Uncategorized

Szwedom nikt nie wciśnie kitu

Zaremba-Bielawski: Władza, która ordynuje zakazy bez pokrycia, igra z ogniem.

22.04.2020, ludzie w parku w Sztokholmie. Szwecja jako jeden z niewielu krajów nie wprowadziła poważnych restrykcji z powodu koronawirusa (Anders Wiklund / AP)


W Moskwie mają chyba specjalne biuro, które produkuje sensacyjne doniesienia o szwedzkim upadku. Że tutaj rządzi szariat, że lawinowo rośnie przestępczość, że imigranci gwałcą szwedzkie kobiety. Dla tego obrazu byłoby katastrofą, gdyby liberalna szwedzka strategia walki z pandemią okazała się skuteczniejsza niż zamykanie obywateli i wojsko na ulicach – mówi Maciej Zaremba Bielawsk

 

WYWIAD Michał Nogaś

Michał Nogaś: Jak zdrowie?

Maciej Zaremba-Bielawski*: Dziękuje, na razie nie narzekam. Odkrywam nawet, że mam mięśnie w nieznanych mi dotąd miejscach.

Od początku pandemii mieszkamy z żoną [Agnetą Pleijel, wybitną szwedzką pisarką] w naszym domku na wyspie Yxlan, na północy Archipelagu Sztokholmskiego. A tu wiatr wielką sosnę zwalił, więc trzeba ją pociąć, wiatę na drewno zbudować. A tu dach przecieka, więc większość czasu jestem drwalem, cieślą, a ostatnio nawet ogrodnikiem. Rukolę posiałem i co kwadrans sprawdzam, czy kiełkuje. Proszę się nie śmiać. Ja miastowe dziecko jestem, to jest moja pierwsza wiosna w życiu. Przyrodę znałem tylko letnią i zimową, z wakacji.

I co zwróciło twoją uwagę?

– Szczególnie ptaki zachowują się nieprzyzwoicie. Dzwonię od czasu do czasu do Adama Wajraka, by go na przykład spytać, co to za zwierzę tak rozpaczliwie zawodzi. I wyję mu do słuchawki. On chwali moją imitację i wyjaśnia, że to nie jeleń, tylko stęskniony za miłością samiec dzikiej kaczki, edredon, o ile pamiętam.

Okazuje się, że nie my jedni wpadliśmy na pomysł, by przeczekać najgorsze na wyspie. Normalnie o tej porze roku na sąsiedniej wyspie panowała ciemność. Teraz wieczorami wszędzie zapalają się lampki i – jak w tym pięknym wierszu Herberta – pozdrawiają się nawzajem.

Żyjecie w izolacji czy też przeciwnie – życie towarzyskie kwitnie?

– Moje życie towarzyskie to pogawędki przez płot z sąsiadem, emerytowanym policjantem morskim. Powiedział ostatnio, że jeśli zetnie go ta epidemia, to dopełni się prawo natury. Bo gdyby nie oszukali jej lekarze, wymieniając mu kilka organów, już dawno by go nie było. Wyliczył, że nikt z przodków nie dożył jego wieku. „Więc już czas na mnie”, mruczy i odchodzi rąbać drewno na najbliższe 10 lat. Postępuję podobnie. Jak kituję okna, to tak, żebym nie musiał za 20 lat poprawiać. Chociaż wiem przecież, że to wbrew planom natury.

Jednak pandemia przywraca proporcje. Przez lata krytykowałem system szwedzkiej opieki zdrowotnej za biurokrację i niekompetentne zarządzanie. I słusznie. Ale mogłem to robić, bo ten system był łaskaw przedłużyć mi życie.

Odkryłeś drugą stronę medalu?

– Będzie co krytykować, kiedy się już ten wirus uspokoi. Okazało się na przykład, że większość szpitali nie miała żadnych zapasów rękawiczek, a nawet środków dezynfekcyjnych. Bo szefostwo uznało, że taniej będzie kupować z dnia na dzień. Okazało się też, że mamy od dawna niedobór łóżek na oddziałach intensywnej terapii

Ale z drugiej strony ten ospały system w momencie ostrego kryzysu zadziałał. To chyba prawo natury, że pod dużą presją z niektórych wychodzi to, co w nich najgorsze, a z innych to, co najlepsze.

Bezduszni biurokraci, którzy by pół roku temu wyrzucili za to z pracy, gratulowali lekarzowi, który prywatnie kupił za granicą kilkadziesiąt ton środków ochronnych na rachunek szpitala.

Kiedy nie było czasu na 15 posiedzeń, żeby podjąć decyzję, udało się nagle w dwa miesiące podwoić liczbę łóżek na intensywnej terapii, tak że dzisiaj co piąte stoi wolne. To ten niezbędny margines na wypadek nagłego pogorszenia się sytuacji. Więc na razie nie ma obaw, że lekarze będą musieli wybierać, którego pacjenta ratować. Nie muszę chyba tłumaczyć, jak to uspokoiło nastroje.

Mam nadzieję, że nasi decydenci w służbie zdrowia czegoś się przy tym nauczyli. A mianowicie, że kiedy lekarze i pielęgniarki mają szansę działać na własną odpowiedzialność, rozwiązują w trzy dni problemy, nad którymi cały sztab administracji pracowałby przez pół roku, do tego z wątpliwym skutkiem. A więc primo – nie przeszkadzać.

W Szwecji pozytywny przykład idzie z góry i niekoniecznie ma związek z politycznymi przepychankami. Księżniczka Sofia, synowa Karola Gustawa XVI, porzuciła życie w pałacu i jako wolontariuszka pracuje w jednym ze sztokholmskich szpitali. Gotuje dla szpitala, sprząta, opiekuje się zakażonymi pacjentami…

– Mnie się najbardziej podoba, że tutaj nikt się temu nie dziwi. Sofia musiała najpierw przejść trzydniowy kurs w towarzystwie kilkudziesięciu stewardes, które też się zgłosiły do pracy w szpitalach.

Pytałeś, czy odkryłem drugą stronę medalu. Tak. Zauważyłem, że coś, co wygląda na przywarę, może kryć w sobie zalety. Od lat krytykowałem wyjątkowość szwedzkiego ustroju, która polega na tym, że państwowe urzędy – a jest ich chyba dwieście – są formalnie niezależne od rządu. Rząd może tylko mianować szefa i wydawać ogólne instrukcje dla głównego urzędu podatkowego, inspekcji atomowej, górnictwa, transportu czy szkolnictwa – ale nie wolno mu ingerować w konkretne sprawy ani, broń Boże, w decyzje personalne. Jeśli minister to zrobi – i do tego zostanie przyłapany – poniesie polityczne konsekwencje. To się nazywa „ministerstyre”, ministerialne zarządzanie, we Francji czy w Polsce normalne, w Szwecji ciężki grzech. Urząd pracuje tylko na podstawie ustaw. Jakby był niezależnym sądem.

Ten porządek ma korzenie w XVII wieku. Kiedy Gustav II Adolf wojował w Polsce, jego kanclerz Axel Oxenstierna reformował państwo. Niektóre z urzędów, które stworzył, istnieją do dzisiaj. Składały się z fachowców i były, jak na owe czasy, dosyć apolityczne. Dwieście lat później parlament poszedł dalej i zabronił rządowi ingerencji w konkretne sprawy.

Krytykowałem ten system, bo rozmywa odpowiedzialność. Kilka lat temu urząd ds. transportu zlecił podwykonawcy w Serbii operowanie ściśle tajną bazą danych, z domowymi adresami pilotów bojowych włącznie. Wielki skandal, prawie zdrada stanu. Ale do dziś nie udało się ustalić, kto podjął decyzję: szef urzędu czy minister? W ten sposób politycy mogą unikać odpowiedzialności za bulwersujące decyzje: to nie my, to urząd. Na co urząd odpowiada, że tylko stosował instrukcję.

Lecz pandemia odsłoniła w tym niezdrowym systemie źródło cnoty. Rząd Stefana Löfvena za zgodą całej opozycji oddał zarządzanie epidemią w ręce fachowców, czyli Urzędu Zdrowia Publicznego. Urząd wydaje zalecenia, rząd i parlament je sygnują. Tym samym politycy odebrali sobie szansę pokazów sprawczości i wszelkich aktów symbolicznych, jak zamykanie granic i tym podobne.

Wiele mówi scenografia tego przesunięcia władzy. Codziennie o 14 Urząd komunikuje stan na dzień dzisiejszy, ocenę sytuacji i zalecenia. Na scenie są tylko fachowcy, żadnego polityka. Kilka godzin później na stronach Urzędu można przeczytać, ilu zakażonych jest w którym szpitalu, ilu na intensywnej terapii, ilu zmarło, ilu wyzdrowiało. I prognozę na następny tydzień, jak podkreślają, niepewną. Przyznają się do błędu we wczorajszej prognozie, tłumaczą, jak powstał. Krótka lekcja statystyki.

Mamy wrażenie pełnej przejrzystości. I tym razem nie ma problemu rozmycia odpowiedzialności. Rząd i parlament akceptują każde zalecenie Urzędu na własne ryzyko.

Efekt jest taki, że wedle badań sprzed tygodnia 84 proc. Szwedów ufa służbie zdrowia, 73 proc. – Urzędowi Zdrowia Publicznego, 63 – proc. rządowi, 61 proc. – publicznej telewizji. Za to popołudniówki, które jak zwykle próbują nas zbulwersować i biją na alarm, mają zaufanie 15 proc. czytelników.

Czyli to, co dziś świat obserwuje z ogromnym zadziwieniem, czyli dość osobny szwedzki pomysł na walkę z pandemią, ma źródła w decyzjach z XVII i początku XIX wieku?

– Tak, w zaufaniu do kompetencji i niezależności urzędów państwowych. Choć ja odwróciłbym to spojrzenie.

Czy nie powinno raczej dziwić, że politycy uważają, że wiedzą lepiej od lekarzy, jak walczyć z pandemią?

Nawet w tak zwykle racjonalnej Norwegii premier Erna Solberg ogłosiła, że ona wirusa „zniszczy”, mimo że norweski urząd zdrowia publicznego prosił, by się tak nie wyrażała, bo tworzy iluzję… Prosił też, by nie zamykała podstawówek, bo to nie pomoże, a może i pogorszy sytuację. Ale zamknęła. Zuch kobieta, okularników się nie słucha… Teraz ma nowy problem, bo jak szkoły otworzy, może być więcej zachorowań i to będzie jej wina. Z kolei duński rząd, też wbrew zaleceniom ekspertów, zamknął granicę ze Szwecją. Duńczyk mógł wjechać do Szwecji, Szwed do Danii nie. Później duński rząd odkrył, jak wielu Szwedów z Malmö pracuje w służbie zdrowia w sąsiedniej Kopenhadze.

 Szwedzka reakcja ma związek nie tylko z jakością i systemem funkcjonowania urzędów państwowych, ale także z czymś, co bym nazwał inżynierską mentalnością. Nordycką, ale przede wszystkim szwedzką. Wierzymy w naukę. W twoich i moich kręgach najważniejsza jest Literacka Nagroda Nobla, ale większość Szwedów jest dumna z pięciu szwedzkich noblistów w dziedzinie chemii, siedmiu z medycyny, czterech z fizyki. Liczą się przede wszystkim nauki ścisłe, pragmatyzm i mozolne dłubanie w materii. Albo wiemy, o czym mówimy, albo nie ma o czym mówić.

Do niedawna mnie to w Szwedach irytowało, bo jestem przecież polskim romantykiem. Tłumaczyłem znajomym, jak wspaniałe zalety ma polska improwizacja, podczas gdy ich przodkowie wyzbyli się wyobraźni. Myliłem się, Szwedzi mają fantazję, tylko ujętą w racjonalne rygory.

Szwedzki model walki z pandemią wzbudził na świecie ogromne zainteresowanie, ale i kontrowersje. Żaden kraj w zasadzie, może jeszcze poza Islandią i w mniejszym stopniu Holandią, nie pozwolił obywatelom na tak wiele i wprowadził tak niewielkie obostrzenia. Ludzie piją kawę w ogródkach restauracji, dzieci chodzą do szkoły.

– Czas pokaże, która strategia okaże się najskuteczniejsza. Z pewnością popełniono wiele błędów. Trzeba będzie wyjaśnić, dlaczego mamy tak wysoką śmiertelność w domach opieki, które są w gestii samorządów lub prywatnych firm. Wolno podejrzewać, że oszczędzano na higienie oraz liczebności i kompetencjach personelu.

Ale na razie ta strategia ma wielką zaletę społecznej akceptacji.

Nie czujemy, że się nam wciska kit, a jednocześnie bierzemy poprawkę, że może być gorzej, bo język szwedzki rządzi się litotą, jak japoński, np. jeśli urząd powie, że jest niedobrze, to znaczy, że jest bardzo źle.

Kiedy zakazano spotkań powyżej 500 osób, w moich kręgach odwołano wszystkie zebrania, także pięcioosobowe. Ludzie zaczęli unikać metra, zanim urząd wystosował takie zalecenie. Z wyjątkiem oczywiście nastolatków, które nie lubią, kiedy się im coś radzi. Za to dorośli doceniają, że traktuje się ich jak dorosłych. Że każda instrukcja ma uzasadnienie, że policja nie kontroluje, czy zakażony został w domu, i słusznie, bo nie muszą, skoro absolutna większość sama się izoluje. Że nikt nam nie wmawia, że wirusa da się „zniszczyć”. Jest oczywiście wielka niewiadoma, bo być może także ludzie, którzy nie czują się chorzy, roznoszą zarazki. Ale rozumiemy, że na to nie ma rady, chyba żeby pozamykać wszystko i wszystkich.

Podejrzewam, że ten szwedzki Urząd Zdrowia Publicznego może być trochę unikalny. Powstał sześć lat temu z połączenia Urzędu Epidemiologii i Urzędu Zdrowia, który zajmował się wszystkimi aspektami zdrowia: właściwą dietą i zapobieganiem samobójstwom, zwalczaniem narkomanii i alkoholizmu, zdrowiem rodzinnym. To sprawia, że mają perspektywę całościową i muszą wziąć pod uwagę negatywne skutki zwalczania epidemii.

Wiadomo bowiem, że gdy ludzi zamknie się w domach na dłużej, wzrośnie przemoc w rodzinie – we Francji wzrosła o 30 proc. Wiadomo, że gdy całkowicie zamknie się szkoły podstawowe i przedszkola, część dzieci zostanie skazana na dysfunkcjonalną rodzinę, co może się skończyć tragedią. Inni rodzice będą musieli zwolnić się z pracy w szpitalu czy w policji, by zająć się dziećmi. A przymusowo bezrobotni mogą popaść w skrajną biedę, co także zdrowiu nie sprzyja. Dlatego też Urząd Zdrowia Publicznego nie zalecał zamknięcia wielkich fabryk i jednocześnie naciskał na dotacje na ratowanie małych biznesów.

A co z artystami?

– Jak zwykle w Szwecji przemysł i eksport są ważniejsze niż kultura. Już prawie miesiąc temu powstał gigantyczny pakiet wsparcia dla wszelkiej materialnej produkcji. Muzykom, aktorom, pisarzom obiecano 500 mln koron, ale dopiero teraz dowiadujemy się, kiedy i jak je dostaną. Większość to freelancerzy, z własną firmą, z reguły bez dostępu do zasiłków dla bezrobotnych. Na razie mają tylko odroczenie VAT, obietnicę zwrotu części podatku za ubiegły rok, jeśli w tym roku ich firma wyjdzie na minus, i ewentualnie obniżkę czynszu, jeśli mają lokal. Ale tylko pod warunkiem, że wynajmujący się zgodzi, przy czym państwo zwróci mu połowę tej zniżki. To akurat bardzo szwedzkie rozwiązanie, bo apeluje do własnego interesu właściciela lokalu. Moja wspólnota mieszkaniowa natychmiast obniżyła czynsz fryzjerom, bo jak ich teraz nie poratujemy, to możemy zostać bez najemcy.

Z drugiej strony mnożą się inicjatywy społeczne, a nawet korporacyjne. Bywalcy teatrów płacą z góry za przyszłe premiery, Spotify wpłaciło 4 mln koron do funduszu kryzysowego Stowarzyszenia Muzyków. Też pewnie we własnym interesie, ale co to szkodzi. Jeśli ten dopust ma jakąś dobrą stronę, to taką, że nam uświadamia, do jakiego stopnia nasz interes jest wspólnym interesem.

Podejrzewam, że jeszcze jeden mechanizm społeczny miał tu ogromne znaczenie. Szwedzi nie zaczęli się bać samych siebie, spotykają się w kawiarniach, zachowują dystans, ale nie uciekają od drugiego człowieka. Nie traktują go jak potencjalnego przenosiciela zarazy.

– Szwecja chyba zaskoczyła samą siebie. Rządząca socjaldemokracja ma przecież tradycję paternalistyczną. Kiedy miała pełnię władzy, do końca lat 60., chętnie ograniczała swobody obywatelskie, bo wierzyła, że ludzie nie są w stanie rozsądnie wybierać. A tutaj nagle pełnia zaufania i jak się okazuje – do tego zaraźliwa! A byłem przekonany, że jeśli jakiś rząd zechce nam okroić swobody, to właśnie pod pretekstem ochrony zdrowia, bo na to Szwedzi są szczególnie wyczuleni. W Sztokholmie na prawie każdym rogu ulic jest siłownia, tuż obok sklepy ze zdrową żywnością. Młodzi rodzice potrafią wpaść w panikę, gdy ktoś poczęstuje ich malca landrynką. Cukier!

Trzy tygodnie temu rząd zaproponował, by parlament pozwolił mu na szybkie decyzje, na przykład zamknięcie podstawówek, do czego rząd nie ma prawa bez zgody posłów. Chodziło o kilka dni wyprzedzenia. Jeśli parlament post factum by odmówił, decyzja zostałaby wycofana. Cała opozycja zaprotestowała. Potem uzgodniono kompromis. Wyraźnie nie doceniłem szwedzkiej niechęci do zbyt silnej władzy wykonawczej. Tak jak wcześniej nie doceniłem zamiłowania do wolności słowa. Kiedy ograniczono zgromadzenia do maksimum 500 osób, co okazało się absolutnie konieczne, pojawiły się protesty, że łamie się święte prawo do manifestowania poglądów.

Skoro Szwedzi ufają ekspertom, to jak zareagowali na głośny list grupy swoich naukowców, którzy wskazywali, że trzeba postawić na znacznie głębszą izolację i obostrzenia?

– Jest czymś normalnym, że naukowcy mogą się różnić w ocenie sytuacji. Nadal za mało wiedzą, by się wypowiadać z całkowitą pewnością. W równaniach jest wiele niewiadomych. Nikt nie jest w stanie odpowiedzieć, czy i jak często koronawirus będzie mutował, jak długo po wyjściu z choroby będziemy odporni.

Szwedzi cenią głównego epidemiologa Andersa Tegnella i jego kolegów właśnie za to, że nie udają, że posiedli prawdę. Ten list był jednak z innej beczki. Agresywny, lekko histeryczny i do tego nieuczciwy. Wiele osób wycofało swoje nazwiska, kiedy się okazało, że alarmujące dane o umieralności były zmanipulowane.

Autorzy listu nie mogli nie wiedzieć, że większość pacjentów zmarłych podczas weekendu występuje w raportach dopiero kilka dni później, podczas gdy zmarli w dni powszednie są raportowani natychmiast. Nie dziwi mistyczny spadek umieralności w soboty i niedziele i jej gwałtowny wzrost we wtorki. A oni wybrali właśnie trzy dni w środku tygodnia do porównania z Włochami. Do tego pani profesor, z której inicjatywy powstał ten list, dla poparcia swoich argumentów powoływała się na Russia Today. Potem za to przeprosiła, ale absmak pozostał.

Gdy ten list się pojawił, w komentarzach w prasie międzynarodowej można było zauważyć, że niektórzy się cieszą.

– Z czego?

Że Szwedom to jednak nie wyszło.

– Nie jestem zaskoczony. Od prawie dziesięciu lat Szwecja jest symbolem wszystkiego, co niedobre, w pojęciu polityków takich jak Putin, Trump czy Marine Le Pen. W Moskwie mają chyba specjalne biuro, które produkuje sensacyjne doniesienia o szwedzkim upadku. Czytam je potem w polskiej prawicowej prasie. A to że tutaj już rządzi szariat, a to że lawinowo rośnie przestępczość, szwedzkie kobiety są gwałcone przez imigrantów, a reszta uciskana przez poprawność polityczną ad absurdum. Oto do czego prowadzą tolerancja, liberalizm, mieszanie ras i brak wiary w Boga. A więc jedynym ratunkiem jest wódz, który silną ręką przywróci moralność i dawny porządek… Dla tego obrazu byłoby katastrofą, gdyby otwarta i liberalna szwedzka strategia walki z pandemią okazała się skuteczniejsza niż zamykanie obywateli i wojsko na ulicach.

Myślę, że doświadczenie pandemii sprawi, że większość krajów na świecie i ich mieszkańcy zobaczą nagle samych siebie w nieco innym świetle. Niektórzy będą zdumieni własną przezornością, inni – przerażeni. Wśród tych ostatnich będą Amerykanie, gdy zrozumieją, jak fatalnie funkcjonuje ich opieka zdrowotna, jak dysfunkcjonalny okazał się ich system polityczny. Mądrze podsumowała to Olga Tokarczuk w „Wyborczej”: coś nas sprawdza.

Szwecja przechodzi ten czas próby w zaskakująco sympatyczny sposób. Spadł poziom agresji, a partia ksenofobiczna – w wielu aspektach przypominająca PiS – straciła impet. Nagle nie ma pola do popisu. Jej temat wypadł z programu. Albo i gorzej, bo nasi bohaterowie w białych kitlach to w dużej części imigranci i ich dzieci.

A gdy przyglądasz się z wyspy Yxlan nie tylko Szwecji, ale też światu, co myślisz?

– Nie chcę bagatelizować fatalnej sytuacji w różnych krajach, ale w porównaniu z innymi czasami zarazy nie jest to jednak katastrofa. Reakcja natomiast jest bez precedensu i w jakimś sensie nieproporcjonalna. Co być może sugeruje, że osłabła odporność społeczeństw na wszelkie zakłócenia i reagują jak delikatne organizmy na nieznaną bakterię: gorączką tak wysoką, że może je same zabić.

Wspomniałeś, że w Szwecji maseczki, które w Polsce mamy podobno nosić aż do czasu wynalezienia szczepionki, budzą opór i nie uważa się ich za skuteczne narzędzie walki z pandemią.

– Byłem wczoraj w Sztokholmie, tu i ówdzie widziałem ludzi w maseczkach. Zwracam raczej uwagę na to, czego dotykam, i bez przerwy dezynfekuję ręce. Mam nadzieję, że polskie władze poinformowały obywateli, że maseczki nie gwarantują ochrony? Bo ten wirus może nas też dopaść przez oczy. Jedyną skuteczną ochroną jest hełm. Maseczki mają oczywiście sens, jeśli tylko nie stwarzają fałszywego poczucia bezpieczeństwa.

Władza, która ordynuje zakazy i nakazy bez pokrycia, igra z ogniem. Gra zdrowiem i życiem obywateli. Bo ludzie w końcu zrozumieją, że to na pokaz i bez sensu, jak zakaz wchodzenia do lasów, i stracą zaufanie. A kiedy – nie daj Boże – przyjdzie ostry kryzys i trzeba będzie słuchać zaleceń, nie będą już wierzyć.

Odniosłem wrażenie, że polska władza postawiła na pokaz siły, uważając, że społeczeństwo przepełnione lękiem na wszystko jej pozwoli. Czy ta strategia zadziała? Wkrótce się przekonamy. Ten kij ma dwa końce.

Tęsknisz za czymś w czasach zamknięcia?

– Za podróżami do Polski. Bardzo lubię podróżować, dlatego świadomość, że być może przez rok nigdzie nie pojadę, jest przygnębiająca. Ale paradoksalnie pandemia to czas ciekawych rozmów. Dzwoni się do ludzi, do których się od dekady nie dzwoniło, nagle porusza się zupełnie nowe tematy.

Próbuję traktować ten czas jako dar przerwy w życiorysie, czas ofiarowany na spojrzenie wewnątrz siebie.

I czego się dowiedziałeś o Macieju Zarembie Bielawskim po sześciu tygodniach kwarantanny?

– Że w bardzo dużym stopniu jestem Szwedem. To znaczy – jestem związany wspólnym losem.

Że mógłbym nawet zostać przyrodnikiem.

Oraz jak bardzo brak mi Młynarskiego. Bo nucę sobie rano i wieczorem: „Jeszcze w zielone gramy…”.

*Maciej Zaremba Bielawski ur. w 1951 r., reporter czołowego szwedzkiego dziennika „Dagens Nyheter”, laureat Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego, autor książek „Polski hydraulik i inne opowieści ze Szwecji”, „Higieniści. Z dziejów eugeniki”, „Leśna mafia. Szwedzki thriller ekologiczny” i autobiografii „Dom z dwiema wieżami”

 

Kategorie: Uncategorized

15 odpowiedzi »

  1. @ Paweł Dąbrowski: To była pierwsza chronologicznie uwaga w tej dyskusji, i chyba najbardziej zwięzła i trafna. Natomiast dalszy rozwoj polemiki potwierdza że w większosci tego rodzaju dyskusji „FAKTY NIE GRAJĄ ROLI”.

  2. – Niezwykle trafna wydaje mi sie ta oto uwaga p. Macieja Zaremby-Bielawskiego:

    ”Reakcja natomiast jest bez precedensu i w jakimś sensie nieproporcjonalna. Co być może sugeruje, że osłabła odporność społeczeństw na wszelkie zakłócenia i reagują jak delikatne organizmy na nieznaną bakterię: gorączką tak wysoką, że może je same zabić”
    – Zlote slowa, doprawdy! To co obserwuje dzis we Francji odpowiada dokladnie powyzszemu okresleniu: histeryczna reakcja organizmu pozbawionego dobrze uregulowanego systemu odpornosciowego. Rzad stracil glowe od poczatku, codziennie zmienialy sie zalecenia i przepisy: a to maski byly bezuzyteczne, pozostawanie w domu niepotrzebne, zaby po paru dniach oglaszac kwarantanne i przymusowe noszenie masek w miejscach publicznych; zamknieto przedszkola, szkoly i Uniwersytety, zeby teraz nagle je otworzyc bez jakichkolwiek zmian; przy tym wszystkim przez caly czas pracuja wszystkie witalne dzialy gospodarki zapewniajace dowoz towarow, dystrynucje wody, gazu, elektrycznosci, wywoz smieci, rolnictwo – bez masek i bez innych ograniczen.
    Moja znajoma pielegniarka twierdzi ze chociaz jest sporo zmarlych na koronawirusa, w porownaniu z normalnymi statystykami zgonow w kraju nie jest to – po trzech miesiacach epidemii – wzrost wiekszy niz kilkanascie procent. I ze wystarczylo by uwrazliwic ludzi zeby myli rece i nie tloczyli sie bez potrzeby, zeby osiagnac ten sam wynik.

  3. Komputer liczy według założeń informatyka, czyli światopoglądu tych co informatykowi płacą.

    Kto zwróci uwagę pod koniec maja że według rachunku epidemia miała zniknąć „w 97%” ( Co to znaczy, wirus zniknął, ludzie znikli? Zostało 3% ale czego?), ale „znikła”, powiedzmy w 55%.

    Natomiast łatwo zapamiętać i sprawdzić twierdzenie że epidemii zniknie do września. 100%, ani procenta mniej, to poważne zobowiązanie.

    Zapisuję sobie i we wrześniu porównamy rzeczywistość z fantazją ( nawet nie naukową).

  4. Pawel mowimy o roznych sposobach liczenia.
    Jakby wszyscy liczyli tak jak w szwecji wtedy
    moglbys porownywac a tak to porownanie jest chybione.
    Cieszmy sie ze wyliczenia komputerowe mowia ze epidemia zniknie w
    97 procentach w
    Maju /czerwcu a 100 % we wrzesniu / pazdzierniku
    Zdrowia zycze
    M

  5. Kilka uwag na temat powyższego artykułu. Zawiera on wiele obserwacji prawdziwych, pod którymi mógłbym się jak najbardziej podpisać, ale kilka sformułowań czyni go dla mnie typowym przykładem lewicowo-liberalnego widzenia „na jedno oko”, a co za tym idzie ma pasujący do profilu politycznego GW charakter propagandowy.
    Fakt, że niektórzy przedstawiciele przeciwnych masowej imigracji opcji politycznych czy rosyjska propaganda malują często przesadzony negatywny obraz Szwecji, nie oznacza bynajmniej, że kraj ten nie ma bardzo poważnych problemów związanych z masową imigracją – szczególnie z krajów MENA – jakby to można wnioskować z lekceważącego tonu P. Zaręby we wstępnym akapicie. Prawdą jest, że w Szwecji nie rządzi szariat, na pewno nie formalnie i nie wszędzie, ale są osiedla, a może nawet dzielnice, gdzie kobiety pochodzące z krajów muzułmańskich są de facto pod jego pełną lub częściową kontrolą, czego bohater wywiadu woli nie zauważać, podobnie jak prawie cała lewica, duża część liberałów, że już nie wspomnę o dzisiejszych feministkach.
    Z kolei akapit zaczynający się od słów „Szwecja przechodzi…”, gdzie autor mówi między innymi o ksenofobicznej partii – chodzi tu oczywiście o Sverigedemokraterna (Szwedzkich Demokratów, SD) – to już tekst jak na zamówienia szwedzkich MSM, od których GW stylem nie odbiega. Prawda jest taka, że krytyczne nastawienie do masowej imigracji nie czyni z człowieka automatycznie ani rasisty ani ksenofoba, a z partii ani ksenofobicznej ani rasistowskiej, szczególnie w obliczu coraz bardziej widocznych – aczkolwiek ewidentnie nie dla wszystkich – skutków takowej, i to zarówno w Szwecji, jak i w praktycznie rzecz biorąc wszystkich krajach Europy, które sobie taką zafundowały. P. Zaręba mówi odnośnie SD, że „jej temat wypadł z programu” i jest to na dzień dzisiejszy w dużej mierze prawda, ale ten temat na pewno wróci kiedy skończy się pandemia i trzeba będzie się zmierzyć z jej ekonomicznymi następstwami i codziennością.
    Na koniec odniosę się do początku, czyli do rubryki, która nie wiem czy jest autorstwa P. Zaremby, czy redaktorów GW. Szwedom kit – głównie, ale nie tylko, dotyczący błogosławieństw imigracji – wciskany jest z dużym powodzeniem od kilkudziesięciu lat przez wszystkie rządzące w tym okresie konstelacje polityczne, czyli w praktyce przez wszystkie obecne w parlamencie partie polityczne poza SD.
    A to, że Szwedzi w kryzysie lgną do Socjaldemokratów, to nic nowego, ale mówi coś niecoś o swoistej bezwładności mentalnej znacznej części tego społeczeństwa. Ale to już osobny temat.

  6. The Guardian jest wspaniałym źródłem informacji obdarzonym zdolnościami wróżby. Nie stawiałbym na konia polecanego przez The Guardian.

  7. W jakim kraju polityk nie wspira swoich decyzji na naukowcach. Jest pare idealnych krajow takich jak Filipiny Bialorus no i oczywiscie Usa.Niedawno czytalem ze tez w Izraelu

  8. Socjaldemokracja szwedzka wciela w zycie juz nawet nie majak „Folkhemmet” inspirowany komunizmem i nazizmem,lecz fatamorgane widma.Coz znaczy iles tysiecy zmarlych,przewaznie nieproduktywnych staruszkow,a na emeryturach tez mozna zaoszczedzic.Wszystko w imie swietlanej przyszlosci narodu,ktory narodem byc przestaje.

  9. Naukowcy nie powinni zarządzać. To robota polityków.
    Intymna znajomość naukowców z wirusem nie sugeruje zrozumienia mechanizmów społecznych.
    Polityk który w w ciężkim kryzysie zwala odpowiedzialność na „ekspertów”, sprzeniewierza się zaufanie wyborców. Ci przecież wybrali go aby ich przewodził.
    W wielu państwach na świecie stanąłby za to pod sąd.

  10. Niemcy:83 mil./6tys zmarłych
    Szwecja:10mil/2tys.zmarlych

    O czym my mówimy?
    Paweł Dabrowski

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: