Aktorzy żydowscy – czyli rozliczamy sie z mitami o Teatrze Żydowskim

W 2015 r. Teatr Żydowski pod wodzą Gołdy Tencer stał się nieoczekiwanie dla wielu jedną z najciekawszych scen w Warszawie. Spektakl za spektaklem budował swój odświeżony wizerunek, zdobywając uznanie krytyków i – co najważniejsze – widzów! Wielokrotnie nagradzane przedstawienia: „Dybuk” i „Aktorzy żydowscy” oraz mająca kapitalne otwarcie kameralna sztuka „One same” – sprawiły, że przymiotnik „żydowski” w kontekście teatru zaczął mieć jakby odrobinę mniej negatywny wydźwięk.

„Aktorów żydowskich” widziałem dotąd dwa razy. Dwa podejścia, dwa różne przedstawienia, oba świetne. Za pierwszym razem pechowo zdarzyło się tak, że jedna z grających w nim aktorek (Izabela Rzeszowska) doznała kontuzji nogi. Przed spektaklem, kiedy witano widzów, Jerzy Walczak pięknie zapowiedział, że spotykamy się dziś tylko dlatego, że aktorka nie wyobraża sobie, by mogło być inaczej. Pewne rzeczy będą musiały z konieczności wyglądać nieco inaczej, ale zagramy. I zagrali! Takie sytuacje pokazują siłę aktora. Pamiętam, gdy Agnieszka Krukówna złożyła rolę na dwa dni przed premierą, Krystyna Janda (bo to w jej teatrze rzecz miała miejsce) powiedziała: „Aktor nie gra zaplanowanego spektaklu albo kiedy umarł albo zwariował, to jedyne przypadki, jakie ja znam”. W Teatrze Żydowskim to się potwierdza!

  1. Co z tym Żydowskim?

            Nie od dziś czuję się w Teatrze Żydowskim jak w domu. Bynajmniej nie dlatego, że znam tam kogoś prywatnie. To nie o to chodzi. Jest coś takiego w atmosferze teatru, że człowiek odczuwa tam, jakby zatrzymał się czas. Wracają chwile, których już dawno nie ma, ludzie, którzy zniknęli w odmętach wielkiej historii… Jednocześnie człowiek ma świadomość, że jest tu mile widziany. Kompetentna i sympatyczna obsługa sprawia, że od pierwszej chwili widz czuje się gościem, podkreślę to – mile widzianym gościem. Spektakle tutaj też bywają inne niż wszystkie, momentami smutniejsze niż gdzie indziej, czasem bardziej archaiczne w formie. Tak, jakby stanął czas. Nic jednak bardziej mylnego – tutaj tak samo jak wszędzie kotłują się emocje, walczy się o sukces, jak wszędzie – są wzloty i upadki. A jednak mówiło się przez lata o tym teatrze źle. I dlatego właśnie, co mało kto zauważył, powstał ten spektakl…

  1. Spektakl do innych niepodobny

            Nie jest niczym szczególnym przygotowanie spektaklu w konwencji próby. Sam Teatr Żydowski ma w swoim repertuarze choćby bardzo udane „…coś jeszcze musiało być”, które rozpoczyna się dość długą sekwencją próby. Tutaj jednak jest zupełnie inaczej. Widzowie wkraczają na teren zupełnie dotąd dla nich niedostępny. Na małej scenie pojawiają się nie tylko w tzw. oku cyklonu, ale też na tej próbie są oczekiwani. Artyści witają już w wejściu, pomagają przy wyborze miejsc, po chwili częstują chałką, rozdają kielichy z … czy przypadkiem zamiast soku nie powinno tam być wino? Zapalane są szabasowe świece, robi się bardzo uroczyście.

Kto jednak myśli, że będzie tak miło do końca, bardzo się myli. To tylko punkt wyjścia, podobnie jak próba do „Tewjego Mleczarza” Szolema Alejchema (tak, to na podstawie „Dziejów Tewji Mleczarza” stworzono musical „Skrzypek na dachu”). Po chwili zacznie się to, po co tak naprawdę nas zaproszono. Festiwal.. pamięci, lęków, nazbieranych latami wyrzutów, złych opinii, ale i marzeń czy potrzeb. Patrząc aktorom w oczy, ujrzymy, z czym tak naprawdę aktor w Teatrze Żydowskim musi się zmierzyć. Okazuje się, co czuliśmy podskórnie, że nie jest tu wcale tak łatwo pracować. Dlaczego? Dowiecie się podczas spektaklu…

  1. Dlaczego to nie jest dokument?

       Z kilku powodów? Po pierwsze, to przedstawienie miało na celu nie zanudzić publikę, a zmusić ludzi do myślenia, ba – do przewietrzenia umysłów. Reżyserka spektaklu Anna Smolar tłumaczyła  w wywiadach, że stworzyła pozory dokumentalności właśnie po to, żeby ten biograficzny porządek przekroczyć. Mnóstwo ludzi, którzy nawet w Teatrze Żydowskim nie byli, mają na jego temat swoje zdanie, powtarzane do znudzenia uprzedzenia. Ludzie budujący to miejsce mają poczucie zamknięcia w pewnej kapsule czasu (w ujęciu znacznie przekraczającym tylko repertuar tego miejsca). Dla ludzi na zewnątrz wszystko się nieustannie zmienia, dlaczego więc w środku panuje cisza?

Bardzo szybko aktorzy, mówiący pod swoimi nazwiskami, zaczynają fakty mieszać z wypowiedziami innych osób, a nawet wplatać w nie elementy fikcyjne. Po co? Chcą w ten sposób, aby widzowie dotarli do innej prawdy, znajdującej się gdzieś pomiędzy słowami czy faktami. Pada wiele pytań. Teatr naprawdę „się wtrąca”!

  1. Co na to aktorzy?

            Wcale nie było tak łatwo wybrać tych, którzy zagrali w „Aktorach żydowskich”. Przeciwni spektaklowi byli ci, którzy nie chcieli publicznej wiwisekcji. Inni, przyzwyczajeni do spokojnej egzystencji, obawiali się pewnie rozgłosu. Jak mówi Anna Smolar i autor scenariusza Michał Buszewicz, znaleźli się też artyści źli o to, że taki spektakl ma powstać. Dlaczego o nas? – pytali. Przecież jesteśmy tacy sami jak inni! W ten sam sposób przychodzimy codziennie do pracy, wykonujemy swoje obowiązki z pasją i rzetelnością. Kochani, może właśnie po to powstał ten spektakl, żeby wszyscy zrozumieli, że tak jest? Żeby wreszcie zrzucić przypięte łatki, odrzucić uprzedzenia, zdemitologizować?

Okazaliście się takimi samymi ludźmi, jak wszyscy. Pełnymi talentów i emocji. Udało się, bo byliście szczerzy, nie chowaliście się za ograne schematy. I ludzie to wreszcie poczuli. W pewien sposób spektakl udowodnił też, że takie zaczarowanie rzeczywistości, jakie towarzyszyło Wam przez lata, miało miejsce trochę również na Waszą prośbę. Teraz otwieracie się na świat – i dobrze!

  1. Żydowski = gorszy?

            W kontekście tytułu przedstawienia, ale także pojawiających się w nim treści, nasuwa się pytanie – skąd w powszechnej opinii utarł się stereotyp, iż Teatr Żydowski jest słabszy od innych, aktorom w nim grającym brakuje talentu a w ogóle to Żydzi, więc nie ma o czym mówić. Żydzi? A więc dyskryminacja? Tylko dowiadujemy się ze sceny – dlaczego? – nie każdy tu wywodzi się z rodziny żydowskiej, a nawet jeśli, to przecież nie przychodzi do pracy, by tę swoją przynależność manifestować. Co takiego się stało, jakie pokutują wciąż potworne uprzedzenia, że ten „żydowski” niczym cień rzuca na aktorów tego teatru klątwę zapomnienia? Aktorzy pięknie mówią o tym, dosłownie i między wierszami. Gdzieś pobrzmiewa nuta ostracyzmu, tych wszystkich negatywnych recenzji (często, jak się dowiedziałem – pisanych przez ludzi, którzy nawet w Teatrze Żydowski nie byli). Dlaczego tak się działo? Bo można tak robić? Bo łatwiej?

Nie jestem w stanie zrozumieć, jak to się dzieje, że można kogoś stygmatyzować, nawet go nie znając. Najlepszy sposób, by całą tę złą sławę rozwiać – to przyjść do Teatru na jakiś spektakl – popatrzeć, posłuchać, a dopiero potem oceniać. Wpadnijcie na „Aktorów żydowskich” – będziecie mieli o czym myśleć!

  1. Amatorzy?

            Recenzenci spektaklu, wskazując na znakomita formę i niezwykle empatyczne, choć nie pozbawione ironii spojrzenie twórców na trudną materię funkcjonowania Teatru Żydowskiego, zagubili gdzieś to, co w przedstawieniu czai się tuż pod skórą (w gestach, w głosach, we wszystkim innym). To… smutek. „Aktorzy…” są przede wszystkim głosem rozpaczy ludzi, którzy oceniani są z góry jako słabsi, gorsi przez ludzi z branży (środowisko kulturalne), krytyków, ale też ludzi z ulicy.

Artyści mówią, że czują się rodziną, wspierają się, gdy jest źle (a jest źle tak samo często w życiu, jak każdemu, tylko tutaj jeszcze dochodzi zło wynikające z niemal nieuchwytnego zniechęcenia społeczeństwa do tego czegoś „żydowskiego”). Kiedy Małgorzata Trybalska mówi: „Nie cierpię tego. Amatorzy. Tak o nas mówią: rodzina amatorów. Jak klan cyrkowy”, widać, że wszystkim to ciąży. Nawet widzom. Bo przecież widzimy, że to wszystko nie tak. Kto był na „Marienbadzie”, widział „…coś jeszcze musiało być”, czy choćby „Śmierć pięknych saren” wie, ze tyle tutaj talentów. Zdarzają się przedstawienia lepsze i gorsze, jak wszędzie. Ale amatorów tu nie znajdziecie. O, nie!

  1. Ile tu ironii!

Ta ironia jest wręcz przerażająca. Aktorzy drwią sami z siebie. Opowiadają o wewnętrznych gierkach (rzeczy znana w każdym zespole): „nie będzie mi tu pizdeczka śpiewała” mówi Izabella Rzeszowska. Z kolei Mariola Kuźnik zmuszona przez nią do upiornego odtwarzania tzw. „padebasków” (od franc. „pas de basque”- skok z nogi na nogę) ukazuje z jednej strony oddanie sprawie, z drugiej zaś – wymownie podkreśla to, co zarzuca się często artystom Teatru Żydowskiego – że wszystko idzie z góry ustalonym rytmem! Kto ten rytm ustala? Historia? Pani Dyrektor? Okazuje się, że znów to kwestia uprzedzeń ludzi, którzy nie wiedzą, jak jest naprawdę.

A przecież jest też złośliwy komentarz Ryszarda Kluge, który w mistrzowskim monologu zawiera cały jad, który sączyć się musi z serca każdego niespełnionego aktora. Jest Joanna Rzączyńska, która przeciwstawia się wszystkiemu i wszystkim, twierdząc, że oto Tewjego Mleczarza może zagrać kobieta i nikt jej w związku z tym nic nie zrobi. Kobiety zaczynają więc nosić brody, tłuką się niemiłosiernie, ile to ma znaczeń!

  1. Aktorski fajerwerk

            Tutaj nie ma lepszych czy gorszych popisów. Mariola Kuźnik, Joanna Rzączyńska, Izabella Rzeszowska, Małgorzata Trybalska, Ryszard Kluge i Jerzy Walczak (oraz perkusistka Dominika Korzeniecka również w wyrazistym epizodzie) dobitnie pokazują, że warsztatowo nie tylko nie są od nikogo gorsi, ale też mają do zaoferowania czasem nawet więcej od tych „innych”. Czemu więc wymagać od nich „igrzysk”, walki o to, by cokolwiek udowodnić? Jest takie słowo, które określa to, co dzieje się na scenie w czasie „Aktorów żydowskich”: magnetyzm! Aktorzy są mocniejsi niż zwykle, charyzmatyczni, poruszają widzów. Mówią wszystko to, czego normalnie ludzie baliby się powiedzieć o nich w twarz, choć pewnie po kątach gdzieś te słowa padają! A słów nie należy się bać. Wypowiadając je, aktorzy odczyniają czary – i nic już odtąd nie będzie tak postrzegane! Nie wierzycie? Wybierzcie się do teatru!

  1. Bez cepelii

            To nie pierwsze przedstawienie w Teatrze Żydowskim, w którym nie uświadczycie tej wyśmiewanej nie wiedzieć czemu Cepelii. Mocny, wymowny, symboliczny spektakl. Za każdym razem nieco inny. Czasem aktor doda coś nowego od siebie w emocjach, innym razem dokona skrótu. Ale to improwizacja raczej kontrolowana. Kiedy oglądałem „Aktorów…” po raz pierwszy, wyjątkowa kontuzja aktorki zmusiła artystów do wprowadzenia wielu zmian. A mimo to było znakomicie, kto wie nawet, czy nie lepiej! Autentycznie, nawet mimo tego, że chwilami połowa aktorów próbowała iść jeszcze „starym trybem”, a druga połowa „tym zmienionym”. Widząc spektakl w wersji „klasycznej” (stopa Izabelli Rzeszowskiej już w formie), owszem, zobaczyłem nieco inną sztukę, czy jednak lepszą lub gorszą? Inną w obrazie, choć nie zmieniło się jedno – siła przekazu.

  1. Wielkie tematy w tle

            Jak to ciekawie zobaczyć, że artyści są ludźmi takimi jak my. Mają swoje rodziny, też zdawali egzaminy, podobnie jak wszystkim coś im się w życiu nie udało. Przytrafi się zabawna anegdota o babci, która jest prawie na każdym przedstawieniu, ale tez któraś z pań stwierdzi, że zaledwie kilka lat po pierwszej komunii urodziła dziecko. Zaleta tzw. mockumentu, w którym prawda miesza się z fikcją. Ktoś zapomni zapałek, ktoś pomyli krok – zaczynamy rozumieć, że wszyscy jesteśmy tacy sami.

Niby obracamy się w „Aktorach żydowskich” wokół problematyki sytuacji artysty w teatrze, jednak nie brak tu odniesień do spraw znacznie szerszych. Mamy i Holocaust i przywiązanie do tradycji. Wyciągane są upiory wzajemnych relacji społeczności polskiej i żydowskiej. Mamy też zespół aktorów, bo to przecież nie o jednostki chodzi, choć każdy niby mówi w swoim imieniu. Jak ważna jest tożsamość grupy!

Kluczem do przedstawienia jest też pytanie o to, w jakim kierunku będzie odtąd zmierzał Teatr Żydowski – czy w chwili, kiedy wszyscy czują zmiany i myślą sobie – albo teraz albo nigdy – nie zabraknie komuś odwagi? Ale też – czym to „nowe” miałoby niby być?

  1. To o czym naprawdę jest ten spektakl?

Myślę, że o tym, jak niedorzeczne są próby szufladkowania aktorów Teatru Żydowskiego. To niestety wciąż trwa (oglądam pierwsze odcinki serialu „Bodo” i widzę, w jaki sposób wykorzystano tam talent aktorów z Teatru Żydowskiego. To smutne. Potrzeba jeszcze mocniejszego głosu, by „branża” uwierzyła, ze u Was też można dobrze grać?

W „Aktorach żydowskich” wyciągnięte zostają wszystkie narastające od lat wokół teatru negatywne skojarzenia i konotacje. Metaforyczna opowieść rozszerza znaczenia na całokształt spuścizny kultury żydowskiej oraz jej specyficznej roli w kulturze naszego kraju. No i to „Space Oddity” Davida Bowie w jidysz na koniec (i po ciemku!). Chapeau bas!

P.s. A tak w ogóle ja dzięki temu przedstawieniu odkryłem dopiero Małgorzatę Trybalską i Mariolę Kuźnik!

Sakis

Przyznane Chochliki:

tekst sztuki: 5

gra aktorska: 5

reżyseria: 6

scenografia i kostiumy: 6

wrażenie artystyczne: 6

razem: 28

http://chochlikkulturalny.blogspot.se/2016/03/aktorzy-zydowscy-czyli-rozliczamy-sie-z.html

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: