.Jestem znów Zydem cz 46

Szlomo Adler

Książka ta opiera się na moich wspomnieniach. Piszę tylko o tym co sam przeżyłem, widziałem lub słyszałem. Większość imion wspomnianych w tekście jest prawdziwa.

Przez wiele lat odkładałem opisanie moich wspomnień, ponieważ praca nad tym była dla mnie bardzo ciężka, otwierała jeszcze niezabliźnione rany. Po wojnie czułem się jakbym był w koszmarnym śnie.  Często myślałem, że to nie jest jawa, a moje prawdziwe życie zacznie się dopiero wtedy, gdy obudzę się z okrutnego koszmaru, zobaczę moich rodziców, siostrę, krewnych i kolegów.
Na początku próbowałem zbudować nowe życie, pod przybraną polską tożsamością. Przyjąłem polskie maniery, ale komunistyczny reżim w Polsce sprawił, że zostałem aresztowany. Oskarżono mnie o zdradę i faszyzm. Ostatecznie okazało się, że mój areszt korzystnie wpłynął na moje życie. Wróciłem do żydostwa i uciekłem z Polski. Ale nawet po przyjeździe do Izraela, moja depresja nie zniknęła.

Byłem nieszczęśliwy, nie miałem ochoty na budowanie rodziny i nowego pokolenia w tym okrutnym świecie. Nie chciałem, aby i moje dzieci były nieszczęśliwe.  Ale los chciał inaczej.   W 1949 roku, gdy odbywałem służbę wojskową, spotkałem moją wybrankę serca, Ester. Ester przeżyła Holocaust na Syberii, dokąd ja wygnano wraz z rodziną, co uratowało im życie. Ester pragnęła dużej rodziny. Pobraliśmy się i urodziło się nam dwóch synów.


Nie tak wyobrażałem sobie życie po wyzwoleniu.  Po południu znowu poszliśmy do naszego domu. W ogrodzie znaleźliśmy kilka ziemniaków, które tam wyrosły.  Po drodze minęliśmy wojskowe jednostki stacjonujące na dużych podwórzach pustych domów. Poprosiliśmy ich o chleb.  Jeden z żołnierzy zapytał, czy jesteśmy Żydami. Gdy skinęliśmy głowami, kazał nam chwilę poczekać aż przyniesie chleb. Po kilku minutach wrócił z jakimś oficerem i z bochenkiem chleba w ręku.  Oficer, w randze majora, zapytał, czy umiemy mówić po żydowsku.  Odpowiedzieliśmy, że umiemy trochę po hebrajsku, ale nie po żydowsku.  Oficer kazał nam przyjść następnego dnia w południe i przynieść ze sobą garnek. 

W tym czasie byliśmy pełni podziwu i wdzięczności dla sowieckich żołnierzy, którzy nas wyzwolili, i widzieli w nas ludzi. Gdy wojsko sowieckie maszerowało śpiewając piosenkę „Wstawaj, strana ogromnaja (Wstawaj, kraju ogromny), słowa i muzyka tej pieśni wywoływały u mnie dreszcz emocji. Czuję to zresztą do dzisiaj, po prawie po 65-ciu latach.   Maszerujący żołnierze fascynowali mnie swoją mocą.  Najbardziej ciekawiły mnie radzieckie wyrzutnie rakietowe, Katiusze. Wtedy była to tajna broń.  Wyrzutnia rakietowa była zamontowana na ciężarówce. Wszystko oprócz kabiny kierowcy było przykryte plandeką, więc nie mogliśmy zobaczyć tej słynnej rakiety. Słyszeliśmy jej dźwięk jak strzelała szybkim ogniem, gdy siedzieliśmy w ukryciu. Ale mimo tego jakie wrażenie robiły na mnie siły Czerwonej Armii nie przestałem się bać, że wszystko co przeżyliśmy może się znowu zdarzyć. Gdy następnego dnia wróciliśmy do obozu wojskowego, okazało się, że nie znamy nazwiska oficera, który obiecał nam jedzenie.  Staliśmy z garnkiem w ręku czekając aż się pojawi. Żołnierze z menażkami w ręku podchodzili kolejno do kuchni polowej, a kucharz ogromną chochlą nalewał wspaniale pachnącą zupę z kotła. Czuliśmy ją z daleka i marzyliśmy o misce gęstej zupy. Byliśmy coraz bardziej głodni, a kiedy patrzyliśmy na żołnierzy odchodzącym z pełnymi menażkami i dużymi pajdami chleba, nasz głód rósł. Jednak nikt na nas nie zwracał uwagi i nie zainteresował się, co tu robią dzieci z garnkiem. Dopiero po jakieś pół godzinie pojawił się “nasz” oficer z pakunkiem w ręku. Bez słowa dał nam worek, wziął garnek i poszedł do kuchni. Widzieliśmy, jak tłumaczył coś kucharzowi, który zanurzył swoją chochlę do samego dna i cztery razy wlał zupę do naszego garnka.  Oficer wrócił i powiedział:  

„to zupa dla Was, a w worku jest bochenek chleba i puszka mięsa”.  Potem zapytał się o nasze nazwiska i wiek. Odpowiedzieliśmy na pytania, a on pytał dalej:

– Co się stało z rodzicami?

 – Zamordowali ich Niemcy.

– A Wy jak przeżyliście?

 – Uratowała nas chrześcijańska rodzina.

 – Są jednak uczciwi ludzie wśród nie-Żydów. Nie wszyscy to dranie i swołocze. Ja nazywam się Wladimir Zelcer, ale wszyscy wołają na mnie Lowa.  Jak przyjdziecie i mnie nie będzie, idźcie prosto do kucharza i powiedzcie mu, że jesteście przyjaciółmi Lowy. On już wie o was. Dopóki nasza jednostka tu będzie, on wyda wam obiad. Nie wiem, kiedy nas poślą na front, wtedy będzie problem.

 

Przychodziliśmy codziennie do obozu. Po trzech lub czterech dniach Lowa Zelcer zorganizował dla nas buty i spodnie.  Żołnierze nie mieli wtedy skarpetek i Lowa nauczył nas jak owijać nogi onucami.  To była potrzebna lekcja, bo nie wiedzieliśmy, jak nałożyć buty na owinięte stopy. Po ośmiu dniach Lowa powiedział, że jego jednostka jedzie na front.

 – Według mnie jesteście wygłodzeni i przez ostanie 3 lata nie chodziliście do szkoły. Myślę, że powinniście pojechać do Rosji i zapisać się do szkoły wojskowej imienia Suworowa. Pomogę Wam w przyjęciu do szkoły i dam list polecający. Jest to doskonała szkoła oficerska, w Środkowej Azji.  Jedzenia tam nie brakuje a mundury są dobre do ubrania. Co jeszcze potrzebujecie w swojej sytuacji? Wykształcenie, jedzenie i ubranie to wszystko otrzymacie w tej szkole. Zastanówcie się nad moją propozycją. Macie czas do jutra, bo potem może nas już tu nie będzie. Sam byłem sierotą i mój daleki krewny załatwił mi przyjęcie do tej szkoły, którą ukończyłem z wyróżnieniem.

 

Wróciliśmy do Mondszajnów i opowiedzieliśmy o propozycji jaką dostaliśmy od oficera Zelcera.  Jeden z Żydów siedzących w pokoju powiedział: „Żydzi nie jadą na wschód. Żydzi jadą na zachód”.

 

Prawie trzy tygodnie po wyzwoleniu Bolechowa wróciła pierwsza żydowska rodzina, która uciekła z Czerwoną Armią. Następnego dnia Bronek Mondszajn poprosił mnie o pomoc przy wykopaniu cennych rzeczy z ogrodu.  Bronek miał łopatę. Tego nam brakowało, kiedy chcieliśmy z Józikiem wykopać nasze słoiki ze złotem.  Poszedłem z Bronkiem do ich ogrodu. Bronek pamiętał dokładnie instrukcję: „Jeden metr od pnia w prostej linii w kierunku ulicy”. Zaczęliśmy kopać.  Mniej więcej na 75 centymetrach głębokości znaleźliśmy zaplombowany dzban a w nim złote monety.  Bronek wsadził dzban do torby, którą miał przygotowaną.  Szybko wrzuciliśmy ziemię z powrotem do dołu i zatarliśmy ślady.

 „Nie mów nikomu o tych monetach”, poprosił Bronek. Zastanawiałem się czy nie poprosić go o pomoc w odkopaniu słoja zakopanego przez mojego ojca. Ale nie zrobiłem tego, bo po pierwsze Józika nie było z nami i nie chciałem sam decydować. Po drugie, nie chciałem iść przez całe miasto z łopatą, bo bałem się, że ktoś zacznie coś podejrzewać i mogą mi skonfiskować złoto a może nawet mnie zaaresztować.  Po trzecie, nie chciałem, aby ktokolwiek wiedział, że coś drogocennego było zakopanego w naszym ogrodzie. Po czwarte i najważniejsze, nie mieliśmy własnego kąta, gdzie można było schować te cenne rzeczy, a nie mogliśmy przecież wszędzie nosić ze sobą słoika ze złotymi monetami. Można to sobie wyobrazić: dwóch oberwańców stojących koło polowej kuchni i czekających na talerz zupy, trzymających pusty garnek i słoik pełen złotych monet…

W południe poszliśmy do majora Zelcera z informacją, że nie chcemy wyjeżdżać z Bolechowa.  Powiedzieliśmy mu, że jeszcze ciągle mamy nadzieję, że ktoś z rodziny przeżył i wróci.  Jeśli nas tu nie będzie, wtedy nikt nie będzie wiedział, że żyjemy. Major zrozumiał nas i obiecał napisać polecający list do szkoły, jeśli zdecydujemy się zapisać tam później.  Na kawałku papieru zapisał swój wojskowy adres i prosił abyśmy się z nim skontaktowali. Wręczył nam torbę z jedzeniem na kilka dni i powiedział: „Tej nocy wyjeżdżamy na front. Miejmy nadzieję, że się jeszcze spotkamy”. Uścisnęliśmy jego rękę z wdzięcznością za okazaną nam pomoc. „Nie martwcie się.  Żydzi służą we wszystkich jednostkach Armii Czerwonej. Możecie śmiało podejść do każdej jednostki tu stacjonującej, poszukajcie tam Żyda, a on z pewnością wam pomoże. Teraz, gdy Stany Zjednoczone są naszymi sojusznikami, nie brakuje jedzenia w wojsku”.

Pożegnaliśmy się ze łzami w oczach.  W worku, który nam dał były trzy kilogramowe puszki amerykańskiej wieprzowiny, dwa bochenki chleba i kilogram cukru.

A następnego dnia już całej jednostki nie było. Nie było też innych sowieckich żołnierzy w mieście.  Mówiono, że za Hoszowem, w drodze do Doliny, jest baza wojskowa, ale to było zbyt niebezpieczne chodzić tak daleko, bo tam byli wciąż aktywni banderowcy

Poprzednie czesci  TUTAJ

Zredagowala Anna Karolina Klys

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: