Albo historia, albo polityka

Daniel Passent

 


„Polityka historyczna” to termin wewnętrznie sprzeczny. Albo uprawia się historię, czyli badania naukowe, i opisuje rezultaty bez względu na ich polityczne konotacje, albo podporządkowuje się naukę polityce i wtedy np. „szuka się” oczekiwanych wyników, hojnie wspiera się te badania, muzea, wystawy i tych autorów, którzy zajmują „słuszną postawę” (np. klasową czy narodową), a pozostałych odsuwa się na margines. (Patrz prof. Dariusz Stola i Muzeum Polin, a przedtem prof. Machcewicz i Muzeum II Wojny Światowej). Doboru ludzi i pieniędzy dokonuje się według kryteriów politycznych, a nie merytorycznych. Fałszowanie historii widzieliśmy na masową skalę przed 1989 r. (scentralizowana edukacja, cenzura, awanse, paszporty), ale zjawisko to powraca. Tym ważniejsze są głosy przestrogi.

„Na historii nie zbuduje się marki kraju” – pisali po katastrofie z ustawą o IPN profesorowie Maciej Kisilowski i Anna Wojciuk („GW”, 1 sierpnia 2018 r.). Autorzy ubolewają, że wśród polskich elit panuje „głęboki konsensus” co do sensowności tzw. polityki historycznej, czyli budowania polskiej pozycji międzynarodowej na „naszej” narracji historycznej. Opozycja krytykuje co prawda wykonanie tej polityki, ale nie same jej założenia. „Jeśli tylko pana Świrskiego zastąpi ktoś sprawniejszy, z dobrym angielskim i kompetencjami marketingowymi, to karta polskiej polityki historycznej może się wreszcie odwrócić” – referują M.K. i A.W.

Tymczasem opieranie się na historii jako na fundamencie naszej pozycji jest „wyjątkowo słabym” pomysłem. Polityka historyczna nie pomoże zjednywać sobie sojuszników, inwestorów i partnerów handlowych – piszą Kisilowski i Wojciuk. „Fiksacje historyczne” psują krew, nie zjednują przyjaciół. Nie mają większego znaczenia w pozyskiwaniu inwestorów i partnerów handlowych. Polityka historyczna „staje się szczególnie kosztowna”, gdy rozbudza negatywne emocje wobec krajów potencjalnych inwestorów. Dobrym przykładem jest dylemat premiera Morawieckiego – jak grać na nastrojach antyniemieckich i jednocześnie zabiegać o niemieckie inwestycje?

Jeśli będziemy wybielać historię naszych przodków, to rzuci się na nas „armia zmotywowanych krytyków”, którzy podrasowaną narrację rozbiją w drobny mak. Zdaniem pp. Kisilowskiego i Wojciuk historia nie jest dobrym narzędziem budowy pozytywnej marki kraju, a lewica nie powinna dać się szantażować rzekomo obowiązującym konsensusem wokół polityki historycznej.

W tym samym duchu pisała profesor slawistyki Joanna Niżyńska z Indiana University (przedtem z Harvardu) w „Tygodniku Powszechnym”. „Przez ostatnie ćwierć wieku, zwłaszcza po debacie o Jedwabnem, tworzyliśmy w USA coraz lepszy obraz Polski. Po nowelizacji ustawy o IPN nasza praca legła w gruzach”. Nowelizacja odświeżyła wizerunek Polaka antysemity, w ostatnich latach „nieco osłabiony”. Poczucie zaufania między społecznością polską i żydowską, mozolnie budowane od końca lat 80., runęło jak domek z kart.

Rozmowa z Ruth, przyjaciółką autorki, uświadomiła jej, „jak ważne jest dla drugiej strony, żeby doświadczenie Żydów nie zostało zawłaszczone przez inne grupy i rozmyte w sądach o uniwersalnym cierpieniu”. (Patrz niedawny wywiad W. Waszczykowskiego o tym, jakoby Żydzi chcieli mieć monopol na ofiary i cierpienie w czasie II wojny).

Gdy ludzie godzą się na dialog, nie ma już miejsca na „targowanie się, kto przecierpiał więcej (nawiasem mówiąc czas, by Polacy zrozumieli, że w kolektywnym cierpieniu Żydów nie prześcigną), ani na forsowanie utopijnych narodowych wizji niewinności” – pisze prof. Niżyńska. I dalej: „Wszechobecny w polityce historycznej partii nacisk na kategorię narodu polskiego, którego heroizmu rzekomo nie rozumie świat, jest tragicznym w skutkach pomieszaniem pojęć. (…) Strach i wstyd uruchamiają z kolei mechanizmy kompensacyjne, politycznie instrumentalizowane, czego dowodem jest retoryka wstawania z kolan”. Jeżeli chcemy, by świat nas wysłuchał, musimy najpierw wziąć swoją historię na klatę, przestać się jej bać – pisze Niżyńska.

„Za Holokaust odpowiadają Niemcy, ale dzięki PiS, ustawie o IPN i dyskusji, jaka wokół tego się wywiązała, świat dowiedział się, ilu naszych rodaków mordowało Żydów wokół Holokaustu” – powiedział niedawno Radosław Sikorski („Rz”). „Brutalna prawda jest taka, że 90 proc. polskich Żydów zostało zamordowanych, a 90 proc. polskich katolików przeżyło. Więc PiS nie wygra z Żydami licytacji na martyrologię” – mówi. Od siebie dodam, że licytacja na martyrologię zaczęła się u progu Marca ’68, kiedy ludzie Moczara przypuścili pierwszy atak na Wielką Encyklopedię PWN, zwłaszcza za hasło „Oświęcim”, że fałszuje historię na korzyść Żydów. Dyrektor wydawnictwa wkrótce trafił na Dworzec Gdański i wyemigrował, ale to już inna historia. Na ten temat polecam „Zapiski z wygnania” Sabiny Baral w reżyserii Magdy Umer i w świetnym wykonaniu Krystyny Jandy (Teatr Polonia).

Albo historia , albo polityka

3 komentarze to “Albo historia, albo polityka”

  1. Pasent sie ostatnio poprawia i zaczyna pisac do rzeczy. W artykule cytuje m.in wypowiedz Waszczykowskiego w ktorej ten twierdzi ze – …Żydzi chcieli mieć monopol na ofiary i cierpienie w czasie II wojny… To przyklad typowego antysemity. Ten czlowiek byl ministrem spraw zagranicznych obecnego rzadu. Nie godzi sie nawet tego komentowac.

  2. Tu mamy prawdziwego Daniela Passenta.
    MEF: Bidiuk kach.

  3. Nie mogę oprzeć się pokusie i dodam że polityczna narracja historii to wynalazek całkiem nie nowy i ostatnio specjalizowali się w tym Rosjanie i Arabowie.
    Polska uznaje już od 1988 fikcyjne państwo z fikcyjnym narodem które powstałe dzięki politycznej narracji historii. Ten produkt zredagowanej historii cieszy się uznaniem całego narodu polskiego, rządu, partii i opozycji i nawet ma ambasadę w Warszawie.
    Nie można tego zjawiska zignorować w czasie dyskusji o rozrachunkach polsko-żydowskich. Można zacząć czyszczenie stajni od zamknięcia przedstawicielstwa tego tworu. Sukces pojednania z Żydami zapewniony.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: