O. Rydzyk i PiS: „Polacy masowo pomagali Żydom w czasie wojny”.

Jak było naprawdę? Pytamy ekspertkę


czasie zorganizowanej przez szkołę o. Rydzyka konferencji pt. „Pamięć i nadzieja” – poświęconej pamięci Polaków ratujących Żydów w czasie II wojny światowej – wiele mówiono o rzekomo masowej pomocy udzielanej przez Polaków Żydom w czasie Zagłady. Jak było naprawdę, mówi OKO.press prof. Barbara Engelking z Centrum Badań nad Zagładą Żydów

Adam Leszczyński, OKO.press: Jak zachowywali się Polacy wobec Żydów w czasie okupacji? Co o tym może powiedzieć nauka historyczna? Czy, jak twierdzi polityka historyczna PiS, masowo pomagali Żydom, a współpracował z Niemcami tylko margines społeczny? 

prof. Barbara Engelking: Przeważająca większość społeczeństwa polskiego – ludzie, którzy widzieli cierpienia Żydów od pierwszego dnia okupacji – pozostawała wobec tych prześladowań bierna. Nie chcę mówić o obojętności, ponieważ obojętność dotyczy sfery uczuć, a dzisiaj trudno jest stwierdzić, jakie uczucia kierowały ludźmi, lepiej mówić o postawach. Czy ta postawa bierności wynikała z niechęci, czy ze strachu – to inny temat.

Na dwóch krańcach postaw wobec Żydów, byli Polacy, którzy pomagali Żydom oraz ci, którzy im szkodzili, donosząc i mordując. Jak liczne były te krańce — nie da się stwierdzić, a przynajmniej nie da się tego na razie zbadać. Z ostatnich, najnowszych badań, które przeprowadziło Centrum Badań nad Zagładą Żydów wynika, że

mniej więcej dwoje na każdych troje Żydów, którzy chcieli się ratować, zginęło, najczęściej przy współudziale Polaków.

Dlaczego tak niewielu Żydów uciekało z gett?

Dlatego, że Żydzi sobie doskonale zdawali sprawę, jak małe szanse mają na ratunek między Polakami. Na ukrywanie się trzeba było mieć pieniądze. Trzeba było mówić po polsku, mieć „dobry wygląd”, papiery.

Mówiąc o „sprawiedliwych” zawsze pomija się kwestie finansowe, tak jak gdyby one były wstydliwe. Bezinteresowność też została niefortunnie uznana za wymóg otrzymania tytułu „sprawiedliwego”. W tej chwili Yad Vashem od tego wymogu powoli odchodzi, bo zdaje sobie sprawę, że to kompletna fikcja. Kogo było stać na ukrywanie i karmienie kogoś miesiącami – przecież ci ludzie nie mieli kartek, trzeba było kupować żywność na czarnym rynku. W rzadkich przypadkach – częściej na wsi, bo tam było łatwiej o jedzenie – można było kogoś wykarmić, przede wszystkim dzieci.

Trzeba też podkreślić, że nie wszyscy, którzy pomagali, dostali tytuł sprawiedliwych. Więcej osób pomagało niż uzyskało tytuł.

Wśród „sprawiedliwych” jednak też znamy przypadki, w których ludzie absolutnie nie powinni dostać tego medalu, bo nie tylko ukrywali Żydów za pieniądze, co jest niezgodne z regulaminem, ale także wykorzystywali ich i bardzo źle traktowali.

Jakość pomagania była zróżnicowana. Najbardziej przyzwoita forma wyglądała tak, że Polacy z Żydami umawiali się na określoną sumę i tej umowy się dotrzymywało. Żydzi, którzy mieli pieniądze i chcieli płacić, uważali, że to fair. Bardzo często jednak było tak, że ludzie, którym zaczynały kończyć się pieniądze, byli wyrzucani z domu albo denuncjowani. Byli też Polacy, którzy zrobili z tego interes — brali pieniądze od Żydów, wydawali ich, a potem brali następnych.

Nie wiem, czy jest sens mówić o wszystkich przypadkach nadużyć, włącznie z seksualnymi. Temat „sprawiedliwych” wymaga bardzo dogłębnego zbadania.

Z punktu widzenia tego, co w Polsce jest istotne, to to, że

„sprawiedliwi” działali w absolutnej izolacji społecznej. Bali się przede wszystkim swoich sąsiadów Polaków.

Trzeba naprawdę nie mieć zielonego pojęcia o realiach okupacji – jak ci wszyscy, którzy się tak śmiało na ten temat wypowiadają – że Polacy masowo pomagali Żydom. To są kompletne bzdury. Strasznie przykro jest tego słuchać. Ludzie zupełnie nie mają świadomości, jak to wyglądało w czasie wojny.

O. Rydzyk odsłonił w specjalnej kaplicy listę 1170 Polaków zamordowanych za pomaganie Żydom. To dużo nazwisk czy mało? I czy ta lista jest prawdziwa?

Nie znam tej listy. Wiem, że takie informacje przygotowywał IPN w programie „Index”. Nie znam jednak jej założeń metodologicznych, nie wiem, jak weryfikowano te nazwiska.

Jeżeli to zweryfikowane nazwiska, to oczywiście dużo. Tym bardziej, że te osoby nie musiały zginąć. Najczęściej wydawali ich sąsiedzi albo członkowie rodziny albo zawistni znajomi. Gdyby ich nie wydano, to by nie zginęli, bo przecież Niemcy nie chodzili od domu do domu i nie sprawdzali, kto ukrywa Żydów.

Zawsze był donos?

Myślę, że w 90 proc. wykrywano Żydów z donosu. Oczywiście zdarzało się, że Niemcy, np. tropiąc działania konspiracji polskiej, znajdowali Żydów. Ale to była zdecydowana rzadkość.

Szczególnie na prowincji siatka niemieckiej żandarmerii nie była gęsta. O wiele gęstsza była siatka posterunków polskiej policji. To oni odgrywali ogromną rolę, jeśli chodzi o wykrywanie Żydów. Polacy zresztą chętniej donosili do polskiej policji. Zupełnie słusznie rozumowali, że wtedy łatwiej będzie ujść z życiem. W wielu wypadkach, kiedy to polska policja dostała donos, Żyd był zabijany, a Polaków, którzy go ukrywali, nie mordowano. Niemcy się nawet o tym nie dowiadywali. Oczywiście Polacy decydujący się ukrywać Żydów musieli się liczyć z karą śmierci – groźba śmierci była zawsze i zawsze to było bohaterstwo. Nie należy się dziwić, że takich odważnych ludzi było niewielu.

Najbardziej szkodliwy mit o tym okresie mówi o masowej pomocy dla ukrywających się Żydów.

Podkreślam, że było tej pomocy bardzo mało i że nie spotykała się ze społeczną aprobatą. Sprawiedliwi działali w odosobnieniu, można powiedzieć, że wbrew „opinii publicznej”. Ci, którzy obecnie udają, że to było działanie powszechne, nie tylko zwyczajnie fałszują historię, ale także odbierają „sprawiedliwym” pamięć o ich odwadze i wyjątkowości ich czynów.

Inny mit to na przykład taki, że jednemu uratowanemu Żydowi pomagało kilku, a nawet kilkunastu Polaków. To jest nieprawda. Według badań Zuzanny Schnepf, które opublikowaliśmy w 2011 r. w tomie”Zarys krajobrazu”, na terenach wiejskich proporcje były mniej więcej wyrównane: średnio 10 sprawiedliwych ratowało 12 Żydów. Ten temat wymaga dalszych badań, miejmy nadzieję, że ktoś je podejmie.

Jak się zachowało polskie państwo podziemne wobec Zagłady?

Szkoda gadać. Próbowali się przyzwoicie zachowywać, żeby w oczach świata nie wyjść na antysemitów, ale jednocześnie liczyli się z powszechną kraju niechęcią do Żydów – w efekcie działali niezdecydowanie i robili znacznie mniej niż można było. Wystarczy przywołać Karskiego, który pisał na początku okupacji, że antysemityzm to jest „wąska kładka”, na której spotykają się Polacy z Niemcami. Polskie władze. Na temat działań władz polskich wobec Żydów w czasie okupacji istnieje już bogata i świetnie udokumentowana literatura.

Była przecież „Żegota” – organizacja podziemna zajmująca się pomocom Żydów.

Była, ale powstała późno, w grudniu 1942 roku, kiedy większość Żydów polskich była już zamordowana. Cały czas borykała się też z problemami finansowymi. Finansowana zresztą była – o czym się w Polsce dziś nie pamięta – nie tylko przez rząd RP w Londynie, ale w znacznej mierze przez światowe organizacje żydowskie.

A Kościół polski?

To naprawdę była tragedia, jak się zachowywał. Oczywiście byli pojedynczy księża czy zakonnicy i zakonnice, którzy pomagali ukrywać Żydów. Kościół jako instytucja jednak całkowicie zawiódł.

Tyle że dziś w Polsce nie trzeba nic wiedzieć, żeby się wypowiadać. Każdy może publicznie opowiadać głupstwa.

Polacy, którzy pomagali byli osamotnieni?

Bardzo. Bali się, że doniesie na nich sąsiad czy dozorca. Bali się innych Polaków.

Strach oczywiście był pierwotnie wywołany przez Niemców. To oni stworzyli ramy społeczne, prawne i moralne okupacji. Niemcy odwrócili znaki moralne: za dobro była kara, a za zło – nagroda. Za wydanie Żyda można dostać wódkę, cukier albo rzeczy po zamordowanym. Za pomaganie Żydom była kara śmierci.

To pokazuje, jaka mogła być rola Kościoła. Ta sytuacja była wielkim wyzwaniem moralnym. To jeden z tych obszarów, w których Kościół się zupełnie nie sprawdził w czasie wojny. Silniejsze niż przykazania okazały się mechanizmy, takie jak chciwość i strach. One wygrały z powierzchownym katolicyzmem, jaki dominował w Polsce.

Czy można oszacować ile osób przetrwało w ukryciu? Ilu zostało zadenuncjowanych albo zabitych przez Polaków?

Nie. Wszyscy byśmy chcieli to wiedzieć. Wydaje nam się, że matematyka to królowa nauk i że jak w końcu policzymy, ilu Żydów Polacy zamordowali, i czy było ich więcej niż zamordowanych Niemców, czy mniej, jakie dokładnie to były liczby – to nam przyniesie ulgę. Albo pozwoli zrozumieć, czy jako naród jesteśmy dobrzy czy źli. Jest coś fascynującego w tej magii wiary, że matematyka nas wyzwoli i pozwoli poznać prawdę.

Te sytuacje jednak wymykają się statystyce. Nie mamy dostatecznie wielu źródeł, aby te ofiary policzyć. Zrobiliśmy to ostatnio, badając ukrywających się Żydów na terenach wybranych dziewięciu powiatów. Udało nam się ustalić, ilu mniej więcej i w jakich okolicznościach w każdym z nich zginęło, ilu udało się przeżyć. Jednak z pewnością nie są to ostateczne i bardzo dokładne dane – mamy jednak pewność co do rzędu wielkości. Dwutomowe opracowanie naszych badań, zatytułowane „Dalej jest noc” , ukaże się w styczniu.

Badania objęły powiaty Bielsk Podlaski, Biłgoraj, Bochnia, Dębica, Łuków, Miechów, Mławę, Węgrów i Złoczów. Różniły się one długością okupacji niemieckiej i strukturą społeczną – zarówno ludności polskiej, jak i żydowskiej. Różniły się także determinacją władz niemieckich oraz stopniem zaangażowania Polaków. Ze względu na szczupłość własnych kadr Niemcy wykorzystywali przy eksterminacji Żydów polską policję, a w niektórych miejscach np. także straż pożarną czy Baudienst. W ciągu kilku lat przejrzeliśmy każdy strzęp dokumentu, polskiego, żydowskiego czy niemieckiego. Potwierdziliśmy szacunki Szymona Datnera, że ok. 10 proc. Żydów chciało się ratować – to byli ci, którzy uciekali z gett czy pociągów do obozów zagłady. Wykazali się ogromną determinacją i wolą przetrwania. Organizowali siatki samopomocy, pomagali sobie wzajemnie. Żydzi nie byli biernymi odbiorcami polskiej pomocy – wielu ratowało się samych i uratowaliby się. Gdyby nie donosy i postawa lokalnej ludności, przeżyłoby znacznie więcej Żydów.
Dobrze byłoby takie szczegółowe badania przeprowadzić dla wszystkich powiatów w okupowanej Polsce, zdając sobie sprawę, że uzyskane dane nigdy nie będą ostateczne. Nie oddadzą też całego tragizmu okupacyjnej sytuacji.

prof. Barbara Engelking – z wykształcenia psycholog, kierownik Centrum Badań nad Zagładą Żydów IFiS PAN.

Przyslal Janusz G

Komentarzy 5 to “O. Rydzyk i PiS: „Polacy masowo pomagali Żydom w czasie wojny”.”

  1. Kazdy narod ma swoich „sprawiedliwych”; ludzi ktorzy swoimi odwaznymi czynami pokazali nam i pokazuja nam do dzisiaj ze ludzkosc nie jest jeszcze stracona. Bohaterowie ktorzy dzialali w samotnosci i ktorych nadzwyczajne szlachetne czyny byly po prostu ludzkimi. Nigdy nie bedziemy mogli ich wynagrodzic za to co zrobili, i chyba tej nagrody nie oczekuja. Ale poprzez ich czyny nie wolno nam oceniac calego narodu. Hitler w swoich planach zaglady Zydow polegal na biernosci, braku troski, chciwosci, antysemityzmu i nienawisci Polakow do Zydow. I nie zostal ani rozczarowanym, ani zawiedzionym. Na Polskiej ziemi mogl wybudowac obozy zaglady, na Polskiej ziemi mogl zabijac i mordowac, niewielu Polakow to obchodzilo.
    Dzisiaj narod Polski zamiast powiedziec po prostu, zgrzeszylismy, jestesmy winni, widzielismy ale pozostalismy slepymi, przebaczcie nam, wybieraja tchorzowa droge zaklamania prawdy. Ale historji nie mozna zmienic, nawet jezeli sie tak mocno probuje.
    Brawo i wielkie uznanie dla prof. Barbara Engelking i jej pracy.

    Polubienie

  2. Urzwek z moiej książki ” Jestem Znów Żydem”: Chłopi uciekli ze wsi do lasu. Przez jedną noc byliśmy sami. Front przeszedł bardzo blisko, ale nikt we wsi nie został zabity, tylko Bolechów został poważnie zniszczony.
    Następnego dnia wrócili do domu. Rosjanie są w Bolechowie – powiedział pan Raduchowski po powrocie z lasu. To było dziewiątego sierpnia 1944 roku. -Musicie teraz być podwójnie ostrożni, bo ludzie Bandery zaczęli atakować Niemców. Oni także walczą z Czerwoną Armią. Rosjanie ich szukają i Banderowcy mogą szukać schronienia w naszym domu, na uboczu. Zapytaliśmy: – kiedy będziemy mogli wyjść z kryjówki? -Trzeba odczekać kilka dni, aż front się oddali, żeby nie stało się to co w Buczaczu. Musimy chwalić Boga za to że pomógł nam ocalić Was. Ja pójde do wioski i może dowiem się jak daleko posunął się front. Może ktoś będzie coś wiedział.
    Z daleka słychać było huk eksplozji, tym razem z północnego-zachodu. Może z okolic Stryja, a może z przedmieść Lwowa. Po około dwóch godzinach pani Raduchowska przyniosła uroczysty posiłek. Były to duże, pieczone, nadziewane ziemniaki i pierogi polane śmietaną. Było ciasto nadziewane borówkami. Cały poprzedni dzień byli w lesie i zbierali jagody i grzyby. Pani Raduchowska przyniosła ten uroczysty posiłek i powiedziała: -Dzisiaj nie idziemy do pracy w polu. Z okazji zwycięstwa przygotowałem ten specjalny posiłek. Przeżegnała się kilka razy gdy zbliżyła się do belki na której siedzieliśmy obok naszej kryjówki.
    Potem powiedziała: -Nikt nie może sobie wyobrazić, ile strachu przeżyliśmy w ubiegłym roku. To nie była sztuka teatralna przez godzinę lub dwie. Nie raz albo dwa w tygodniu. To była całoroczna gra. Musiałam grać wobec naszych znajomych, krewnych, a nawet przed księdzem w czasie spowiedzi, Boże wybacz mi – tu znowu przeżegnała się kilka razy. Religijni, porządni ludzie, wierzący w to co jest napisane w świętych księgach, w cuda Lourdes i Częstochowy. Z drugiej strony nie powiedzieli prawdy księdzu podczas spowiedzi, ukrywając dwóch niewiernych. Nigdy nie zapytaliśmy, jak oni postanowili ukryć nas, narażając swoje własne życie.
    ,

    Polubienie

  3. Pragnę dodać urywek mojej książki „Jestem Znów Żydem” P.T. „Akcja która uratowała mi życie” W mieśćie żył jeszcze wójek (brat moiej mamy) Całą jego rodzinę:Żoa dwie córki i syn w moim wieku. Zwiekim rudem udałomi się przypomnieć mu że życie jest darem Boskim i trzeba robić wszystko aby je ocalić, chociażby dla mnie. Dobrze ja zabiorę ciebje ukryć śię u Czerniawskiego na Salinie. Z końcem lipca 1943 r., w godzinach popołudniowych, Józik i ja byliśmy w naszym pokoju w obozie, gdy usłyszeliśmy strzał. Zbliżyliśmy się do drzwi i ostrożnie wyszliśmy na taras wychodzący na ul. Dolińską. Z prawej strony były opuszczone domy i fabryka naszych rodziców. Z lewej było widać fabrykę kleju Haftla. Nieco dalej był dom Sunia i Jakuba Lewa, którzy zostali zamordowani w drugiej akcji. Nie zauważyliśmy nic specjalnego. Cała okolica była spokojna. Nie widzieliśmy żywej duszy na ulicy. Podeszliśmy do krawędzi tarasu i nagle usłyszeliśmy jeszcze jeden strzał. Jakiś człowiek biegł środkiem ulicy w naszą stronę a za nim ktoś z karabinem w ręku. Nagle uciekający zatrzymał się, odwrócił i zaczął strzelać z pistoletu. Potem znowu zaczął biec w naszym kierunku. Usłyszeliśmy jeszcze jeden strzał i uciekający upadł. Nagle skądś padło to straszne słowo „Akcja”. Nie mieliśmy pojęcia kto z więźniów obozu krzyknął to słowo, bo koło nas nikogo nie było. Obóz opustoszał błyskawicznie. Wszyscy zniknęli, jakby pochłonęła ich ziemia. Józik i ja zeskoczyliśmy z tarasu i pod wybranym miejscem w ogrodzeniu, przedostaliśmy się pod mostkiem, na drugą stronę ulicy. Szliśmy schyleni w fosie aż dotarliśmy do domu Cymermana. Tam był główny obóz fabryki beczek i tam urzędował Adolf Kudish, odpowiedzialny za Żydów tego obozu. Brama była otwarta, jak zwykle. Weszliśmy na puste podwórze. Budynek był również pusty. Obóz był całkowicie opuszczony. Wszyscy uciekli. Akcja była w pełni. Zdecydowaliśmy się przejść przez stodołę i ogród Cymermana, żeby nie wychodzić znowu na ulicę. Mieliśmy w planie przeczołgać się do naszego ogrodu a stamtąd, przez wysokie trawy łąki pójść w kierunku bagien między fabryką beczek i dworcem kolejowym.
    Ku naszemu zdumieniu w stodole były dwa barany, należące do austriackiego dyrektora Megova. Jeden z nich lubił atakować ludzi swoimi rogami. Teraz miał świetną okazję – dwoje dzieci, które boją się wydać głos ani uciec ze stodoły. Byliśmy dobrym obiektem ataku. I tak rzeczywiście się stało. Przez kilka minut, Józik, i ja unikaliśmy rogów tego capa, jak matadorzy. Byliśmy blisko tylnych drzwi stodoły. Czy uda nam się wymknąć? Jak można czołgać się w trawie, gdy para baranów tańczy dookoła nas, chcąc nas ubodzić. Bylibyśmy odkryci w ciągu kilku minut. Co robić? Czy otworzyć drzwi w kierunku podwórza i dać baranom uciec? Znowu słyszymy strzelaninę. Nie, nie należy otwierać drzwi na podwórko, tam napewno ktoś już jest i zauważy nas. Możliwe, że za chwile ktoś wejdzie do stodoły. Postanowiliśmy, że to niebezpieczne dać baranom uciec do ogrodu, a samym schować się w stodole.
    Nagle znalazłem dość gruby i długi Drążek. Podniosłem Drążek i gdy baran pochyloną głową i rogami zaczął atakować Józika, uderzyłem go z całej siły. Drążek złamał się na dwie częśi, i baran upadł. Widocznie uderzenie oszołomiło lub raniło go. Szybko wyskoczyliśmy na zewnątrz a tymi dwoma drążkami podparliśmy drzwi tak, że gdyby baran odzyskał przytomność, lub ktoś wewnątrz stodoły nie będzie mógł otworzyć drzwi i nas gonić. Ta cała scena nie trwała dłużej niż kilka minut. Dla nas to była wieczność. Byliśmy na zewnątrz. Położyliśmy się w wysokiej trawie. Nasze dziecinne zabawy w Indian teraz przyszły nam z pomocą. Dookoła słychać było strzelaninę. Czołgaliśmy się powoli w kierunku naszego byłego ogrodu warzywnego, który graniczył z ogrodem Cymermana. Byliśmy nie daleko łąki pełnej błota, gdzie trawa była jeszcze wyższa, a bagna były już niedaleko. Było po południu doczołgaliśmy się do wysokich trzcin i krzaków otaczających bagno. Musieliśmy wstać, żeby zobaczyć gdzie postawić nogę. Byliśmy zupełnie przemoczeni. Weszliśmy w krzaki i dalej wgłąb bagna, aż dotarliśmy do jednej z wysepek w gęstych krzakach bagna. Ta kęmpa miała około 1,5 metra kwadratowgo. Po przeczołganiu się około 400 metrów, usiedliśmy na naszej kęmpie. Byliśmy pewni, że nikt nie zauważył naszego wejścia na bagna. Kto odważyłby się tu wejść? Tylko tacy jak my, których życie było zagrożone. Zastanawialiśmy się jak długo będziemy mogli tu zostać? Za kilka godzin zapadnie zmierzch, a potem będzie całkowicie ciemno. Nie wiedzieliśmy jak wysuszyć nasze ubrania. Rozebraliśmy się do naga i wyżęliśmy naszą odzież. Wszystko strasznie cuchnęło. Nie było jak wypłukać naszych ubrań ani nie mieliśmy nic innego do ubrania. Założyliśmy na siebie te mokre ubrania i tak suszyły się na nas. Nie mieliśmy wody do picia ani nic do jedzenia. Nie było nawet miejsca do spania. Można było tylko stać lub usiąść opierając się plecami o pień drzewa, które rosło po środku naszej kęmpy. Nie chcieliśmy łamać krzaków żeby było nam trochę wygodniej. One nas chroniły. Siedzieliśmy w milczeniu na gałęziach. Zrobiło się chłodno a nasza odzież jeszcze nie wyschła. Odór z naszych ubrań, sprowadził komary, które gryzły bezlitośnie. Było jasne, że nie możemy tam zostać na noc. Zdecydowaliśmy się, że przed zapadnięciem zmroku wyjdziemy z głębi bagna, a gdy będzie zupełnie ciemno, pójdziemy gdzieś indziej. To była ta sytuacja, w której mogliśmy się zwrócić do pana Raduchowskiego. On obiecał pomóc nam właśnie w takich wypadkach. Ale jak do niego dotrzeć? Wujkowi Jehoshua udało się prawdopodobnie uciec do Czerniawskiego na Salinie. Jak możemy się tam dostać? To jest na drugim końcu miasta a może jeszcze dalej. Dotrzeć do rodziny Raduchowskich jest również niemożliwe. W rzeczywistości wieś Gerynia znajduje się bliżej niż Salina. Ale i tam trzeba przejść około trzech kilometrów. Nie wiedzieliśmy, w którym domu w Geryni ani w Salinie mieszkają ludzie, którzy są gotowi nam pomóc. Nie wiedzieliśmy ile rodzin Czerniawski mieszka na Salinie. To nie było bardzo rozsądne ryzykować pójście nocą tak daleko aż do Saliny. Jak w nocy dowiemy się gdzie mieszka Czerniawski, a potem pytać się każdego z nich „Czy to Państwo ukrywają wujka Jehoshua?”
    Już przeszło godzinę nie słyszeliśmy odgłosów strzelania. Przed zmierzchem zaczęliśmy opuszczać naszą kryjówkę w bagnie. Zdecydowaliśmy, że gdy będzie zupełnie ciemno, pójdziemy do domu sióstr Czerwińskich. To było blisko i siostry Czerwińskie nas znają. Nasi rodzice ukryli u nich część naszego dobytku. Siostry mieszkają przy małej dróżce, z drugiej strony dworca kolejowego. Ta dróżka prowadzi z „Kolejówki” (Aleji dr. Blumenthala), obok domu dra. Rajfaisena, do fabryki szpuntów Altmana. Siostry z pewnością pozwolą nam przenocować i ukryć się u nich przez kilka dni, aż znajdziemy inne rozwiązanie.
    Myśl o Węgrach ciągle przychodziła do głowy. Ale w tej chwili to było niemożliwe. Nie mieliśmy ani pieniędzy, dodatkowej odzieży, oprócz tej mokrej, którą mieliśmy na sobie. Nie mieliśmy map ani kompasu bez których ciężko przejść przez Karpaty. I co zrobimy tam na Węgrzech nie znając języka ani nikogo do kogo można się zwrócic o pomóc? Ten pomysł powracał do nas przez kilka lat. Było ciemno, gdy zbliżyliśmy się do odosobnionego domu sióstr Czerwińskich.
    W kuchni nie było światła. Czy one już śpią.? Podeszliśmy do drzwi i delikatnie zapukaliśmy. Drzwi się otworzyły i jedna z sióstr stała na progu przed nami. „Kto wy jesteście i co chcecie?” spytała dość ostro.” Jesteśmy dziećmi Adlerów” odpowiedzieliśmy cicho. „Wynoście się stąd! my nie mamy i nie chcemy mieć nic wspólnego z Żydami. Wynoście się, nie chcę was widzieć tutaj.””Jak Pani może powiedzieć coś takiego? przecież nasi rodzice zaufali Wam i ukryli u Was część naszego dobytku?” „Wasi rodzice zabrali wszystko co tu było, zanim ich zabrano.” „Pani Czerwińska, dookoła jest akcja. Niech nam Pani pozwoli zostać tylko tej nocy.” „Wynoście się, bo zawołam sąsiadów.” „Pani Czerwińska, może Pani ma dla nas jakiś stary koc, którym będziemy się mogli przykryć w polu? ”
    „Nie mamy nic. Mówiłam wam odejść.” Nasze ubrania z pewnością porządnie cuchnęły wodą z bagna, ale te „cywilizowane” kobiety mogły postąpić trochę inaczej z dwoma samotnyni chłopcami, którzy byli głodni brudni i spragnieni. One przecież były zaprzyjaźnione z naszymi rodzicami. One doskonale wiedziały w jakiej trudnej sytuacji jesteśmy. One wiedziały, że nie jesteśmy przyzwyczajeni być poza domem nocą. Ale czego można było się spodziwać po nich? One były tylko nauczycielkami. Czego mógł oczekiwać się od nich „nieszczęśliwy Żyd”. Nie dostaliśmy od nich nic. Nie schronienie, nie kawałek chleba i nawet nie kubek wody. Wyrzucono nas jak parszywe psy. Odeszliśmy bardzo rozczarowani, nie wiedząc co dalej robić i dokąd się zwrócić. Staliśmy obok ich domu, pośrodku ciemnej dróżki. Naprzeciwko ich domu, po drugiej stronie dróżki, zauważyliśmy na tle nieba cztery słupy „obrogu” (stóg siana). Przez małą furtkę w ogrodzeniu cicho zbliżyliśmy się do stogu siana. Zdecydowaliśmy się wspiąć po jednym ze słupów i zniknąć pod słomianym dachem. Objąłem słup rękoma a stopy nóg wgłębiłem w siano. Krok po kroku wspięłem się aż pod dach. Gdy dotarłem do dachu trzymałem słup moją prawą ręką, a drugą pchnąłem siano na bok i do środka aż powstał otwór. Następnie wlazłem pod dach, do środka stogu siana. Józik wdrapał się pod dach po mnie. Wewnątrz było jeszcze ciemniej niż na dworze. Wszystko musieliśmy robić szepcząc i po omacku. Najpierw położyłem spowrotem zepchnięte przy wejściu siano. Nie chcieliśmy aby nasza obecność była zauważona. Potem zrobiliśmy w centrum stogu dziurę około 1,5 X 1,5 metra i około 70 centymetrów głębokości.Umieściliśmy siano dookoła dziury. Część siana wykorzystaliśmy aby się nim nakryc. Postanowiliśmy, że jeśli ktoś następnego dnia przyjdzie, aby dodać siano albo po prostu szukać, będzie musiał podnieść dach. Do tego momentu możemy przykryć się resztą siana. W ten sposób nikt nie będzie wiedział, że ktoś tam się ukrywa. Nawet jeśli ktoś wejdzie na szczyt stogu siana, będziemy mogli wsunąć się w siano, jak robaki. Gdybyśmy tylko mieli co jeść, wodę i miejsce, gdzie można załatwiać nasze potrzeby, moglibyśmy zostać tam przez całą zimę, a może nawet do marca lub kwietnia. Dopiero wtedy siano by się wykończyło i nasza kryjówka została ujawniona. Byliśmy pewni, że Armia Czerwona do tego czasu będzie już spowrotem. Będziemy musieli wgłębiać się, jak krety albo myszy polne, coraz głębiej i głębiej, po tym jak siano będzie brane do karmienia zwierząt.
    Byliśmy zajęci smutnymi myślami, że już druga polska rodzina okazała się nieczuła dla ludzkich cierpień. Pierwszą była rodzina Poźniak, która stała się Volksdeutsche i ich synowie, „nasi przyjaciele” Edzio i Zbyszek, starali się odkryć naszą kryjówkę podczas drugiej „wielkiej” akcji aby oddać nas w ręce Gestapo. Może i siostry Czerwińskie stały się również Volksdeutsche?
    Krzyk sióstr Czerwińskich obudził nas. Słyszeliśmy je chodzące dookoła stogu siana, krzycząc głośno: „Jest tam ktoś? Czy ktoś tam jest?” Nagle usłyszeliśmy pytający głęboki głos mężczyzny: „Czy jest ktoś na górze?” Potem usłyszeliśmy jedną z sióstr: „Te dwa żydki próbowały prawdopodobnie wspiąć się do góry, ale nie mieli dość siły”. „Masz rację. Nie widzę żadnych znaków wejścia,” odpowiedział mężczyzna. „Myślę, że trochę tego siana nie było tu wczoraj, ale może się mylę” powiedziała jedna z sióstr. Wtedy zrozumieliśmy, że wspięliśmy się na obrug siana należący do nich. Odetchnęliśmy z ulgą. One były pewne, że nikogo nie ma w sianie. Jest możliwe, że siostry Czerwińskie zauważyły rozproszone siano wokół jednego słupa już wcześniej rano. Doszły do wniosku, że może my tam jesteśmy. Jest możliwe, że ich sumienie dokuczało im za ich zachowanie poprzedniego wieczoru. Może dlatego nie podjęły żadnych kroków żeby podnieść dach i dokładnie przeszukać siano i wygnać nas ponownie. One poprosiły sąsiada, aby był świadkiem sprawdzania terenu i usunięcia możliwego podejrzenia, że ukrywają Żydów.
    W ten sposób siostry miały czyste sumienie i miały świadka dla władz, że one nie są odpowiedzialne za nielegalne ukrywanie się w ich stogu siana. Pragnęliśmy wierzyć w nasze myśli bo nie słyszeliśmy juz znajomych nam krzyków: „Żydzi, wynoście się.” Takie krzyki mogły śćiągnąć nieprzyjaznych sąsiadów. Zwłaszcza, że jedna z sióstr powiedziała: „Tego trochę siana nie było tu wczoraj, ale może się mylę”. To upewniło nas, że prawdopodobnie nie obchodzi je, jeżeli ukrywa się tam ktoś „bez ich wiedzy” tak długo, aż to nie naraża je na niebezpieczeństwo.
    Nie wiedzieliśmy, która jest godzina, ale pod słomiannym dachem obrogu było jaśniej. Mogliśmy trochę się rozejrzeć. Światło dzienne dotarło pod nasz dach. Pomimo, że od około 18 godzin nic nie piliśmy ani nie jedliśmy, poczuliśmy naturalne uczucie przepelnionego pęcherza. Co zrobić? Wybraliśmy słup, który był najbardziej oddalony od domu sióstr i wyszliśmy po koleji. W odległości około jednego metra od wybranego słupa zaczęliśmy „nawadniać” suche siano. Siano było widocznie bardzo suche bo wchłaniało nasze siusianie. Po tem odczuliśmy głód i pragnienie. Zaczęliśmy zastanawiać się jak znaleźliśmy się w tej skomplikowanej sytuacji. Nie słyszeliśmy żadnych strzałów, ale jednocześnie nie wiedzieliśmy co się dzieje. Zdecydowaliśmy się leżeć cicho aż do nocy. Głód i pragnienie nękały nas. Liczyliśmy minuty i godziny, ale dzień się nie kończył. Głód czasami usypiał nas. Gdyśmy się obudzili, po Bóg wie, ilu godzinach, było cicho i panowała całkowita ciemność. Wyleźliśmy z dziury w stogu siana i podpełzliśmy do strony z widokiem na ogród, żeby spojrzeć na zewnątrz. Na dworze nie było jeszcze zupełnie ciemno. Z wysokości stogu siana mogliśmy widzieć dużo ogrodków warzywnych. Zauważyłem, że obok słupka którym planowaliśmy zejść, jest rozsypane stosunkowo dużo siana. Musimy zwrócić uwagę, by nie zwiększyć tej ilośći po zejściu i w drodze powrotnej. Musimy mieć się na baczności, aby nasze ruchy nie były zauważone. Tymczasem to była dla nas najlepsza możliwa kryjówka. Czekaliśmy, aż stało się zupełnie ciemno i było zupełnie cicho. Ostrożnie wyszliśmy z kryjówki. Zdecydowaliśmy się nie dotykać niczego w ogrodzie, który należy do sióstr Czerwińskich. Nie chcieliśmy przypominieć im o naszym istnieniu i ponownie wzbudzić ich złość. „Nie dość, że te Żydki ukrywają się w naszym obrogu zagrażając nam. Oni również kradną nasze warzywa.” Przeskoczyliśmy jeden i drugi płot do oddalonego ogrodu jakiegoś sąsiada. Poruszaliśmy się cicho w ogromnym ogrodzie w poszukiwaniu warzyw, które mogą być zjedzone na surowo. Mieliśmy też nadzieję, że znajdziemy ręczną pompę lub studnię, z których mogliśmy napić się wody. Znaleźliśmy olbrzymią grządkę marchewki. Zaczęliśmy ją „rozrzedzać” w taki sposób, żeby trudno było zauważyć. Po wyciągnięciu marchewki wyrównaliśmy ziemię spowrotem tak że nie można było zauważyć, że brakuje marchewka. Księżyc przyglądał się ukradkim naszym czynom, co też poniekąd pomagało nam w zamaskowaniu naszego „przestępstwa”. Krawędzią naszej cuchnącej koszuli wytarliśmy marchew i zjadli ją z wielkim apetytem. Marchewki były słodkie i soczyste. Schowaliśmy ich zielone łodygi, aby pozbyć się ich gdzieś indziej. Każdy z nas zjadł pięć lub sześć marchewek, weszliśmy do krzaków zielonego grochu i przestraszyliśmy się. Wśród gęścizny błyszczały dwie pary oczu. Staliśmy naprzeciw naszych żydowskich przyjaciół. Oni ukryli się w wysokim, splątanym grochu. Jednym z nich był Szmer a drugi Lonek Akselrod. Oni widzieli nas zbliżających się i rozumieli, że tylko ukrywający się Żydzi zachowują się tak jak my. Czekali na nas, chcieli tak jak my, wiedzieć, co się dzieje. Oni wiedzieli, gdzie rosną ogromne kalarepy i rzepa. Po spożyciu kilku kalarep i rzep, napełniliśmy kieszenie grochem. Wszystkie inne warzywa zapakowaliśmy w koszule i zaczęliśmy we czwórkę powrót do naszej kryjówki. Zielone łodygi z marchwi zakopaliśmy daleko od naszej kryjówki. Usunęliśmy nasze ślady po tym „pogrzebie” i cicho, ostrożnie, przeleźliśmy przez płoty i zbliżyliśmy się do stogu siana. Położyliśmy naładowane koszule na ziemi, zdjęliśmy paski i związali je razem. Warzywa umieściliśmy w starym, dziurawym,wiadrze, które znaleźliśmy i wzięli ze sobą. Lonek wspiął się pod dach z naszymi związanymi paskami. Potem opuścił jeden koniec tej związanej razem „taśmy”. Pierwszy ładunek warzyw podniósł się z ziemi i zniknął pod dachem.
    Tak było z trzema następnymi ładunkami. Potem Józik i Szmer wspięli się. Ja zostałem, aby pozbyć się nadmiaru siana, które spadło podczas naszej działalności. Moje zadanie nie było łatwe, bo księżyc, który pokazywał się od czasu do czasu, znikł za chmurami. Dodatkowe siano, którego według mojej rachuby nie było, zanim zszedłem z Józikiem, zebrałem i wepchnęłem go pod drewniane podłoże obrogu. Potem ostrożnie, jak kot aby nie upuścić ani kawałka siana na ziemię wdrapałem się do góry i zniknąłem pod dachem. Waga czterech chłopców przygniotła siano i zwiększyła pojemność naszej kryjówki pod dachem. Wyjęte siano z powiększonej dziury, starannie umieśćiliśmy w pobliżu krawędzi dachu tak, aby wyglądało jak przed naszym przybyciem. Mieliśmy nadzieję, że nikt nie będzie podejrzewać, że ktoś się tam ukrywa. Teraz dziura była znacznie większa, bo musieliśmy zrobić miejsce na nasz magazyn warzyw. W tej sytuacji było niemożliwe aby nas wszystkich czterech zniknęło pod sianem, gdyby ktoś wszedł na górę szukać ukrywających się. Ten plan był możliwy, dzień wcześniej, gdy byłem sam z Józikiem. Nikt z naszej czwórki nie miał zegarka. Nie wiedzieliśmy która jest godzina, czy świt się zbliża. Napięcie i strach przed wykryciem, bezsilność, głód, a przede wszystkim pragnienie, zmęczyło całą naszą czwórkę. Zasnęliśmy. Silne grzmoty i odgłos deszczu obudziły nas. Wyraźnie słyszeliśmy szum wody, która padała na słomianny dach, metr nad naszymi głowami. Szmer miał czapkę, wziąłem ją od niego i podpełzłem do krawędzi dachu, w kierunku ogrodu. Odsunąłem trochę siana i zobaczyłem, że jest noc. Wyciągnąłem ręce z czapką i napełniłem ją wodą. Dałem pełną czapkę wody jednemu z chłopców, który szybko wypił ją. Tak udało mi się cztery razy. Gdy wystawiłem czapkę poraz piąty, aby znów złapać wodę, deszcz przestał padać. Był to rzeczywiście boski napój, pochodzący z nieba. Ale trochę tej wody, którą wypiliśmy, spowodowała jeszcze silniejsze pragnienie. Cieszyliśmy się, że ten ulewny deszcz pokryje możliwe szkody jakie być może wyrządziliśmy w ogrodzie. Deszcz może również zmazać wszystkie ślady jekie zostawiliśmy nieostrożnie obok naszej kryjówki. Najważniejsza była dla nas świadomość, że nie jutro i nie pojutrze, będą ładować świeże siano do obrogu. Siano musi się najpierw dobrze wysuszyć na polu, a ten deszcz uniemożliwił to na następne dwa dni. Fakt, że jest nas czterech pogarszał naszą sytuację na dłuższą metę. Znowu zasnęliśmy i obudziły nas głośne głosy, które było słychać wszędzie wokół nas. Zdaliśmy sobie sprawę, że były to głosy robotników, idących do pracy w fabryce szpuntów tuż obok. Potem znowu zapadła cisza. Leżeliśmy cicho nadsłuchując głosów z sąsiedztwa. Czy usłyszymy narzekania na kradzież z ogrodów sąsiadów? Prawdopodobnie deszcz zrobił dla nas dobrą robotę. Byliśmy bardziej spragnieni niż poprzedniego dnia, zanim wypiliśmy wodę deszczową. Dzień był bardzo gorący. Leżeliśmy bez koszul, starając się być jak najbliżej centrum obrogu i w miarę możliwości jak najdalej od dachu.
    Myśleliśmy pogłębić naszą dziurę, dzieląc ją na cztery indywidualne korytarze, które doprowadzą do czterech stron obrogu. Uważaliśmy, że te korytarze powinne niemal dotykać zewnętrznej warstwy siana. Myśleliśmy, że moglibyśmy się wślizgnąć do nich, gdybyśmy myśleli, że właśnie idą dodać nowe siano. Ale ten pomysł nie był udany, gdyż nie mieliśmy desek do wsparcia „sufitu” w tych planowanych korytarzach. Po zjedzeniu jakichś warzyw, nasze pragnienie wzmocniło się jeszcze bardziej. Zdecydowaliśmy, że w nocy za wszelką cenę, pójdziemy szukać wody. Z niecierpliwością czekaliśmy na noc. W sąsiedztwie w ciągu dnia nie było słychać żadnego ruchu lub hałasu. Od czasu do czasu słyszeliśmy gwizd lokomotyw pociągów mijających Bolechów w obu kierunkach. Gdy taki gwizd dał się słyszeć, Lonek zaczynał cicho płakać. On przypomniał sobie swego ojca, kolejarza, który został zamordowany w pierwszej akcji. Do tej pory on był ze swoim starszym bratem. Obaj pracowali w fabryce beczek. Ta akcja ich rozdzieliła. Starszy brat był przy pracy, gdy Lonek uciekł do ogrodu warzywnego, gdzie spotkał Szmera. Teraz winił sam siebie, że nie pobiegł najpierw do fabryki, aby ostrzec brata. Kto wie co się tam wydarzyło? Nie wiedział czy brat zdołał uciec. Szmer, z drugiej strony, był sam już od kilku miesięcy. Jego starszy brat był żydowskim policjantem, który został zamordowany 2-3 miesięcy przedtem.
    Czas nie chciał mijać, a nasze pragnienie było nie do zniesienia. Ktoś poradził, abyśmy pili własny mocz. Ale myśmy prawie że nie oddawali moczu i nikt nie chciał spróbować. Żuliśmy marchew powoli i dokładnie, aż ślina wypełniła nasze usta. Wtedy połykaliśmy tą słodką ślinę, a potem tą wstrętną, przeżutą, marchewkę. Rzepa nie była smaczna, a kalarepa nie wydzielała tyle śliny co marchew. Dzień ciągnął sie bez końca. Każdy z nas opowiedział co się stało z jego bliską rodziną w ciągu ostatnich dwóch lat. Opowiedziałem jak straciłem rodziców, jak przeżyłem „dużą” Akcję, jak Edzio i Zbyszek szukali nas, aby oddać w ręce Niemców i jak słyszeliśmy strzały, które zabiły naszych przyjaciół Siunia i Jakóba Lew obok ich domu. Józik opowiedział jak Niemcy zlikwidowali obóz gospodarki wodnej, jak zauważyliśmy, policjanta biegnącego za naszą koleżanką Giną Mandel i jak po strzelaniu znaleźliśmy jej ciało w rowie naszego ogrodu. Lonek i Szmer opowiedziei także swoje historie. Wreszcie usłyszeliśmy oczekiwane głosy robotników wracających z pracy do domu. Bogu dzięki, do wieczoru już nie jest zbyt długo. Bez zegarka czas się ciągnął. Czekaliśmy długo, aż zauważyliśmy, że otacza nas ciemność. Czekaliśmy trochę dłużej, aby być pewnym, że na dworze jest już zupełnie ciemno. Następnie ostrożnie odsunąłem trochę siana i ponownie sprawdziłem czy faktycznie jest noc. Obawialiśmy się, że jeżeli ktoś obserwóje obrug, może zauważyć nasze ruchy, jeżeli nie będzie wystarczająco ciemno na dworze. Pchnąłem więcej siana na bok koło słupka i w dwójkę obserwowaliśmy okolicę. Widzieliśmy, że ogrody były puste. Nikogo tam nie było. Odważyliśmy się odsunąć trochę siana spod dachu w kierunku dróżki i domu sióstr Czerwińskich. Dom był całkowicie ciemny. Widzieliśmy dokładnie dom w jasnym świetle księżyca, który był w pełni, w przeciwieństwie do poprzedniej nocy, gdy niebo było pokryte chmurami. Ten fakt martwił nas i przestraszył. Obawialiśmy się, że możemy być zauważeni podczas chodzenia po ogrodach. Z drugiej strony, jasna noc może nam pomóc znaleźć pompę lub studnię. Co można było zrobić? Wszyscy byliśmy bardzo spragnini. Gdybyśmy mieli duży garnek lub wiadro, jeden z nas mógłby przynieść wodę dla reszty. Pragnienie sprawiało, że nie myśleliśmy jasno. Pomału i cicho, jeden po drugim, zleźliśmy ze stogu. Zebraliśmy siano, które spadło i wepchnęliśmy je pod obrug. Zdecydowaliśmy się iść przez ogrody na podwórko pana Ruczkowskiego, którego dom stał daleko od domów sąsiadów. Wiedzieliśmy, że na jego podwórku była studnia. Po przejściu kilku ogrodzeń, staliśmy obok studni. Cicho opuściliśmy wiadro do błyszczącej w świetle księżyca, wody. Gdy wiadro zanurzyło się, bezskutecznie usiłowaliśmy je wyciągnąć. Nikt z nas nie miał siły. Wiadro było drewniane, które od lat moczyło się w wodzie. Dlatego nawet puste było ciężkie. Teraz wiadro było pełne wody i to było ponad nasze siły, aby je podnieść. Przy studni było miejsce tylko dla jednego z nas. Nie mając wyboru, musieliśmy pokręcić ogromne koło, z wałem do którego był przywiązany koniec sznura naszego wiadra. Wiadro ukazało się z pod wody, wtedy ciężar wiadra spowodował, że koło zaskrzypiało. To przestraszyło nas bardzo i zamarliśmy bez ruchu. W tej samej chwili usłyszeliśmy ciche „Szszszszsz” z kierunku domu pana Ruczkowskiego, który stał na schodkach, z palcem na ustach. Natychmiast poznaliśmy pana Ruczkowskiego. Pan Ruczkowski dał nam znak podejść bliżej. Jeden z nas został trzymać koło, a reszta podeszła do Pana Ruczkowskiego. Gdy byliśmy koło niego, powiedział cichym głosem: „Bądźcie cicho. Pijcie wiele chccie, a ja idę przynieść chleb dla Was”. Podnieśliśmy wiadro i postawiliśmy je na krawędzi studni. Ja byłem pierwszy, który zaczął pić. Myślę, że wypiłem pół wiadra wody. Po mnie pił Lonek i wiadro było puste. Znowu opuściliśmy wiadro, a w międzyczasie pan Ruczkowski przyniósł nam duży kawał chleba, który podzieliśmy się na równe części. Każda okruszyna miała wartość złota. Gdy przełknąłem pierwszy kęs chleba, zwymiotowałem całą wodę, marchewkę i kalarepę, które zjadłem w ciągu ostatnich dni. Najbardziej żałowałem ten cenny kawałek chleba, który zwymiotowałem odrazu po połknięciu. Pan Ruczkowski myślał, że to dlatego że wypiłem ogromną ilość wody nie biorąc nawet oddechu. Pan Ruczkowski powiedział nam, że akcja skończyła się i pozostali przy życiu Żydzi wrócili do swoich obozów. Podziękowaliśmy bardzo panu Ruczkowskiemu i myśleliśmy sobie jaka wielka jest różnica między tym szlachetnym człowiekim a siostrami Czerwińskimi. Postanowiliśmy pod osłoną nocy pójść w kierunku naszego obozu i obserwować z daleka co się dzieje. Wkradliśmy się do ogrodu naszego sąsiada Haftla. Stamtąd można było wyraźnie zobaczyć te trzy domy, które służyły jako obóz dla żydowskich robotników fabryki beczek.
    W pierwszych promieniach słońca zobaczyliśmy sylwetki ludzi poruszające się po obozie. Szłi z domów do toalety i z powrotem. Brama nadal była otwarta. Nie widzieliśmy różnicy pomiędzy sytuacją sprzed kilku dni. Czekaliśmy jeszcze chwilę. Gdy byliśmy już pewni, że nie było żadnych zmian w zachowaniu się mieszkańców obozu, każdy z nas wrócił do pokoju i położył się na łóżku, jak gdyby nigdy nic.

    (Dzisiaj, z perspektywy minonego czasu, myślę, że powinniśmy byli pójść w nocy bezpośrednio do Geryni. Jak mogła by wyglądać nasza sytuacja, gdyby w wyniku tej akcji, Bolechów by został uznany jako „Judenrain”, „Oczyszczony od Żydów?” Jeśli tak by się stało, bylibyśmy straceni. Po wyzwoleniu wójka jóż nigdy nie widziałem…

    Polubienie

  4. Prosta logika, gdyby bylo wielu chroniacych, to byloby mniej zamordowanych.
    poniewaz mowa jest o MASOWEJ pomocy a rezultat jest zly
    TO tak nie bylo

    Polubienie

  5. Dziekuję!
    przeczytałem z zainteresowaniem. Myślę, że akurat Rydzyk, (podobnie jak wielu innych okrywających się habitem/sutanną) nie ma moralnego prawa zabierać głosu w tej tragicznej dla narodu Żydowskiego kwestii. Jest powszechnie znany fakt, że na przestrzeni wieków, kler ochoczo kolaborował z każdym najeźdźcą, okupantem w zamian za spokój dla siebie i wygodne życie. Funkcjonariusze kościelni mieli i mają przeogromną wiedzę za sprawą spowiedzi wiernych (okrytej nimbem tajemnicy). Osobną kwestią było wielowiekowe wpajanie prostym ludziom nienawiści do Żydów, gdyż to Oni mieli być sprawcami ukrzyżowania Jezusa.
    Biorąc pod uwagę, że przedwojenna Polska to kraj o stosunkach stricte feudalnych, powszechnym analfabetyźmie i niemal bliskiej zeru świadomości społecznej, więc z łatwością można było ludnością manipulować, szerząc banialuki . Pamiętam z dzieciństwa (pochodzę z Parczewa) przypadki, kiedy starsi wiekiem opowiadali o znanych im przypadkach mordu Żydów. Wśród nich byli tacy, którzy mieli uśmiech na twarzy.

    ps.
    Jak ogromny wpływ kler posiadał i nadal wywiera, mimo powszechości radia, tv, internetu, „wykształconego” społeczeństwa etc., świadczy spontaniczne poparcie dla inicjatyw kościelnych, np.: religia w plac. oświat. i powszechość krzyża , ca 2000 nowych kościołów po ’89r., setki pomników JPII (pp. o dyskusyjnej św.). Również istnienie „imperium” Rydzyka jest tego potwierdzeniem. To on „obsadza” ławy obu izb polskiego parlamentu, de facto on nominował L.Kaczyńskiego i A.Dudę na fotel prezydencki. Za sprawą radia maryja, tv trwam (swoich tub propagandowych) i tysięcy ambon z łatwością cel osiągnął, mamiąc infantylny elektorat, że to oni dokonali „wyboru”.
    z poważaniem
    J.Nogal

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: