– Czy są może „Mądrości żydowskie”? 

– Panie, dawno nie ma. Jeżeli by jednak pan chciał coś z tej tematyki, to my tu mamy… O, proszę, „Judo”! 


Powyższa historia z księgarni, przytaczana często przez Szymona Kobylińskiego, wystarczająco jaskrawie pokazuje, że kultury mogą się przenikać w zaskakujący sposób i trudno nad takim procesem zapanować. Niemniej ta anegdota, ponoć autentyczna, sygnalizuje jednocześnie, jak udane i popularne zjawiska mogą z tego wynikać. „Mądrości żydowskie” były bowiem w PRL-u książką (tak naprawdę książeczką) wielokrotnie wznawianą, a mimo to, wobec ogromnego popytu, zawsze poszukiwaną. Skąd to zainteresowanie? Rzecz warta zastanowienia, choć jednocześnie bardzo delikatna i złożona, zważywszy na trudną wspólną historię Polaków i Żydów. W świetle gorących ostatnio rozważań nad antysemityzmem w Polsce, tak współcześnie, jak i w przeszłości, absolutne szaleństwo publiczności kabaretowej międzywojnia na punkcie dowcipu o tematyce żydowskiej, zwanego szmoncesem – rozbudzone ponownie w Polsce Ludowej – musi ciekawić.

Próba jego jednoznacznego zdefiniowania nastręcza nie lada trudności. Zacznijmy jednak od tego, co już udało się ustalić. Słowo „szmonces” pochodzi z języka jidysz („szmonce”) i w dosłownym tłumaczeniu oznacza błahostkę, dowcip, nonsens. Według definicji zawartej w „Polskim Słowniku Judaistycznym” jest to monolog, dialog, piosenka o tematyce żydowskiej, czerpiący/-a wzorce z żydowskiego humoru. Może to być też oparty na nich gatunek twórczości literacko-kabaretowej. Natomiast definicja zawarta w słowniku poświęconym historii i kulturze polskich Żydów określa szmonces przede wszystkim jako dowcip słowny w formie krótkiej opowiastki zakończonej paradoksalną pointą1. Oba źródła celnie i klarownie wymieniają podstawowe cechy tego zjawiska. Nie rozstrzygają natomiast, czy jest to rodzaj specyficznego żartu (zwanego żydowskim), czy też autonomiczny gatunek kabaretowy. Trudno będzie to zrobić także przy okazji tych rozważań.

Szmonces jako żart był naturalną eksplozją poczucia humoru i żydowskiej mentalności. Szmonces jako gatunek kabaretowy – to ujęty w zwięzłą formę, poddany specyficznej obróbce literackiej tekst, mający tę mentalność jak najpełniej odtwarzać. Zgrabnie podany ze sceny, dopiero wówczas tworzył nierozerwalną całość. Teksty budowane były często na bazie autentycznych anegdot podsłuchanych na ulicy i przetworzonych przez najlepszych mistrzów słowa ówczesnego kabaretu. Były tworem satyrycznym mającym jednak swój odpowiednik w rzeczywistości. Stąd kłopot z jednoznacznym określeniem pojęcia „szmonces”.

Wskazówką może być prześledzenie zawrotnej kariery szmoncesu w polskich teatrzykach, a nawet już pobieżna analiza tekstów. Pierwsze z nich składały się prawie wyłącznie z popularnych żarcików i anegdot o najróżniejszej tematyce, nieznacznie tylko zmodyfikowanych i powiązanych w dłuższą formę. Przykładem mogą być omawiane niżej monologi Pikusia, w których lepsze dowcipy mieszają się z mało subtelnym, nieociosanym żartem ulicy. W późniejszym okresie dochodzi do sublimacji gatunku i powstają teksty, w których autorzy z rzadka opierają się na utartych powiedzonkach czy anegdotach, tworzą zaś oryginalne opowiastki naszpikowane zabawnymi słownymi „łamańcami”. Do tego dochodzi brawurowe wykonanie tekstu na estradzie. To czas, kiedy przybiera on swoją określoną formę i rządzi się wewnętrznymi prawami, dzięki czemu można już określić główne cechy tego gatunku. Najlepszym przykładem takiego „gotowca” jest „Sęk”, majstersztyk i prawdziwa perła wśród wszystkich znanych nam szmoncesów. Dlatego wydaje mi się w pełni uzasadnione i odpowiedniejsze stosowanie terminu „szmonces” właśnie na określenie gatunku kabaretowego, a nie pojedynczego żartu.

Pomocą w rozstrzygnięciu tej kwestii jest również odpowiedź na pytanie, kiedy słowo to w ogóle pojawiło się w publicznym obiegu. Okazuje się, że po raz pierwszy napotykamy na nie w recenzji z programu kabaretu Qui Pro Quo, która ukazała się w „Robotniku” w roku 19212. „Szmoncesem” nazwał tedy autor numer pod tytułem „Cymes i Cires”. Jak twierdzi Dorota Fox, można przypuszczać, że nazwa ta została ukuta przez samych twórców z Qui Pro Quo3. Wcześniej wszystkie tego rodzaju utwory określane były przez recenzentów terminem „sketch”.

Pierwsze szmoncesy pojawiły się w polskim kabarecie zaraz po zakończeniu pierwszej wojny światowej wraz z postacią Pikusia graną przez Józefa Ursteina, który pod wpływem ogromnej popularności wykonywanych na scenie telefonów do swojej narzeczonej, Mici Titipulki, bardzo szybko stał się Józefem „Pikusiem” Ursteinem. Podobna sytuacja będzie miała miejsce kilka lat później, kiedy Kazimierz Krukowski, odtwórca postaci Lopka – ulubieńca Warszawy, stanie się już na zawsze po prostu Lopkiem Krukowskim. Pikusia wymyślił ponoć Andrzej Włast, główny, choć nie jedyny, autor wykonywanych przez niego monologów i piosenek. Jednak nie mniejszy udział w sukcesie tej pary: autor – wykonawca, miał sam Józef Urstein. Oprócz niewątpliwej charyzmy i wdzięku, posiadał odpowiednie przygotowanie. To on, być może jako pierwszy, a na pewno jeden z pierwszych w Polsce, poznał tę formę żartu scenicznego u samego źródła, a mianowicie w Wiedniu u słynnego Fritza Grünbauma. Jego monologi i dialogi (prowadzone z Węgrem Farkasem) składające się z anegdotycznych perypetii wiedeńskiego Żyda wprowadziły styl humoru szmoncesowego. Ogromną rolę odgrywał w nich komizm językowy – żart, mówiony łamaną niemczyzną charakterystyczną dla miejscowej społeczności żydowskiej. Józef Urstein, przebywający w czasie pierwszej wojny światowej w Wiedniu, przypatrywał się tym występom nie tylko z widowni, ale także zza kulis. Wiadomo mianowicie, że osobiście poznał Grünbauma i przez krótki czas nawet u niego terminował. Podobny do niego fizycznie – niskiego wzrostu, łysy, o pucołowatej twarzy i dużych uszach, był idealnym kandydatem na gwiazdę tego gatunku w Polsce. Stąd można sądzić, że to właśnie wpływ wiedeńsko-berlińskich teatrzyków, w których Grünbaum występował, okazał się być najsilniejszy w krystalizowaniu odmiany polskiego szmoncesu.

Po powrocie do kraju Urstein zaczął występować w kabarecie Miraż. Początkowo był artystą od wszystkiego. Śpiewał kuplety i piosenki, opowiadał historyjki, tańczył. Występy te nie należały jednak do ambitnych, choć były lubiane. Jednak prawdziwą popularność bardzo szybko przyniosły mu teksty, których autorem był Andrzej Włast. To on, choć zwany później – zresztą nie bez przyczyny – Królem Szmiry, był bez wątpienia pierwszym autorem szmoncesów w polskim kabarecie. Później dołączą do niego m.in. Julian Tuwim, Antoni Słonimski i Marian Hemar, którzy doprowadzą tę formę do perfekcji. Na początku był jednak Włast i jego Pikuś. Najsłynniejsza piosenka tego tandemu – „Uś, ta wiosna…” co wieczór miała swoją premierę, aktualizowana zwrotkami bogatymi w szczegóły mijającego dnia. Do tego pełne ploteczek i skandalików telefony do narzeczonej Mici, tym pikantniejsze, że mające swoje źródło w rzeczywistości, oraz numery nadprogramowe, takie jak przepiłowanie na pół pięknej, młodej kobiety. Tych jednak nigdy, z różnych względów, nie udawało się wykonać. Pikuś posługiwał się językiem zasymilowanego w pierwszym pokoleniu Żyda, co było źródłem potężnego komizmu słownego. Polszczyzna z elementami jidysz, hebrajskiego, a nawet niemieckiego i rosyjskiego, odmieniana w zaskakujący, acz niepozbawiony logiki sposób, wywoływała salwy śmiechu. Analizując dziś te pierwsze szmoncesy, uczciwie trzeba powiedzieć, że nie jest to humor najwyższych lotów. Mimo to publiczność oszalała. Perypetie natury towarzyskiej, zdrowotnej, wieczne problemy w interesach i kłótnie z nieuczciwymi wspólnikami, okraszone często mało błyskotliwymi szczegółami natury fizjologicznej, tworzyły nierówną składankę lepszych i gorszych żartów. Zrobiły jednak swoje, zapoczątkowując wieloletnią modę na szmonces. Sam Józef „Pikuś” Urstein przenosi się wkrótce do legendarnego Qui Pro Quo, gdzie u szczytu popularności umiera przedwcześnie na zawał serca w 1923 roku, między jednym spektaklem a drugim. Tak kończy się pierwszy okres rozwoju szmoncesu.

Jednak nie trzeba było długo czekać na pojawienie się postaci, która w pełni zrekompensowała publiczności zniknięcie Pikusia. Już w 1926 roku na tej samej scenie pojawił się młody człowiek w lichym płaszczu, brawurowo wykonując piosenkę pod tytułem „Wekselek”. Sam aktor nie mógł nawet przypuszczać, jak bardzo zostanie pokochany przez warszawiaków już podczas swojego pierwszego występu. Tak narodził się słynny Lopek, postać, w którą wcielił się Kazimierz Krukowski. Przez kolejne lata rosła jego popularność, nie zmniejszając się ani na chwilę, aż do wybuchu wojny. Po Warszawie krążyło znane pytanie zapożyczone z jednego ze scenicznych tekstów Krukowskiego: „Pan nie zna Lopka? Lopek i kropka!”. Był własnością publiczności. Lopkiem na scenie i poza nią. Występował w dziesiątkach szmoncesowych skeczy, piosenek i monologów. Pisali dla niego najlepsi autorzy kabaretowi. Po drodze dowcip obyczajowy wysubtelniał, zaś satyra na panujące stosunki polityczne i społeczne wyostrzyła się. Tuż przed wojną coraz częściej w szmoncesowych tekstach pojawiały się echa wielkiej polityki międzynarodowej i wyraźnego już antysemityzmu. Aż w jednej z piosenek Lopek wyśpiewał:

Zamieńmy się nosami,
Ty dasz mi swój nos pański
Z dziurkami nad wąsami,
Swój nos starogermański…

Błędem byłoby jednak sądzić, że Lopek Krukowski to jedyna gwiazda godna miana następcy Pikusia Ursteina. Pojawili się też inni, równie znakomici wykonawcy. Arcymistrzami gatunku nazywano niezwykle śmieszny duet: Romuald Gierasieński i Konrad Tom, a także rewelacyjnego Ludwika Lawińskiego, występującego często w parze z Krukowskim. Wśród aktorów z drugiej linii, również bardzo lubianych, można wymienić: Jerzego Borońskiego, Eugeniusza Bodo, Czesława Koniecznego, Michała Znicza czy Edmunda Minowicza. Była w tym gronie także kobieta, Dora Kalinówna, odgrywająca postać „przedwojennej snobki-idiotki”, jak określiła ją Stefania Grodzieńska.

Szmonces niewątpliwie kreował gwiazdy, co stanowi jego bardzo charakterystyczną cechę. Poprzez zacieranie granicy między aktorem a postacią, którą on odgrywał, powodował, że publiczność niezwykle silnie ich ze sobą utożsamiała. Dzięki temu zapewniał artyście dużo większą popularność niż w przypadku innych form kabaretowych.

W pomysłach tekstowych prześcigała się wielka trójca autorów przedwojennego kabaretu: Tuwim, Włast i Hemar, a także Słonimski, Jurandot, Emanuel Szlechter czy Artur Tur. Popyt na szmoncesowi żart był jednak tak duży, że w każdym kabarecie i knajpie ze scenką pojawiało się wielu pomniejszych, mocno odstających poziomem od wyżej wymienionych artystów, „interpretatorów” tego gatunku. Kazimierz Krukowski pisał o tym zjawisku tak: „Kiepskim autorom i aktorom wydawało się, że szmonces to nic innego jak tak zwane »żydłaczenie«, to znaczy bezmyślne przekręcanie słów […]. Taki szmonces, który niestety gościł nagminnie na ówczesnych »podsceniach « i w pseudokabaretach, zamiast bawić, jątrzył i judził4” .

Przyczyniło się to do ogromnego zróżnicowania w obrębie gatunku. Oprócz szmoncesu będącego satyrą na snobujący się odłam ówczesnego żydowskiego społeczeństwa i stojącego na dość wysokim poziomie literackim, zaczęto wykorzystywać szmonces jako narzędzie antysemickich wystąpień. Przybrał formę złośliwych, niewybrednych żartów. Najjaskrawiej zaś ujawnił się w warstwie językowej. Wyśmiewano błędy gramatyczne, przesadnie akcentowano specyficzną wymowę i intonację. Wzbudziło to niezadowolenie i protesty ortodoksyjnych Żydów, którzy od początku sceptycznie patrzyli na szmonces jako przejaw usankcjonowanej powszechnie dyskryminacji. Jednocześnie stał się szmonces obiektem ataków ze strony tej części polskiego społeczeństwa, której nie podobała się ekspansja żydowskiego humoru w polskim kabarecie. Wzywano więc do walki z jego zażydzeniem. Zarzuty dotyczyły również pochodzenia znakomitej większości autorów i wykonawców. W ten sposób szmonces użyty został jako element rozgrywki politycznej opartej na resentymentach społecznych. Na potwierdzenie, jak poważny i mocno angażujący obie strony był to konflikt, warto przytoczyć fragment felietonu Jana Szeląga ze „Szpilek”, w którym autor ironicznie radzi: „Spada nakład nędznego pisemka? Trzeba zaangażować endeka lub żydka, żeby zrobił trochę antysemickich szmoncesów, a endecy będą czytać, no i Żydzi również. Tak zrobiono ostatnio w jednym z brukowych pisemek warszawskich5”. Ówczesna sytuacja doprowadziła nawet do tego, że w niektórych kabaretach zawieszono wykonywanie szmoncesów. Szybko jednak okazało się, że publiczność traktuje je po prostu jako świetną rozrywkę, z której nie zamierza rezygnować. I to właśnie na jej żądania szmonces powrócił na afisze.

Dlaczego stał się tak popularny? Być może dlatego, że mimo różnych zarzutów stanowił nieodłączną część kultury II Rzeczypospolitej. Poruszał tematy uniwersalne, jak miłość, zazdrość, praca, rodzina. Wyśmiewał przywary charakterystyczne dla wszystkich społeczeństw kapitalistycznych, przede wszystkim pogoń za pieniądzem i nowobogackie snobizmy. Wykreowane postaci obdarzone tymi cechami zgodne były jednak ze stereotypowym wizerunkiem ówczesnego Żyda. Przedstawiały zazwyczaj kupca, bogatego biznesmena, lub po prostu drobnego cwaniaczka warszawskiej ulicy. To osadzenie w polskich realiach tamtego okresu pozwoliło na stworzenie gatunku w dużym stopniu rodzimego, łączącego elementy dwóch współistniejących i przenikających się kultur. Podejrzany w wiedeńskich teatrzykach szmonces stał się z czasem specjalnością polskiego kabaretu. Angażując najlepsze pióra swego okresu i najwybitniejszych aktorów, dopiero tu otrzymał określoną formę i zyskał gatunkową odrębność. Nigdzie też poza Polską nie rozwinął się na taką skalę. Przy tej okazji warto wspomnieć o rysunkowej odmianie szmoncesu autorstwa Jerzego Zaruby, który stworzył postaci pana Żółtko i Eierweissa, regularnie pojawiające się na łamach „Cyrulika Warszawskiego”, a także o radiowych dialogach Aprikosenkranza i Untenbauma pióra Wiktora Budzyńskiego.

Miał jednak szmonces, jak już wspomniałam, tyluż gorących zwolenników, co zaciekłych wrogów. Do dziś antagonizmy te są żywe. Ze względów oczywistych, podstawowe znaczenie dla późniejszej historii tego gatunku miało doświadczenie drugiej wojny światowej. Holokaust doprowadził do prawie całkowitego wymordowania żydowskiej społeczności w Polsce, a szmonces stracił naturalny grunt, na którym się rozwinął. Zniknął przedwojenny świat symbiozy dwóch kultur – polskiej i żydowskiej. Nie widziano już sensu w tym, by pisać nowe szmoncesy, ale też po prostu nikt nie chciał tego robić. Podobnie było na emigracji. Trauma wojennych przeżyć sprawiła, że już samo jego wspomnienie odbierane było jako coś nie na miejscu. Antoni Słonimski zabronił nawet wznawiania swoich monologów, ponieważ nabrały dramatycznego tła. Zagadnienie szmoncesu stało się kwestią jeszcze bardziej delikatną niż przed wojną. Znamienne słowa padły w rozmowie opublikowanej w 1972 roku w „Dialogu”:

RUDZKI: Dzisiaj, kiedy te rzeczy przeszły do tragicznej historii, nie należy mówić żartobliwie o świecie umarłych i trudno wymagać od generacji, która nie znała prototypów, żeby rozróżniała humor wyblakłych odbitek sprzed lat. […]
KORCELLI: […] Wymarli ludzie znający ten język, rozumiejący ten typ dowcipu związany z żonglowaniem na granicy polszczyzny, żargonu i na rozmaitych słownych, a także i myślowych zabawach, które z tego wynikają. Z chwilą, kiedy nie ma środowiska, które jest w stanie to odebrać jako sprawę z życia, sprawę przejętą z ulicy, z normalnych kontaktów, z tą chwilą taki dowcip umiera6.

Mimo to pięć lat wcześniej Edward Dziewoński i Wiesław Michnikowski niezrównanym wykonaniem przedwojennego „Sęka” w kabarecie Dudek podejmują udaną próbę powrotu do dawnych tradycji. Był rok 1967, czyli tuż przed wydarzeniami marcowymi. Wydawać by się mogło, że to najgorszy czas na przypomnienie szmoncesu, a jednak powodzenie było szalone. Za każdym razem na widok Dziewońskiego pojawiającego się na scenie ze słuchawką w ręku publiczność wybuchała salwą śmiechu. Poza pojedynczymi głosami zarzucającymi Dudkowi szerzenie antysemityzmu, przyjmowano ten skecz bez politycznych uprzedzeń. Samym artystom również nie przychodziło to nawet do głowy. Dla nich to po prostu świetnie napisany tekst, który był źródłem nieograniczonych możliwości komicznych na scenie. Grany bez żadnych podtekstów, także dziś bawi kolejne pokolenia Polaków, którzy nie mieli prawa słyszeć języka przedwojennych Żydów. Michnikowski z Dziewońskim pokazali, jak należy grać szmonces w nowych powojennych okolicznościach. Ich wykonanie obroniło się nawet przez największymi wrogami tego gatunku, którzy mówią o nim z uznaniem.

W Dudku przypomniano jeszcze kilka innych skeczy i piosenek z tego gatunku. Powstał też być może jedyny powojenny szmonces, autorstwa Wojciecha Młynarskiego, w formie zwrotki dopisanej do tekstu przedwojennej piosenki. W latach dziewięćdziesiątych zaczęli po nie sięgać inni świetni aktorzy, m.in. Marian Opania oraz Zbigniew Lesień i Wiktor Zborowski, mówiący radiowe dialogi Aprikosenkranza i Untenbauma. Ma je w swoim repertuarze także stołeczny Teatr Żydowski. Coraz więcej tekstów ukazuje się drukiem, choć należy pamiętać, że większość z nich zaginęła bezpowrotnie. Największą gratką dla koneserów są autentyczne nagrania szmoncesów z przedwojennego kabaretu, które niedawno ukazały się na płytach. Pewien wzrost zainteresowania tym gatunkiem w ostatnim czasie nie świadczy o tym, że nastąpi jego odrodzenie. Jako literacka odmiana dowcipu minął bezpowrotnie wraz ze wspólną polsko-żydowską tradycją przedwojennego kabaretu.

1 Zob.: „Polski słownik judaistyczny”, t. 2, oprac. Zofia Borzymińska i Rafał Żebrowski, Warszawa 2003; oraz: Alina Cała, Hanna Węgrzynek, Gabriela Zalewska „Historia i kultura Żydów polskich. Słownik”, Warszawa 2000.
2 „Robotnik” nr 239/1921.
3 Dorota Fox „Teatralny rodowód Lopka. Na marginesie szmoncesu”, [w:] „Żydzi w lustrze dramatu, teatru i krytyki teatralnej”, pod red. Eleonory Udalskiej, Katowice 2004.
4 Kazimierz Krukowski „Mała antologia kabaretu”, Warszawa 1982.
5 Jan Szeląg (Zbigniew Mitzner) „W oczekiwaniu na inspekcjź”, „Szpilki” nr 25/1936.
6 „Wspomnienia o kabarecie”, „Dialog” nr 10/1972.

Agnieszka Uścińska

http://www.teatr-pismo.pl/archiwalna/index.php?sub=archiwum&f=pokaz&nr=691&pnr=37

One Response to “– Czy są może „Mądrości żydowskie”? ”

  1. tyle o szmoncesu, i ani jednego przykladu ?

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: