Drogi Silvano, 

Różewicz – rozumiem, Norwid – też (niech Ci będzie) rozumiem. I że Wyspiańskiego żeś przetłumaczył, także rozumiem. Ale co Ci podsunęło myśl, żeby wydać we Włoszech antologię polskich „poetek zdeklarowanej młodości i kobiecości”, tego nie pojmę. A skąd ja Ci wezmę zdeklarowaną kobiecość poetek młodych teraz albo poetek młodych w przeszłości, które do dawnej młodości się przyznają po latach?! A masz takie poetki we Włoszech? Pytałem tu i ówdzie i niewiele z tego wyszło, tak że musisz być cierpliwy, i to bez wiary, że uda się znaleźć. Ale żebyś nie był tak całkiem smutny, posyłam Ci fragment wiersza, który w Twojej formule jakoś się mieści, ale tak w ogóle to, z pewnych powodów, raczej na pewno nie.

„Ona / ma szesnaście lat. /Wykoślawił jej ciało tryper,/ wypokraczył jej rysy /syfilis…”

Mocne? No to cytuję dalej:

„Wiem to tylko, że miała już dziecko, / że jej wóz cztery palce urwał, / że tradycję ma starą, szlachecką: / jest po matkach i po babkach / kurwą…”

To fragmenty wiersza „Przypadek”. Do „Przypadku” dorzucam „Dziewictwo”:

„My… / Chaos leszczyn rozchełstanych po deszczu / pachnie tłustych orzechów miazgą, / krowy rodzą w parnym powietrzu / po oborach płonących jak gwiazdy. – / O porzeczki i zboża źrałe / soczystości wzbierająca w wylew, / o wilczyce karmiące małe, / oczy wilczyc słodkie jak lilie! / Ścieka żywic miodna pasieczność, / wymię kozie ciąży jak dynia – / płynie białe mleko jak wieczność / w macierzyńskiej piersi świątyniach. / A my… / …w hermetycznych / jak stalowy termos / sześcianikach tapet brzoskwiniowych / uwikłane po szyję w sukienki / prowadzimy / kulturalne / rozmowy.”

„My” – samice ludzkie, orędowniczki dziewictwa ciężkiego jak wykrochmalony gorset. Przeciwstawione samicom spontanicznym i bezrefleksyjnie rozkopulowanym. A przez to świętym („w macierzyńskiej piersi świątyniach” – niezłe, co?!). Bo ta autorka – oj, mocno czuła swoją zwierzęcość. W wierszu „Deklaracja” pisała na przykład: „Nie jestem niczym innym, jak mądrą odmianą zwierząt / i niczym innym nie jestem, jak czujną odmianą ludzi”. A co to za autorka, to sobie zgadnij. W nagrodę za odgadnięcie poszukam Ci współczesnych „poetek zdeklarowanej młodości i kobiecości” (wiem, że nie zgadniesz, i z góry się cieszę, bo mi się takich poetek, o jakie prosisz, szukać nie chce). Ściskam, jaro

Nic z tego, Sylwek, nie zgadłeś! 

Ani Jasnorzewska-Pawlikowska, ani Poświatowska, ani zespół O.N.A. (a swoją drogą to skąd Ty, u diabła, znasz Agnieszkę Chylińską? – pytam jak italianista z ziemi polskiej polonistę z włoskiej). Poetka nazywa się Zuzanna Ginczanka. Urodziła się w 1917 roku w Kijowie, a wychowywała na Wołyniu, w Równem, bo jej rodzice uciekli z Kijowa przed rewolucją. Miałaby dziś 87 lat i jako kresowianka mogłaby jeszcze żyć, a tym samym i wejść do Twojej przedziwnej antologii (dla kresowianki taki wiek to tyle, co dla warszawianki 60 – przecież była młodsza o sześć lat od Miłosza!). Ale nie żyje, bo była nie tylko kresowianką, lecz również Żydówką, i została zastrzelona w ’44 w Krakowie. I mówiąc serio, to mógłbyś spokojnie machnąć ręką na swoje „poetki zdeklarowanej kobiecości” i wydać po włosku wybór Ginczanki. Świetna poetka, tragiczny i fascynujący los, choć w sumie niewiele o niej wiadomo. Jakieś pięć lat temu przetłumaczyłem jeden jej wiersz na włoski – „Non omnis moriar” – dla Marcello Floresa, chyba do „Linea d’ombra”, albo do czegoś w rodzaju „Settimana” (nie chowam swoich wycinków, więc nie mam gdzie sprawdzić). Strasznie się przejął, wydrukował i mówił, że w jego redakcji też się przejęli, więc prosił o więcej, ale potem zapomnieliśmy o tym obaj. Nikt by tego tak nie przetłumaczył jak Ty. Już wtedy miałem Ci to powiedzieć, ale wyleciało mi z głowy. Ścisk – Twój jaro

Sylwuś, 

mówię Ci, że jest wielka, poczytasz sobie zresztą sam, jak przyjedziesz (kiedy?). To nie dwa czy trzy dobre wiersze – jest ich kilkadziesiąt. Dla smaku podrzucam Ci jeszcze taki oto fragment jej „Buntu piętnastolatków”:

„Już nie mamy nazbyt długich nóg, / ni sterczących kościstych łopatek. / Nocą skronie krwi rozsadza huk, / kiedy księżyc przez okno się skrada – / ktoś przyjeżdża z Buenos Aires w aucie / i zagląda siną twarzą przez szyby – / wysrebrzone szafy chcą nas gwałcić / (ratuj, Boże!! – a gdyby… a gdyby…)”

Mówisz, że nikt o niej nie słyszał? No więc, że nikt, to nieprawda. Choć rzeczywiście – jest w znajomości jej poezji coś z wtajemniczenia. Z Czarkiem Geroniem (znałeś Czarka – poetę i tłumacza? wiesz, że umarł? na serce, jakieś siedem lat temu – miał chyba 36 lat) zgadaliśmy się o niej jeszcze pod koniec lat 80. Wiem, że kiedy uczył w warszawskim liceum na Bednarskiej, to czytał jej wiersze z uczniami – któryś z jego podopiecznych napisał o tym w rocznicowym nekrologu. Czyli na przykład wśród wychowanków Cezarego jakaś wiedza o niej została. Wiedza, a nawet – o czym świadczy ten nekrolog – trwałe przeżycie. Choć jak dostałem Twój list, to pytałem kilku osób w redakcji i prawie nikt jej tu nie kojarzył. No tak, byłbym zapomniał. Jedna z koleżanek, mądra Beata Kęczkowska, nie dość, że wiedziała, to jeszcze powiedziała, że tomik Ginczanki widziała niedawno w antykwariacie gdzieś na swoim osiedlu. Poprosiłem, żeby kupiła – jak nie zapomni, to będę miał swoją Ginczankę, a książka o Ginczance czy z Ginczanki wierszami to rzadkość. Bo książki o Ginczance są dwie (obie świetne i żarliwe, ale niskonakładowe i chyba mało czytane, skoro o niej wciąż za cicho jak na to, jaką była poetką i postacią) – Izoldy Kiec „Zuzanna Ginczanka. Życie i twórczość” z ’94 i Agaty Araszkiewicz „Wypowiadam wam moje życie. Melancholia Zuzanny Ginczanki” z 2001. Wydań wierszy są dwa, oba niedostępne (chyba że w antykwariacie Beaty) – „Udźwignąć własne szczęście” (’91) w opracowaniu Kiec i „Wiersze wybrane” z ’53 w układzie i ze wstępem Jana Śpiewaka, który ją znał. Są też rozmaite relacje zebrane przez Kiec i Araszkiewicz z rozproszonych wspomnień. Układa się to wszystko w opowieść barwną i straszną, ale rwaną. Jak przyjedziesz, to Ci powiem, co wiadomo, a czego nie wiadomo. To co, szukać Ci tych „poetek zdeklarowanej młodości itd.”? Twój Jarecki

Qrna, Silvano!

Beata przyniosła książkę, za 20 zł. Wiesz, co to jest?!!! Żadne tam powojenne wydanie, tylko, uwaga:

Zuzanna Ginczanka, „O Centaurach”, Warszawa, Wydawnictwo J. Przeworskiego. Czyli jedyny zbiór, jaki Ginczanka wydała za życia, w 1936 roku. Okładka lekko wygryziona, ale zawartość czysta jak łza. A na ostatniej stronie okładki inni autorzy Przeworskiego – lista, która pokazuje, jaką Ginczanka (19-letnia!) miała już wtedy rangę: Hemar, Karpiński, Słonimski, Tuwim, Wierzyński. Zresztą – co tu gadać?! Przecież Ginczanka to była przed wojną postać! Ale gdybym miał Ci w tej chwili powiedzieć, jaka to postać, to na podstawie tego, co relacjonują Araszkiewicz i Kiec, także Śpiewak, Brandysowa czy Lipiński, nie potrafiłbym rozdzielić fascynacji, jaką budziła jej uroda i dojrzałość z jednej strony, od podziwu dla jej poezji z drugiej. Wydaje mi się, że bardziej istniała jako osoba niż jako poetka, choć może to, że była poetką, i to świetną, w ogóle nie podlegało już komentarzom.

Mówię Ci, Sylwuś, strasznie żeś mi ożywił mózgownicę tymi swoimi „poetkami zdeklarowanej młodości i czego tam jeszcze”, które się nagle zogniskowały w Ginczance. Ona zawsze była dla mnie cholernie ważna, mam w starym zeszycie całe wypisy z jej wierszy. Zacząłem się zastanawiać, czy ktoś z żyjących znał jeszcze osobiście Ginczankę. I pomyślałem, że znał ją Miłosz. Nie mam jednak odwagi spytać – jakoś mi głupio. Zwłaszcza że od jego asystentki, pani Agnieszki, dowiedziałem się, że rozważał, czy nie poświęcić jej jednego odcinka „Spiżarni literackiej” – wspomnień, które drukował w „Tygodniku Powszechnym”, a które niedawno wyszły w książce. Ale nie poświęcił, więc przeszło mi przez myśl, że może jej nie ceni? A dzisiaj wpadło mi do głowy, że znać mógł ją Ryszard Matuszewski. Urodził się o trzy lata przed nią, znał Tuwima, przedwojennego Gombrowicza, Nałkowską, Baczyńskiego, więc czemu nie?

I – wyobraź sobie – dzwonię do niego, pytam, czy znał Ginczankę, a on: – Oczywiście! Widywałem ją w Małej Ziemiańskiej na półpiętrze, u Skamandrytów, a przede wszystkim przy stoliku Gombrowicza w Zodiaku na Traugutta. Umówiłem się, że wpadnę do niego jutro i coś mi o niej opowie. Jak widzisz, sprawa zaczyna się robić życiową. Tyle że ja już niczego o Ginczance nie wymyślę – po Kiec i Araszkiewicz nic więcej już chyba się nie da. Można ją tylko czytać i się zastanawiać. Ale Ty możesz zrobić naprawdę dużo – możesz ją przetłumaczyć na włoski, bo po włosku czegoś takiego nie macie. Piękna poezja, mocna. Niby skamandrycka, tradycyjnie rymowana, ale to nic nie mówi o zawartości. Zresztą jest taka jej „Ballada o krytykach poezje wertujących”:

„Przyszedł krytyk i rzekł: „Podejrzane – / za tym rymem, proszę panów, za tym rymem / coś wyraźnie zalatuje Leśmianem, / a ponadto, powiedziałbym, Tuwimem”. / Przyszedł drugi i trzeci, i czwarty, / i zaczęli węszyć nosem i wyliczać – / z awangardy, proszę panów, z awangardy / w pierwszym rzędzie wymienili Czechowicza…”

A najlepsza jest końcówka tej „Ballady”, trochę jak z Tuwima o strasznych mieszczanach:

„I męczyli się krytycy ciemną nocą, / a męczyli się z powyższych oto przyczyn: / nie wiedzieli, co ze śmiercią swoją począć / i do rzędu jakich śmierci ją zaliczyć – / …aż pomarli, odetchnąwszy nieco / raźniej, / gdy nad rankiem ktoś bystrzejszy z nich wyszeptał: / „Nasza śmierć jest zerżnięta / naj-wy-raź-niej / z motywów / Bertolta /Brechta”.”

Trzymaj się, napiszę po spotkaniu z Matuszewskim – Jarek

Sylwek, 

byłem u Matuszewskiego, powiedział mi niewiele więcej niż przez telefon. Odbił mi też i dał poświęconą Ginczance kartkę swojego „Alfabetu”, który na dniach ma się ukazać w Iskrach. To przelotne wspomnienie, a najważniejsze jest to, że ją widział na własne oczy. „Była – pisze w »Alfabecie « – postacią tak wyrazistą i atrakcyjną z jej egzotyczną urodą, że trudno było nie wodzić za nią wzrokiem, zwłaszcza kiedy się samemu było młodym chłopcem”. Widział ją, rozumiesz?!!! I słyszał! Pytałem o tembr jej głosu, ale nie umie go opisać. Kiedy widzę zdjęcia przedwojennych pań o takiej – „portretowej”, jak ją sobie w duchu nazywam – urodzie, wydaje mi się, że wszystkie mówiły jak Jadwiga Smosarska. Ale nie wyobrażam sobie, jak Smosarska mogłaby czytać na przykład taki fragment „Procesu” Ginczanki:

„Na początku było niebo i ziemia / i jelonki / i jelenie płowe. / No a dalej bieg się odmienia: / oto / ciało stało się / słowem…”

Takiego postawienia Biblii na głowie… Pytasz, skąd druk w tak prestiżowym wydawnictwie jak Przeworskiego. Otóż w ’34 „Wiadomości Literackie” ogłosiły konkurs dla poetów, „którzy nie ogłosili jeszcze tomu poezyj w formie książki”. Wygrali Tadeusz Hollender, Karol Husarski i Anna Świrszczyńska, a wyróżnienia dostali m.in.: Aleksander Rymkiewicz, Paweł Hertz, Andrzej Nowicki, Juliusz Żuławski i właśnie Ginczanka. Młodzi poeci musieli się zresztą trzymać w kupie, jak 30 lat później STS, bo Ginczanka była uczuciowo związana z dwoma spośród nagrodzonych. O tym, że „chodziła z młodym i też dobrze zapowiadającym się, choć o osiem lat starszym, poetą i satyrykiem Andrzejem Nowickim”, wspomina Matuszewski, który widywał ich przy stoliku Gombrowicza, i nie tylko on. O Hollendrze pisze Miłosz w „Spiżarni literackiej”: „Nieduży, brzydki, z kaczym nosem, nie mógł uskarżać się na odrzucenie go przez płeć piękną (…), obracał się w kołach lewicowo-liberalnych, notabene romansując z poetką należącą do tych kół – Zuzanną Ginczanką”.

Kiec przypuszcza, że Ginczanka wzięła udział w konkursie za namową Tuwima, któremu już wcześniej posyłała wiersze. Opatrzyła swój zestaw konkursowy godłem „Sana” (Sana czy Sanka – tak mówiono na nią w szkolnych czasach). Tuwim żartował sobie potem: „Mens sana in corpore Sana” – takimi słowami miał witać Zuzannę w Małej Ziemiańskiej. Kiedy dzwonił do niej, podobno pytał: „Zuzanna? Tu jeden ze starców”.

Że mogła się podobać młodym i starcom, świadczą zdjęcia. Starszy od niej o osiem lat Andrzejewski (Jerzy – ten od „Popiołu i diamentu”) pisał długo po wojnie: „(…) niezapomniana Zuzanna! Jakaż to była piękna, urocza dziewczyna, świetnie się zapowiadająca poetka, »Gwiazda Syjonu «, mówiono o niej (…) Niewiele twarzy z dalekiej przeszłości tak wyraźnie do dzisiaj widzę, jak smagłą, z dużymi wilgotnymi oczami twarz ciemnowłosej Zuzanny”. W podobnym duchu wypowiadał się Kazimierz Brandys (znam to z cytatu Marii Janion): „To jedno z moich świętych widm, które mnie nawiedzają. Żydowska uroda i śpiewna poezja, oczy sarny, żydowskie ucieczki i kryjówki, dla mnie są w tym ponadczasowe symbole, jak w opowieściach biblijnych”… „Smagła, z wilgotnymi oczami” – pisał Andrzejewski. To dokładnie to, co chce się powiedzieć, przeglądając jej prywatny album, który jest teraz w Muzeum Literatury. Fotografie 16-letniej dziewczyny, która pisała m.in. takie oto „Wyjaśnienie na marginesie”:

„Nie powstałam / z prochu / nie obrócę się / w proch. / Nie zstąpiłam / z nieba / i nie wrócę do nieba. / Jestem sama niebem / tak jak szklisty strop. / Jestem sama ziemią / tak jak rodna gleba. / Nie uciekłam / znikąd / i nie wrócę / tam. / Oprócz samej siebie nie znam innej dali. / W wzdętym płucu wiatru / i w zwapnieniu skał / muszę / siebie / tutaj / rozproszoną / znaleźć.”

Trzymaj się, Silvano – J

Sylwek, no co Ty?! 

Nie przyjedziesz 20.? Daj szybko znać, jak będziesz znał datę, bo potem to ja wyjeżdżam i nie pogadamy… A może uda Ci się przyjechać na pogrzeb Miłosza? Jak Ci mówiłem przez telefon, będzie za tydzień, akurat w weekend. Spróbuj.

Co do tego, jak Ginczanka opuściła Równe, opowieść układa się logicznie. W ’34, dostała wyróżnienie w konkursie. Pisze Kiec: „Teraz – przy poparciu znakomitego poety (Tuwima, rzecz jasna) – otworzyły się przed Ginczanką możliwości wkroczenia na literacką scenę. Dlatego w 1935 r., po ukończeniu gimnazjum, Sanka opuściła Równe, szkolnych przyjaciół i dom dziadków”. Potem Kiec cytuje Józefa Łobodowskiego (który poświęcił Ginczance tom wierszy „Pamięci Sulamity”): „Po przyjeździe do Warszawy nie musiała szukać dróg, by dostać się do »Wiadomości Literackich « i odnowionego na wiosnę 1935 r. »Skamandra «”.

Protekcja Tuwima w zupełności wystarczyła. No a w ’36 wyszedł jej tomik, o którym Ci pisałem i który mam dzięki Beacie za całe 20 zł. W ’36 zaczęła też publikować wiersze satyryczne do „Szpilek”. „Mieszkała wówczas – pisał po latach Eryk Lipiński – przy ulicy Szpitalnej 5. Pamiętam, na imieninach u niej poznałem Witolda Gombrowicza. Potem wspólnie zaczęliśmy bywać w kawiarniach”. Pędzę, Silvano, do redakcji.

Sylwek, 

płakać się chce. Narodowcy nie chcą pozwolić na pogrzeb Miłosza na Skałce i zapowiadają jakieś chryje. Kiedy umarł, od razu pomyślałem, że naturalną koleją rzeczy pójdzie na Wawel, a tu trzeba walczyć o Skałkę… Na pewno nie przyjedziesz?

Twoje pytanie o Równe i o rodzinę wymaga oczywiście dłuższego oddechu. Ale skąd brać relacje ludzi, którzy już odeszli? Kiec i Araszkiewicz zdążyły zebrać, co się dało, często w ostatniej chwili, i należy im się pomnik, choć zamiast pomnika zgodziłyby się pewnie dostać w nagrodę jakieś dobre miejsce dla Ginczanki w historii literatury polskiej…

A więc na początek Jan Śpiewak, który ją poznał w tym samym ’34, w którym dostała wyróżnienie „Wiadomości”: „Miała wówczas siedemnaście lat i przechodziła do ósmej klasy gimnazjalnej. Pisywała wiersze do gazetki szkolnej noszącej skromną nazwę »Echa Szkolne «”…

Tu przerywam na chwilę Śpiewakowi. Wiesz, kto redagował „Echa Szkolne”? Pamiętasz go pewnie, bo kiedy mieszkałeś w Warszawie, był autorem „Misia Uszatka”: Czesław Janczarski. I właśnie u niego Ginczanka z klasy Vb miała swój debiut – wiersz „Uczta wakacyjna”. Ale oto cd. Śpiewaka:

„Dwa pierwsze wrażenia, które odniosłem wówczas, pozostały mi na zawsze w pamięci. Pierwsze – to jej dom. Był on piętrowy, pachniał lekarstwami, maściami, kosmetykami i stężałym, przeschniętym wapnem. W pokojach tłoczyły się meble: staromodne komody, ociężałe fotele, śmieszne, pochyłe stoliki i kozetki. Meble zwężały pokoje, ciążyły, przytłaczały. Kilka mieszczańskich pokoleń z jakąś konsekwentną chaotycznością musiało zbierać to wszystko, aby wytworzyć dziwne nawarstwienie prawie bezużytecznych przedmiotów. Drugie wrażenie – to oczy Ginczanki. Jedno miała zielone, drugie niebieskie, uśmiechające się i ironiczne. Jedno smutne, a drugie kpiące”. To ciekawe z tymi oczami i z podwójną osobowością. Także Eryk Lipiński pisze: „Była bardzo inteligentna i dowcipna. Bardzo ładna i elegancka. Zwracały uwagę jej oczy – jedno zielone, drugie niebieskie”.

Ale wracam do Śpiewaka, który pisze tak, że niemal można ją zobaczyć: „Wysoka, smukła dziewczyna, w ciemnym pokoju, w otoczeniu nieruchomych i ciężkich mebli, nie odcinała się od ogólnego tła. Kontrast stanowiły dopiero jej wiersze”.

Ginczanka naprawdę nazywała się Gincburg (Zuzanna Polina). I nazwiskiem Gincburżanka podpisany był jej debiut w „Echach Szkolnych”. Wychowywali ją właściwie dziadkowie, bo rodzice szybko wyjechali z Równego. Ojciec był aktorem i reżyserem teatralnym. Pisze Kiec, że osiadł w Ameryce, gdzie występował pod pseudonimem „Senia Gardeni”, i czasami „przysyłał córce swe zdjęcia, czasem filmowe afisze”. Sprawdzałem w internecie na różnych hollywoodzkich stronach – nigdzie taka postać nie figuruje. Jej mama wyszła za mąż za czeskiego inżyniera i zamieszkała z nim w Hiszpanii. Araszkiewicz przytacza wspomnienie Marii Brandysowej, wedle której „przed wybuchem wojny, gdy przyjaciele namawiali ją do odszukania matki w Hiszpanii, Zuzanna nie chciała – mówiła: to już nieaktualne”. To pewnie za proste, ale kiedy czytam, że wszystkich uderzała niezależność Ginczanki (bardzo widoczna w jej wierszach), to przypominam sobie tych kilka moich koleżanek opuszczonych przez rodziców i wychowywanych przez światłe babki – wszystkie niezależne i przedwcześnie dojrzałe. Aha, Józef Łobodowski pisze, że po wojnie, po opublikowaniu poświęconego Ginczance wiersza, dostał paczkę z Pampeluny – złotą szpilkę do krawata – z karteczką „Od matki Zuzanny”.

Oprócz Śpiewaka informacje o dzieciństwie i wczesnej młodości Ginczanki pochodzą od jej szkolnych kolegów, których zresztą widać na niektórych zdjęciach. Jednym z nich jest Izaak Paweł Gasko. Od niego Izolda Kiec dostała w liście taki oto opis: „Dom, w którym Sanka rosła, był duży, dwu- i półpiętrowy, i może w czymś podobny do domów Kafki. Taki dziwny, jak jego właścicielka, czcigodna pani Klara Sandberg (Sandbergowie to rodzice matki Zuzanny – Cecylii). Pełna godności osobistej, atoli bez śladu pozy. Siwowłosa, uśmiechnięta, życzliwa w domu i bardzo poważna w składzie aptecznym przy srebrnej kasie mechanicznej”. Czyli Zuzanna mieszkała w pokoju nad składem aptecznym dziadków.

Jak wyglądało w tamtych czasach Równe, można by spytać Ryszarda Przybylskiego, który urodził się tam w ’28, ale nie chcę zawracać profesorowi głowy – jak będziesz chciał o niej pisać czy ją tłumaczyć, to sam zapytasz. Zresztą Kiec i Araszkiewicz zebrały odpowiednio zagęszczony koloryt miasta. Jedna z nich przywołuje dla porównania klimat Nikifora, druga – Chagalla. Jak pisze Kiec – „dominowała tu ludność pochodzenia żydowskiego – i wśród miejscowej elity, i wśród biedoty (…) Obok Żydów mieszkali Rosjanie, Ukraińcy, Tatarzy, Ormianie. I Polacy: urzędnicy, nauczyciele, wojskowi. Bywał tu generał Anders…”.

Z punktu widzenia tego, co się stało potem – nie tylko jej śmierci, lecz przede wszystkim prześladujących ją szmalcowników, którzy ją w końcu wydali – jakoś strasznie wygląda jej wybór. W domu mówiło się po rosyjsku, ale ona postanowiła być polską poetką. Mogła postanowić inaczej. Pisał Gasko do Izoldy Kiec: „Jestem pewien, że Sanka wybrała dla siebie polską poezję bez żadnego wpływu matki czy babki”. Araszkiewicz pisze, że Ginczanka miała do wyboru cztery gimnazja narodowościowe – rosyjskie, żydowskie, ukraińskie i polskie – i wybrała polskie. Zrobiło mi się ponuro, więc kończę. Ściskam, jar

Oj, Sylwek!

Myślałem, że Ci wystarczy ta wzmianka o jej końcu i że sam sobie sprawdzisz resztę. Jeśli jednak koniecznie chcesz wiedzieć coś przed przyjazdem (15.? na pewno? jeszcze będę w Warszawie). No więc, jeśli chcesz, to w skrócie było tak. A raczej w punktach, bo nie chcę tej jej historii romansować, nie chcę też przepisywać tego, co piszą Kiec i Araszkiewicz – sam przeczytasz, bo obie książki mam już u siebie. Streszczam na podstawie ich ustaleń.

– Gombrowicz w liście do Piętaka: „Kiedyś na Mazowieckiej, wracając do domu z Zodiaku tłumaczyłem Ginie, że na tę zbliżającą się wojnę trzeba koniecznie zaopatrzyć się w truciznę. A ona się śmiała”.

– W czerwcu ’39 Ginczanka zdaje ostatni egzamin sesji letniej i wyjeżdża na wakacje do babci, do Równego. Do Warszawy już nie wróci.

– Po wybuchu wojny przenosi się do Lwowa, gdzie zostaje pomocnikiem buchaltera w Biurze Uzdrowiskowym. Wychodzi za mąż za Michała Wienziehera, krytyka sztuki. On jest o 17 lat starszy. Nie bardzo wiadomo, skąd ta decyzja – Ginczanka nie tłumaczy.

– We Lwowie Zuzanna spędza czas głównie z przyjaciółmi z Równego i z Rudnickim, Watem, Broniewskim, Ważykiem, Nachtem-Samborskim. Jej sąsiadem jest m.in. Marian Eile (ten od „Przekroju”). Ginczanka tłumaczy (m.in. Majakowskiego) i pisze wiersze.

– W ’41 Lwów opuszcza jej mąż, jedzie do Krakowa.

– Kiec cytuje taką oto relację Franciszka Gila ze zbiorów Gomulickiego: „W lecie 1942 roku, w czasie jednej z największych i najgorętszych lwowskich akcji, trzykrotnie w ciągu dnia wchodziły po nią patrole. Chowała się, za trzecim razem w ostatniej sekundzie wyprowadził ją z domu podwórzowymi schodami kelner, mieszkający także w owym (przy ulicy Jabłonowskich) bardzo wielkim mieszkaniu”. Gil mówi o „wybitnej i wybitnie semickiej urodzie Ginczanki”. Araszkiewicz przypomina, że taką urodę nazywano wtedy „złym wyglądem”. Wszyscy wiedzieli, że Ginczankę wydała właścicielka mieszkania Chominowa, której nazwisko przejdzie dzięki Ginczance do dziejów nikczemności, lecz również – wskutek czasem niesprawiedliwie zbawczego działania poezji – do dziejów literatury. Bo Ginczanka uwieczniła ją w arcydziele, wierszu wiele razy czytanym i omawianym, m.in. przez Kamieńską i Przybosia. Przepisuję w całości.

„Non omnis moriar – moje dumne włości, / Łąki moich obrusów, twierdze szaf niezłomnych, / Prześcieradła rozległe, drogocenna pościel / I suknie, jasne suknie pozostaną po mnie. / Nie zostawiłam tutaj żadnego dziedzica, / Niech więc rzeczy żydowskie twoja dłoń wyszpera, / Chominowo, lwowianko, dzielna żono szpicla, / Donosicielko chyża, matko folksdojczera. / Tobie, twoim niech służą, bo po cóż by obcym. / Bliscy moi – nie lutnia to, nie puste imię. / Pamiętam o was, wyście, kiedy szli szupowcy, / Też pamiętali o mnie. Przypomnieli i mnie. / Niech przyjaciele moi siądą przy pucharze / I zapiją mój pogrzeb i własne bogactwo: / Kilimy i makaty, półmiski, lichtarze – / Niechaj piją noc całą, a o świcie brzasku / Niech zaczną szukać cennych kamieni i złota / W kanapach, materacach, kołdrach i dywanach. / O, jak będzie się palić w ręku im robota, / Kłęby włosia końskiego i morskiego siana, / Chmury rozprutych poduszek i obłoki pierzyn / Do rąk im przylgną, w skrzydła zmienią ręce obie; / To krew moja pakuły z puchem zlepi świeżym / I uskrzydlonych nagle w aniołów przemieni.”

To ten wiersz tłumaczyłem dla Floresa i jest to pewnie jedyny wiersz Ginczanki wydrukowany po włosku. Sam wiesz, że nie da się równie żargonowo oddać „szupowców”, czyli Schutzpolizei. I nie da się przemycić w samym tekście informacji, że „Nie zostawiłam tutaj żadnego dziedzica…” – to cytat ze Słowackiego, a więc z romantyzmu, z wielkiej tradycji polskiej. Piszę, co dalej, i kończę.

– Ginczance udaje się przetrwać te lwowskie donosy, ale dowiaduje się, że jej babcia umarła na atak serca, kiedy z Równego wieźli ją na miejsce straceń.

– Matka Ginczanki śle z Pampeluny listy, w których nawołuje Zuzannę do wyjazdu z Polski.

– Jesienią ’42 Zuzanna jedzie w okolice Krakowa z grafikiem Januszem Woźniakowskim. Udaje jego narzeczoną i na „aryjskich papierach” ukrywa się u jego ciotki w Felsztynie. Zdradza ją „zły wygląd”, musi uciekać. Zamieszkuje z mężem w Krakowie.

– Wspomniany Gil pisze: „Rok całkowitego ukrywania się (Zuzanna nie wychodziła nigdzie) spustoszył Ginczankę przeraźliwie. Wychudła, z twarzą paloną wypiekami, oczyma błyszczącymi i niespokojnymi, często rozdrażniona – nie kończyła rozmowy, rwała zdania”. Ginczanka boi się, jedzie do Swoszowic pod Krakowem, gdzie spotyka przyjaciółkę z Równego jasnowłosą Blumkę Fradis.

– Na początku ’44 Woźniakowski i mąż Ginczanki trafiają w ręce gestapo, ich nazwiska są na listach skazanych.

– Ginczanka wraca do Krakowa i znajduje kryjówkę na ulicy Mikołajskiej 5 (zaraz coś Ci o tym domu napiszę). Wnuk pani Mucharskiej, która gości Ginczankę, w rozmowie z Izoldą Kiec wspomina:

„Jesienią 1944 roku, miałem wówczas 10 lat, sprowadziła się do nas Zuza Ginczanka. Nie mieszkała tu dłużej niż miesiąc (…). Zuza nie wychodziła nigdzie, a przebywając w mieszkaniu sama, nie otwierała drzwi. Umawiałem się z nią, że gdy będę wracał do domu, pozna mnie po głośnym tupaniu i wygwizdywaniu melodii. Tak właśnie sygnalizowałem swój powrót któregoś popołudnia. Na schody wybiegła sąsiadka, pani Krzeszowska, która ostrzegła: »Są u was « i kazała mi się cofnąć. Stanąłem w bramie domu po przeciwnej stronie ulicy. Jakieś pół godziny później wyszli gestapowcy, prowadząc Zuzę i Blumkę. Nie wiem, jak trafili na ich ślad. Podejrzewam, że doniósł ktoś z sąsiadów. Nie było innej możliwości”.

Byłem przed tym domem, Sylwek – o ile po wojnie numer 5 pozostał przy tym samym domu. Kiedy od zaplecza katedry Mariackiej miałem odebrać kartę wstępu na pogrzeb Miłosza, zorientowałem się, że tam właśnie zaczyna się Mikołajska. Kamienica pod piątym jest tuż – stara i piękna, z kamienną bramą. Ze statuetką Madonny na zwieńczeniu.

‚ Współtowarzyszka Ginczanki z więzienia wspomina: „Jej własna twarz ją zdradziła, jej piękna twarz”. I dalej: „Ciągnęli ją po ziemi za włosy. Krzyczała okropnie, ale nie przyznała się, że jest Żydówką”. Według relacji tej kobiety to przyjaciółka Zuzanny jasnowłosa Blumka „wydała wyrok na obie”. Jest coś niedobrego w tych słowach, coś, czego nie lubię, a co płynie z podporządkowania pamięci o zwykłej, kruchej Blumce, która nie wytrzymała tortur, pamięci o genialnej i dzielnej Ginczance. Jak gdyby Blumka była nie ofiarą, lecz katem.

– Podobno Zuzanna „liczyła” jeszcze, że trafi do Auschwitz. Stało się inaczej – pod koniec 1944 roku Zuza i Blumka zostały rozstrzelane na wzgórzu w Płaszowie. Mija więc właśnie 60 lat od jej śmierci. Ściskam, Sylwek. Przyjeżdżaj, to dam Ci te książki. Ja

http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,96856,2359047.html?disableRedirects=true