Rosyjskie systemy przeciwlotnicze bezsilne wobec izraelskich samolotów?

 


Coraz więcej specjalistów uważa, że sprzedane lub przerzucone na Bliski Wschód rosyjskie systemy przeciwlotnicze są bezsilne wobec izraelskich środków napadu powietrznego. Ponieważ jednak jak na razie nie doszło (na szczęście) do bezpośredniej konfrontacji, oceny te powinno się traktować przede wszystkim jako głos w dyskusji, a nie stwierdzenie faktu.

Od wielu lat w zachodnich mediach ścierają się ze sobą negatywne i pochlebne opinie na temat rosyjskich systemów przeciwlotniczych. Dotyczą one również najnowszych, rosyjskich baterii S-400 „Triumf” i nieco starszej generacji – typu S-300. W ich przypadku wydawałoby się, że nie można zająć definitywnego stanowiska, ponieważ żaden z tych rosyjskich systemów plot nie został jeszcze sprawdzony w faktycznych działaniach bojowych. Pozwala to „miłośnikom” rosyjskiej myśli technicznej na gloryfikowanie ich możliwości, a przeciwnikom na bezkarne krytykowanie poszczególnych rozwiązań – bezkarne, ponieważ na razie nic nie wskazuje, by poglądy obu stron sporu mogły zostać zweryfikowane w praktyce.

Jak się jednak okazuje w miarę obiektywna ocena możliwości rosyjskich systemów przeciwlotniczych S-300 i S-400 nie musi się opierać jedynie na ich analizie, ale również na analizie systemów i taktyk działania stosowanych przez potencjalnego przeciwnika do ich sforsowania. W przypadku Bliskiego Wschodu takim weryfikatorem prawdziwych wartości uzbrojenia pochodzącego z Rosji (a wcześniej ze Związku Radzieckiego) są niewątpliwie siły zbrojne Izraela.

Scenariusz, zgodnie z jakim za każdym razem przebiegała konfrontacja izraelsko-rosyjska był, do toczącej się obecnie wojny w Syrii, praktycznie taki sam. Najpierw więc Rosjanie w sposób skryty wysyłali swoje w miarę nowe uzbrojenie przeciwlotnicze do jednego z krajów arabskich i to uzbrojenie, często z pomocą rosyjskich specjalistów, uzyskiwało pierwsze sukcesy. Później jednak izraelskie wojsko szybko wyciągało wnioski i kiedy dochodziło do kolejnej konfrontacji, to Izraelczycy już o wiele bezpieczniej niszczyli nawet najnowsze radziecko-rosyjskie zestawy przeciwlotnicze stosując rozpoznanie, innowacyjną i pomysłową taktykę działania, systemy walki radioelektronicznej oraz inteligentne uzbrojenie.

Biorąc pod uwagę taki schemat działania, Rosjanie mogli więc popełnić wielki błąd, wysyłając do Syrii swoje najnowsze systemy przeciwlotnicze: baterie S-400 (jako element służący do ochrony własnych baz i wojsk) oraz system S-300 (podarowany Syryjczykom w październiku 2018 roku i sprzedany Iranowi). W tym przypadku pominięto bowiem pierwszy etap, w którym te systemy z zaskoczenia odnoszą jakiś sukces. Zamiast tego Izraelczycy dostali czas i dane do opracowania skutecznych środków przeciwdziałania, które w przypadku konfrontacji mogą doprowadzić do kolejnej „Doliny Bekaa”.

Techniczne kłopoty wizerunkowe rosyjskich systemów przeciwlotniczych w Syrii?

Jest faktem, że pomimo braku poważniejszego zaangażowania rosyjskich systemów przeciwlotniczych dalekiego zasięgu w Syrii, są one tam coraz częściej bardzo mocno krytykowane za nieskuteczność. W przypadku baterii S-400 ten problem jest teoretycznie mniejszy. Rosjanie rozwinęli je bowiem głównie do ochrony własnych baz, które z zasady nie są atakowane przez lotnictwo izraelskie i sojusznicze. Nie ma więc potrzeby ich używania, a więc nikt nie może im zarzucić, że coś nie zadziałało.

W przypadku przekazanych Syrii baterii S-300 jest już jednak inaczej. Miały one być bowiem najbardziej zaawansowanym rozwiązaniem w starzejącym się syryjskim systemie obrony przeciwlotniczej, działając jako zewnętrzna warstwa i uzupełnienie dla systemów plot średniego i krótkiego zasięgu. Jak na razie okazały się one jednak bezużyteczne i są coraz częściej krytykowane: zarówno za zastosowane rozwiązania techniczne, jak i właściwości bojowe.

Taka negatywna opinia na temat możliwości systemu S-300 pojawiła się ostatnio (1 maja br.) na syryjskim portalu informacyjnym Syria Direct. Jeden z syryjskich wojskowych miał podobno poinformować dziennikarzy o powtarzających się awariach pozyskanych z Rosji baterii przeciwlotniczych, uznając je dodatkowo za „zacofane” i niezdolne do powstrzymania izraelskich nalotów. Komentarze te natychmiast połączono z pierwszymi krytycznymi opiniami tureckich wojskowych, którzy zaczynają samodzielnie eksploatować niedawno zakupiony w Rosji system S-400 (dwie baterie).

image
Fot. mil.ru

Wszystkie jego elementy zostały dostarczone do Turcji do września 2019 r. i już w październiku 2019 r. Rosjanie poinformowali o wykonaniu kontraktu przed terminem (co oznacza również wyszkolenie obsad). Zapowiedzi tureckiego prezydenta Recepa Tayyipa Erdoğana z listopada 2019 r., że system S-400 będzie w pełni operacyjny w kwietniu 2020 r., jednak się nie sprawdziły. Oficjalnym powodem tego opóźnienia jest epidemia COVID-19, jednak specjaliści nie widzą związku między koronawirusem a gotowością bojową baterii S-400. Pandemia nie wpłynęła bowiem na aktywność tureckich wojsk w Syrii, a więc nie mogła wpłynąć na nowy system przeciwlotniczy.

Rosjanie oczywiście twierdzą, że to Turcja decyduje, kiedy jednostki ogniowe S-400 mają być w gotowości bojowej. Coś jednak rzeczywiście musiało się stać, że Turcy nie chcą na razie kupować kolejnych, rosyjskich baterii a zamiast tego naciskają na Amerykanów, by ci sprzedali im najnowszą wersję systemu przeciwlotniczego średniego zasięgu Patriot. Może to oznaczać, że system S-400 ma ograniczenia, których wcześniej nie udało się wykryć i to amerykańskie systemy mają teraz to wszystko naprawić.

Bojowe kłopoty wizerunkowe rosyjskich systemów przeciwlotniczych w Syrii

Problemy techniczne rosyjskich systemów przeciwlotniczych to jedno, ale jeszcze gorzej wychodzi ocena ich możliwości bojowych. W tym przypadku najbardziej bezwzględne są statystyki. Wskazuje się przede wszystkim na 2019 rok, w którym Izraelczycy praktycznie bezkarnie przeprowadzili naloty na ponad dwieście celów w Syrii – w tym z wykorzystaniem najnowszych, pozyskanych ze Stanów Zjednoczonych samolotów F-35A Lightning II. Intensywność tych ataków lotniczych nie zmniejszyła się także w 2020 roku.

image
Wykorzystywane przez Izrael samoloty stealth nowej generacji F-35A to zupełnie nowe zagrożenie dla rosyjskich baterii przeciwlotniczych. Fot. Lockheed Martin

Co gorsza, szacunkowe obliczenia wskazują, że broniąc się przed tymi nalotami syryjskie, naziemne systemy przeciwlotnicze wystrzeliły w kierunku izraelskich środków napadu powietrznego ponad tysiąc rakiet przeciwlotniczych. Żadna z nich nie trafiła w załogowy statek powietrzny, a skuteczność rosyjskich pocisków w odniesieniu do bomb kierowanych, rakiet i dronów okazała się również niewystarczająca. Sprawa zaczyna denerwować Syryjczyków, ponieważ w ten sposób Izraelczycy mogą bezkarnie atakować ich strategiczne zakłady przemysłu zbrojeniowego oraz składy amunicji. I nie ma tu znaczenia, że w 2018 roku udało się syryjskiej obronie przeciwlotniczej zestrzelić jeden izraelski samolot F-16. Wszystko wskazuje bowiem na to, że do tego zdarzenia by nie doszło, gdyby dwaj izraelscy piloci zareagowali tak, jak ich szkolono i wyposażono.

Sprawę pogarsza również bezkarność tureckich nalotów, przede wszystkim w prowincji Idlib, którym również nie potrafią przeciwdziałać wyprodukowane w Rosji zestawy rakietowe „ziemia-powietrze”. Wcześniej winę za tą sytuację zrzucano na słabo wyszkoloną isyryjską obsługę, jednak obecnie władze w Damaszku coraz mocniej skłaniają się do oceny, że główną winą należy jednak obarczyć wykorzystywany sprzęt.

Co gorsza, wszyscy zdają sobie sprawę, że Izraelczycy wcale nie omijają „rosyjskich” systemów przeciwlotniczych, stosując jakieś wyrafinowane sposoby lub środki (np. walki elektronicznej). Izraelscy piloci eliminują bowiem zagrożenie ze strony baterii S-300 po prostu schodząc swoimi statkami powietrznymi poniżej horyzontu radiolokacyjnego. Ten „martwy obszar” dla systemów przeciwlotniczych dalekiego zasięgu w normalnych systemach jest uzupełniany innymi środkami: np. przez informacje z samolotów wczesnego ostrzegania lub naziemnych radarów pasywnych i aktywnych. Syria nie posiada jednak samolotów klasy AWACS, a sieć lądowych stacji radiolokacyjnych jest: albo zniszczona, albo w złym stanie technicznym, albo ze słabo wyszkoloną obsługą (często kierowaną przez niekompetentnych oficerów awansowanych po znajomości). 

W ten sposób nie można wykorzystać najważniejszych zalet systemu S-300 (zasięg i skuteczność pocisków przeciwlotniczych) i wyeliminować jego wady (w tym przede wszystkim zależność tylko od własnych radarów naprowadzania rakiet). I nawet jeżeli pocisk dalekiego zasięgu zostanie wystrzelony to izraelscy piloci umiejętnie i skutecznie potrafią go wymanewrować, schodząc poniżej horyzontu radarowego (o czym informuję ich pokładowy system ostrzegania przed opromieniowaniem) i zrywając śledzenie radiolokacyjne. W tym przypadku rakiety syryjskie lecą już bez kierowania i może dojść do uderzenia w zupełnie niezamierzony cel.

Do takiego przypadku doszło np. w lipcu 2019 r., gdy Syryjczycy zaatakowali izraelski samolot F-16 pociskiem z systemu przeciwlotniczego S-200. Izraelczycy bez problemu wymanewrowali rakietę, która lecąc niekierowana 225 km, uderzyła w neutralny Cypr – około 20 km od stolicy – Nikozji.

Tego rodzaju sposoby przeciwdziałanie mogą być zastosowane w odniesieniu do wszystkich, rakietowych baterii dalekiego zasięgu działających „samodzielnie”, bez zintegrowania z kompleksowym systemem przeciwlotniczym danego obszaru lub państwa. Nie jest to jednak wynik jakiś błędów technicznych, ale po prostu cecha charakterystyczna takich systemów jak S-300 i S-400. Nie mają więc racji Chińczycy, którzy krytykując rosyjskie systemy, proponują Syryjczykom i Irańczykom je zastąpić własnymi bateriami HQ-9. Mają one bowiem takie same wady jeżeli działają samodzielnie bez pełnej integracji (poza prawdopodobnie większą niezawodnością).

image
Fot. mil.ru

Z tego punktu widzenia decyzja Rosjan o wprowadzeniu swoich baterii dalekiego zasięgu S-400 do Syrii, nieposiadającej wielowarstwowego systemu obrony powietrznej, jest całkowicie niezrozumiała. Wiadomo bowiem było, że przy „mądrym” przeciwniku będą one po prostu zupełnie nieprzydatne. Gorzej, że przy „agresywnym” przeciwniku stałyby się one również stosunkowo łatwym celem.

Jak Izraelczycy radzili i radzą sobie z rosyjskimi systemami przeciwlotniczymi?

Izraelczycy od dawna uczyli się działania w strefie występowania radzieckich (a później rosyjskich) systemów przeciwlotniczych. Początkowo ponosili oni jednak duże straty, czego przykładem może być Wojna sześciodniowa w czerwcu 1967 roku. Niewielkie siły powietrzne Izraela przeprowadziły wtedy operację „Skupienie” – jeden z najbardziej udanych ataków lotniczych wszechczasów rozbijając lotnictwo Egiptu, Jordanii i Syrii. Wykonując około 3300 lotów, izraelscy piloci zniszczyli około 400 arabskich samolotów na ziemi i w powietrzu, ale utracili przy tym ponad 46 samolotów bojowych i to większość od ostrzału, egipskiej, naziemnej obrony przeciwlotniczej [Uwaga od redakcji – wszystkie dane w artykule na temat strat poszczególnych stron w czasie konfliktów na Bliskim Wschodzie są szacunkowe – ponieważ różne źródła podają często bardzo różne dane].

Do kolejnej konfrontacji doszło w czasie tzw. Wojny na wyczerpanie prowadzonej między Egiptem i Izraelem 1967 roku do połowy 1970 roku. Związek Radziecki dostarczył wtedy Egiptowi dużą ilość swojego najnowszego uzbrojenia i izraelskie siły powietrzne były pierwszymi, które musiały się z nim skonfrontować. Wtedy Izraelczycy mieli utracić do 26 samolotów bojowych. W zamian za to tylko w czasie operacji „Rawiw” na przełomie września i października 1969 roku udało im się zniszczyć ponad dwieście wyrzutni rakiet przeciwlotniczych oraz wszystkie, egipskie radary w rejonie działań bojowych.

W czasie wojny Jom Kipur w październiku 1973 roku Izrael starł się z Egiptem i Syrią. Izraelskie lotnictwo miało się wtedy zetknąć z bardzo silną obroną przeciwlotniczą, która podobno była gorsza od tej, z jaką Amerykanie zetknęli się w Północnym Wietnamie. Tylko w ciągu pierwszych trzech dni Izrael utracił 50 samolotów, wykonując 1220 lotów, co oznacza czteroprocentowy wskaźnik strat – taki jaki był podczas II wojny światowej w czasie lotów amerykańskich bombowców nad Niemcami. Jeszcze więcej było uszkodzeń, ponieważ obrona przeciwlotnicza trafiła 53 ze 170 atakujących izraelskich samolotów A-4 Skyhawks i 33 ze 177 samolotów F-4 Phantom.

image
Wrak izraelskiego samolotu A-4 Skyhawk zestrzelonego w czasie Wojny Jom Kipur w 1967 roku, prezentowany w egipskim muzeum wojny. Fot. LeCaire/Wikipedia

Biorąc pod uwagę ilość realizowanych zadań oraz konieczność bezpośredniego wspierania własnych sił lądowych (co zalicza się do najbardziej niebezpiecznych zadań) taki poziom strat można by było uznać i tak za sukces. Jednak utrata pięciu Phantomów w jednym nalocie pokazała Izraelczykom, że muszą znaleźć skuteczniejsze sposoby eliminowania rosyjskich systemów przeciwlotniczych. Tym bardziej że pojawiły się w Izraelu głosy negujące możliwość uzyskania przez samoloty przewagi w powietrzu w obecności zintegrowanej obrony przeciwlotniczej.

Lekcja przez Izraelczyków została odrobiona, o czym Syria przekonała się już w czerwcu 1982 roku w Dolinie Bekaa w Libanie.

Syryjski pogrom w „Dolinie Bekaa”

Operacja przeprowadzona w 1982 roku w Dolinie Bekaa przez Izrael to podręcznikowy przykład umiejętnego wyeliminowania w miarę nowoczesnej i silnej obrony przeciwlotniczej tylko z wykorzystaniem statków powietrznych. Izraelczykom udało się wtedy zniszczyć 19 baterii przeciwlotniczych oraz kilkanaście syryjskich samolotów bez strat własnych. Uzyskano to dzięki odpowiedniemu rozpoznaniu prowadzonemu w czasie rzeczywistym, bezwzględnemu wykorzystaniu wszelkich słabych stron przeciwnika oraz zastosowaniu nowatorskiej taktyki działania.

image
Drony Tadiran Mastiff były jednym z najważniejszych źródeł informacji podczas ataku w Dolinie Bekaa. Fot. Bukvoed/Wikipedia

Izraelskie działania wywiadowcze przygotowujące do ataku rozpoczęły się już w momencie pojawienia się zagrożenia, a więc zaraz po wprowadzenia przez Syrię w kwietniu 1981 roku pierwszych, przeciwlotniczych brygad rakietowych do Doliny Bekaa w Libanie. To przegrupowanie miało być odpowiedzią syryjskiego rządu na zestrzelenie przez Izrael dwóch śmigłowców, które według Izraela uczestniczyły w atakowaniu jego sojuszników – chrześcijańskich bojowników. Izraelczycy musieli zareagować na pojawienie się baterii przeciwlotniczych z Syrii, ponieważ zagrażały one ich przewadze powietrznej przy granicy z Libanem i ograniczały możliwość prowadzenia przez izraelskie lotnictwo rozpoznania i operacji wsparcia dla własnych działań lądowych.

Głównym błędem Syryjczyków było zlekceważenie Izraelczyków. Ostrzeżeniem powinien być przede wszystkim atak czternastu izraelskich myśliwców F-16 i F-15, który 7 czerwca 1981 roku zniszczył budynek irackiego reaktora atomowego niedaleko Bagdadu. Operacja pod kryptonimem „Opera” oznaczała konieczność przelotu ponad 1600 km – w większości nad obcym terytorium Arabii Saudyjskiej i Iraku. Izraelczykom udało się tego jednak dokonać i to bez strat własnych pomimo silnej, zintegrowanej obrony przeciwlotniczej – szczególnie w okolicach reaktora.

image
Fot. mil.ru

Rok później izraelskie siły powietrzne zrealizowały równie skuteczny atak przeciwko Syryjczykom, choć w o wiele bardziej spektakularny sposób. Atak w Dolinie Bekaa był teoretycznie łatwiejszy, ponieważ Izraelczycy mogli już wykorzystywać drony do prowadzenia rozpoznania (czego nie mogli zrobić w Iraku). Wiedzieli więc, że do czternastu wcześniej rozwiniętych stanowisk przeciwlotniczych baterii S-75 „Dźwina”, S-125 „Pieczora” i 2K12 „Kub” nagle doszło kolejnych sześć baterii przesuniętych przez Syrię ze Wzgórz Golan. Wymagało to skorygowania planu ataku, jednak sam schemat działania się nie zmienił. Izraelczykom sprzyjał również fakt, że Syryjczycy wierząc w siłę swoich baterii plot., nakazali wycofać własne samoloty myśliwskie znad Doliny Bekaa.

Izraelscy planiści wykorzystali wszystko: słabe strony poszczególnych typów zestawów plot, sposób działania syryjskich operatorów, ograniczenia wynikające z ukształtowania terenu, a przede wszystkim zupełnie nowe, własne systemu uzbrojenia. Atak przygotowywali zresztą od wielu miesięcy, szkoląc się na makietach syryjskich baterii rozstawionych na pustynnym poligonie Negev. Rozpoznano też (głównie z pomocą dronów) częstotliwości pracy radarów jak również urządzeń łączności wykorzystywanych w scentralizowanym systemie obrony plot Syrii.

Dokonywano nawet próbnych ataków systemami walki radioelektronicznej, sprawdzając skuteczność tych środków, jak również wiarygodność własnych danych wywiadowczych. W ten sposób wiedziano, co trzeba będzie wyeliminować, a co należy zostawić w spokoju, by móc stamtąd pozyskiwać niezbędne informacje.

image
Syryjskie stanowisko ogniowe systemu Kub zbudowanego w Dolinie Bekaa na początku 1982 r. Fot. Wikipedia

Sam atak był kontrolowany przez Izraelczyków w czasie rzeczywistym, m.in. dzięki latającemu w powietrzu samolotowi dozoru radiolokacyjnego E-2C Hawkeye oraz co najmniej dwóm bezzałogowym samolotom na stale przebywającym w powietrzu. W ten sposób Izraelczycy znali dokładną pozycję wszystkich syryjskich baterii przeciwlotniczych, pomimo że część z nich była mobilna (2K12 „Kub”) i często zmieniała stanowiska.

Pierwszym sukcesem izraelskiego lotnictwa było „zmęczenie” syryjskiej obrony przeciwlotniczej. Zrobiono to poprzez systematyczne wlatywanie w strefę obrony i ucieczkę w momencie, gdy baterie rozpoczęły procedurę startu rakiet. Syryjczycy sądzili więc, że mają do czynienia z kolejnym próbnym wlotem, a nie faktycznym atakiem.

Izraelczycy w pierwszej fazie operacji 9 czerwca 1982 roku wysłali w kierunku Doliny Bekaa bezzałogowe samoloty Mastiff, które zmusiły syryjską obronę do włączenia radarów. Wtedy do akcji włączyły się samoloty F-4 Phantom, które zniszczyły te aktywne stacje radiolokacyjne za pomocą rakiet antyradarowych AGM-78 Standard ARM i AGM-45 Shrike (w pierwszej kolejności zaatakowano radar dalekiego zasięgu na szczycie wzgórza Jebel Baruk). Pomogła w tym szybkość tych pocisków, które „wyłączały” stacje przed doprowadzeniem własnych rakiet do samolotów F-4. Syryjczycy mieli wystrzelić w tej fazie nawet 57 rakiet systemu plot Kub.

image
Wykorzystywana w działaniach na Bliskim Wschodzie rakieta antyradarowa AGM-88 “HARM” podwieszona pod amerykańskim samolotem F/A-18C „Hornet”. Fot. US Navy

Po wyeliminowaniu radarów izraelskie lotnictwo w ciągu dwóch godzin rozprawiło się z dziewiętnastoma, syryjskimi bateriami znając doskonale ich pozycję i wiedząc, że nie mogą one już nic zrobić bez własnych stacji naprowadzania. Co ważne atak był przeprowadzony przez Izraelczyków bez strat własnych.

Syryjczycy próbowali się ratować, wysyłając do obrony niszczonych baterii plot własne myśliwce. Ale na to byli już przygotowanie izraelscy piloci naprowadzani w czasie rzeczywistym z powietrznego stanowiska kierowania. Wiedziano również dokładnie, co startowało z baz, ponieważ nad syryjskimi lotniskami patrolowały bez przerwy izraelskie drony.

Tłok w powietrzu był tak duży, że Izraelczycy dla uniknięcia strat bratobójczych wpuszczali na obszar walki nie więcej niż cztery własne myśliwce i to nie na dłużej niż dwie minuty. W gotowości były zawsze cztery takie grupy myśliwców. Zupełnie inaczej było w przypadku syryjskich samolotów MiG-21 i MiG-23, które poprzez selektywne zakłócanie łączności zostały praktycznie odcięte od kontroli naziemnej.

I kiedy syryjscy piloci działali właściwie po omacku, to ich izraelscy odpowiednicy z chirurgiczną precyzją wyłapywali kolejne samoloty przeciwnika, atakując je pociskami Sparrow z odległości od 22 do 40 km (a więc poza zasięgiem systemów obserwacji stosowanych na samolotach Syryjczyków). W ciągu pół godziny Izraelczycy zestrzelili około 26 MiG-ów. Natomiast do momentu zwieszenia broni ta liczba zwiększyła się do 82 przy zerowych stratach ze strony Izraela.

image
Izraelski samolot F-16 „Netz” z oznaczeniem zestrzelenia 7 syryjskich samolotów. Fot. Wikipedia

Syryjczycy próbowali przeciwdziałać i dwa tygodnie później w zasadzce udało im się zestrzelić jeden izraelski samolot F-4 Phantom rakietą wystrzeloną nie z terytorium Libanu, ale z Syrii. W odwecie Izraelczykom udało się zniszczyć trzy z czterech syryjskich baterii plot, które wzięły udział w ataku na izraelski myśliwiec. Zadanie było trudne, ponieważ baterie rozstawiano w obszarze zaludnionym i atak przeprowadzano tylko wtedy, gdy następowało przejście wyrzutni w rejony niezamieszkałe. I znowu pomogło w tym permanentne rozpoznanie prowadzone z wykorzystaniem dronów oraz dowodzenie w czasie rzeczywistym z przekazywaniem komend bezpośrednio na konkretny samolot.

Czy jest możliwa powtórka z „Doliny Bekaa”?

Dokładne straty obu stron w czasie walki w Dolinie Bekaa nie są oczywiście znane, ale nikt nie zaprzecza, że doszło tam do pogromu systemów przeciwlotniczych produkcji radzieckiej. Szczególnie mocno wizerunkowo odczuli to Rosjanie, którzy zdali sobie sprawę, że ich sposób działania i systemy wyraźnie odstają od taktyki i systemów wykorzystywanych przez kraje zachodnie. Oczywiście można się pocieszać, że rosyjskie systemy przeciwlotnicze przeszły w międzyczasie dużą metamorfozę.

Jednak w ten sam sposób unowocześniano również sposób ataku na naziemne obiekty obrony plot i w tym przypadku te zmiany na pewno poszły o wiele dalej. Widać to zresztą było już kilka lat później w czasie I Wojny w Zatoce Perskiej. Wykorzystano tam bowiem wnioski z działań izraelskiego lotnictwa w Dolinie Bekaa, dokładając do tego zupełnie nowe rozwiązania (jak np. masowe naloty z wykorzystaniem rakiet manewrujących, czy ataki na centra obrony powietrznej samolotów trudnowykrywalnych, zbudowanych w technologii stealth).

Później modernizacja środków napadu powietrznego poszła jeszcze dalej. Masowo wprowadza się przede wszystkim systemy bezzałogowe, w tym specjalność izraelską – antyradarową amunicję krążącą (np. dron Harpy, wykorzystywanego do odszukiwania i niszczenia posterunków radiolokacyjnych przenosząc ładunek wybuchowy o wadze 37 kg na odległość do 500 km). Standardem stała się także amunicja precyzyjna, która dodatkowo może być wystrzeliwana z coraz większej odległości i działać według zasady „wystrzel i zapomnij”.

image
Antyradarowa bomba krążąca Harpy/Harop . Fot. M.Dura

 

W międzyczasie swoistą rewolucję przeszły również systemy walki elektronicznej, które wyposażone w „sztuczną inteligencję” są w stanie samodzielnie przystosowywać się do zmienianych parametrów radarów, stosując nie tylko zakłócanie szumowe ale również generując sztuczny obraz sytuacji powietrznej. I w tym przypadku do czołówki światowej w tej dziedzinie zalicza się firmy izraelskie.

Rosjanie w międzyczasie zaproponowali natomiast nowe systemy plot S-300 i S-400, które w Syrii miały stać się przeciwwagą dla izraelskiego lotnictwa (i generalnie zachodniego). Pomijając ich wartość, którą bez konfrontacji trudno jest definitywnie ocenić, widać jednak wyraźnie, że Izraelczycy szybko nauczyli się działać w ich obecności, jednocześnie ucząc się, jak je w razie potrzeby wyeliminować.

Oczywiście jak na razie nie doszło do tak spektakularnej sytuacji jak porwanie 27 grudnia 1969 roku przez izraelskich komandosów radaru P-12 w ramach operacji „Rooster 53”. Nieznaną wtedy jeszcze stację radiolokacyjną udało się przejąć i przenieść w całości z egipskiego posterunku za pomocą dwóch śmigłowców CH-53, dzięki czemu była możliwość zapoznania się z najnowszymi, radzieckimi rozwiązaniami radarowymi.

Jest jednak prawie pewne, że Izraelczycy cały czas zbierają dane na temat parametrów pracy radarów wchodzących w skład rosyjskich baterii, jak również analizują sposób ich wykorzystania – i to również przez obsadę rosyjską (co wcześniej było niemożliwe). Wywiad Izraela permanentnie śledzi więc działanie Rosjan i Syryjczyków używając do tego zresztą nie tylko systemów rozpoznawczych, ale również agentów.

Ale nawet gdyby dzisiaj Izraelczycy zastosowali tylko to, co w 1982 roku to i tak efekt ataku byłby podobny do tego, jaki udało się osiągnąć w Dolinie Bekaa. Problemem Rosjan jest to, że w międzyczasie nastąpiła swoista rewolucja w rozwoju środków napadu powietrznego, którego efektem jest na pewno zupełnie nowa taktyka działania izraelskiego lotnictwa- o wiele bardziej skuteczna niż trzydzieści lat temu.

W przypadku rosyjskich systemów przeciwlotniczych opracowanie takiej nowej taktyki jest już na pewno o wiele trudniejsze.


https://www.defence24.pl/rosyjskie-systemy-przeciwlotnicze-bezsilne-wobec-izraelskich-samolotow-analiza?fbclid=IwAR2sOK3W5w_fEk1awiN9pDkC9tURTjk04eVa_7l4nRNtAn55w_-Kx7jTJbY

2 komentarze to “Rosyjskie systemy przeciwlotnicze bezsilne wobec izraelskich samolotów?”

  1. Rosja nie jest dzisiaj wrogiem jak w latach 60-70. Jest wieledyskretynch kanałów współpracy i koordynacji między Rosją i Izraelem na Bliskim Wschodzie.

  2. Warto otworzyc link do artykulu I poczytac, nie sam artykul ale komentarze od czytelnikow-o ”Zydach ,odwiecznych wrogach Polski I Polakow”. Trolle rosyskie dobrze wiedza w co Polakom cieplo i co pisac do swojej audiencji

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: