo w plecy, gdy akurat za nimi stał wróg. Łapano na ulicy, poniżano. Wsadzano do pociągów. Wieziono w nieznane przez kilka dni. Zmuszono do niewolniczej pracy. Nie karmiono, nie dawano ubrania. Traktowano gorzej niż zwierzęta w chlewie. Duszono ich w komorach gazowych. Wieszano. Przerabiano na mydło.

Kto po czymś takim chciałby być jeszcze Żydem? Żydem na tym cmentarzysku, na ludzkiej krwi przodków, pośród bólu, strachu, śmierci, po tylu niewyobrażalnych stratach, traumach przekazywanych przez pokolenia. Choć minęło 70 lat, nadal musimy bronić wytrwale zaciekle samych siebie.

Nadal nie odpowiadam na pytanie, co ja tu robię. Może po prostu jestem. Staram się być najlepiej, jak potrafię. Machać przyjaźnie ręką do Prezydenta, uśmiechać się do narodowca, kłaniać znajomemu Żydowi, choć obraził się nie wiadomo o co, delikatnie odpierać ataki braci i wrogów, że jestem taka, jaka jestem, a nie zupełnie inna.

Przyznam, że takie stanowisko pozwala mi dostrzec to, o czym nie wspomniałam. Słowa otuchy, poklepywania po ramionach, wspólne fantastyczne inicjatywy, ciekawe pytania ludzi z zewnątrz, mądre uwagi ludzi ze środowiska (bywa też, że odwrotnie). Uśmiechy żydowskich dzieci, gdy zapala się z nimi świeczki chanukowe i uśmiechy dzieci nieżydowskich, gdy się im o chanuce opowiada. Zainteresowanie dorosłych, zaciekawienie młodzieży. Nierzadko zachwyt nad rzeczą nam dobrze już znaną, a dla innych przecież obcą. I ta nieprzerwana i niezachwiana chęć, a może upór istnienia na przekór historii.

Czasem, czytając pamiętniki opowiadające o czasach wojennych, chce mi się płakać, wręcz wyć. Ale o dziwo coraz częściej przy takiej lekturze pojawia się na mojej twarzy uśmiech chochlika, który pokrzyżował komuś plany. Hahahahahaha! Żyjemy, nadal jesteśmy!

Gdy byłam małą dziewczynką, przechodnie podchodzili do mnie na ulicy, tak jak to nadal mają w zwyczaju robić, i straszyli. „Idź do mamy, bo cię zabiorę”, „przyleci babajaga i cię ukradnie mamusi”, „a jak policjant przydzie? Weźmie cię i nie odda!” itd. Bałam się tych odzywek, a moją matkę i babkę doprowadzały one do szału. Gdy miarka się przebrała, babcia wzięła mnie na poważną rozmowę, taką, jaką odbywa się z trzylatkami. Nauczyła mnie prostej formułki, którą miałam powtarzać za każdym razem, gdy ktoś mi się naprzykrzał. Brzmiała ona „nos w sos proszę pani/proszę pana”. Mojej mamie potem nieźle się kilka razy oberwało i usłyszała, że ma niewychowanego bachora. Jak ją znam, głaskała mnie wtedy po głowie albo uśmiechała się porozumiewawczo, dając do zrozumienia, żebym się tymi awanturami nie przejmowała.

Teraz nie mogę do nikogo tak powiedzieć. Ale mimo to myślę sobie: „nos w sos, Drodzy Państwo”.

https://www.weshalom.pl/spolecznosc/2016/01/co-my-tu-robimy

2 odpowiedzi »

  1. Podziwiam Zydow ktorzy zostali w Polsce z przyczyn czysto ideologicznych. Z wiernosci miejscom Zaglady. I nie do konca ich rozumiem…I wspolczuje im troche gdyz nie jest to latwy wybor i drogo sie za niego placi. A Tych, ktorzy zostali nie z wlasnego wyboru lecz ze splotu okolicznosci zyciowych i rodzinnych, zachecam do jak najszybszego wyjazdu do Izraela, jesli nie ich samych gdyz z wiekiem robi sie za pozno, to przynajmniej ich dzieci lub wnukow. Wyjazd do zadnego innego kraju, wlacznie z USA, nie ma najmniejszego sensu dla tych ktorzy naprawde czuja sie Zydami. To skazanie na wieczna tulaczke i ponizenie, a w Izraelu Zydzi sa potrzebni i maja proste plecy. Sa u siebie…

  2. Misjonerstwu w stylu męczęnników katolickich w Afryce? Misja dziejowa? Aby zdenerwować Polaków samym faktem że przeżyłaś nie musisz mieszkać w Polsce. Nic tak Polaków nie wścieka jak prosperujący Izrael. Patologia tej wściekłości jest trywialna, ale na wszelki wypadek powtórzę ją tutaj. Przeciętny polski katolik widzi polskich Zydów jako utalentowanych niewolników którzy nie tylko pracują na niego ale jeszcze służą jako gruszka bokserska, w razie potrzeby. Prosperujący Izrael to ci sami niewolnicy którzy uciekli aby pracować na siebie i radzą sobię bez pomocy polskiego cwaniaczka i nawet odzwyczaili się od bicia.

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.