Nadzieja w beznadziei (10)

Marian Marzynski

 

Za napisanie latem 1934 roku wiersza krytykującego Stalina, rosyjski poeta Osip Mandelsztam i jego żona Nadieżda, zesłani zostali  na Syberię, do małego miasteczka Czerdyń. Pisze monodram oparty na wspomnieniach Nadieżdy Mandelsztam pod znamiennym w dzisiejszym czasie zarazy,  tytule:  „Nadzieja w beznadziei”. 


W Czerdyniu często wracaliśmy do śledztwa w Łubiance. Pierwsze pytanie brzmiało: „Jak myślicie, dlaczego was aresztowano?”. Otrzymawszy wymijającą odpowiedź, śledczy zaproponował, żeby Mandelsztam przypomniał sobie wiersze, które mogłyby spowodować aresztowanie.  Osia zacytował „Wilka”, „Stary Krym” i „Mieszkanie’. Każdy z tych wierszy wystarczyłby na wysłanie autora do obozu. Śledczy nie znal tych wierszy, wiec wyciągnął coś z akt, opisał wiersz o Stalinie, przeczytał kilka linijek i zażądał, żeby Mandelsztam powiedział wiersz. Po czym  fakt napisania wiersza określił jako  „akcję”,  a sam wiersz jako „dokument”, oświadczając, że takiego okropnego dokumentu nigdy jeszcze nie widział.  Osia przyznał, że wiersz powiedział jedenastu osobom, w tym mnie, naszym dwóm braciom i Achmatowej. Prócz tej jedenastki wiersz słyszało jeszcze siedmiu czy ośmiu ludzi, na przykład Pasternak i Szkłowski,  ale śledczy nie wymienił ich nazwisk, bo nie zostali wpisani do protokółu. Śledczy pytał, jak każdy ze słuchaczy reagował. Osia twierdził, że wszyscy go błagali, żeby zapomniał ten wiersz i nie narażał na zgubę siebie i innych.

Żyliśmy w świecie, w którym wszystkich  „ciągano”, zadając informowania władzy o myślach i nastrojach swoich bliskich.  Ciągano piękne i brzydkie kobiety, przeznaczając dla nich różne role i kusząc różnymi nagrodami, ludzi z haczykami w życiorysach i w psychikach — jednego straszono, że jest synem  bankiera czy oficera, a drugiemu obiecywano łaski i zaszczyty. Ciągano tych, którzy bali się stracić prace albo chcieli zrobić karierę i tych, którzy niczego się nie bali i  byli gotowi na wszystko. Chodziło tu nie tylko o wydobywanie informacji.  Nic tak nie łączy, jak wspólne przestępstwo; im więcej jest zamieszanych, zaplątanych i splamionych, im więcej konfidentów i donosicieli, tym reżym ma więcej zwolenników, marzących, żeby trwał przez tysiąclecia. I kiedy wszyscy wiedzą, że wszystkich ciągają, ludzie tracą zdolność obcowania ze sobą, więzi między nimi słabną, każdy zaszywa się w swoim kącie i milczy, co przynosi władzy nieoceniony pożytek.

Każde pokolenie reagowało inaczej na propozycje współpracy.  Starsi mieli wyrzuty sumienia, że ze strachu dali obietnice zachowania rozmowy w tajemnicy.  Młodsze generacje nie rozumiały już, co może być w takiej obietnicy złego. Oprócz ludzi zmuszonych do współpracy, były jeszcze tłumy ochotników. Wszystkie instytucje zasypywano donosami, donosicielstwo stało się klęska życiową. Osia nie szukał zdrajcy. Mówił, że sam jest wszystkiemu winien.  I ostatni problem: czy należy mnie winić za to, że nie powyganiałam  wszystkich przyjaciół  i znajomych i nie zostałam sama z Osią, jak to wiele współczesnych mi dobrych żon i matek? Moją winę umniejsza tylko fakt, że Osia i tak wyrwałby się spod nadzoru i powiedział niedopuszczalny wiersz pierwszemu spotkanemu człowiekowi. A z naszego punktu widzenia wszystkie wiersze były niedopuszczalne.

Stał się cud: sprawa Mandelsztama została w trybie nagłym ponownie rozpatrzona i nowy wyrok brzmiał: „minus dwanaście”, co znaczyło prawo do przesiedlenia się gdziekolwiek poza dwunastoma „zamkniętymi” miastami.  Mój brat zadepeszował nam o zmianie wyroku. Gdy pokazaliśmy depesze komendantowi, wzruszył ramionami, powiedział: „Nim słońce wzejdzie, oczy rosa wyje” i przypomniał, że pora opuścić szpital i zorganizować sobie zimowe mieszkanie. „Tylko uważajcie, żeby nie ciągnęło przez szpary. U nas zima jest jak się patrzy”. Oficjalna depesza przyszła następnego dnia.  Przeczytał ją w naszej obecności i kazał wybierać miasto. Trzeba było to robić od razu, bo w depeszy nie było napisane, że mamy czas do namysłu.  Nie znaliśmy prowincji, wszystkich znajomych mieliśmy właśnie w dwunastu zakazanych miastach. Raptem Osia przypomniał sobie, że biolog Leonow chwalił Woroneż. Jego ojciec pracował tam jako lekarz więzienny. „Kto wie, może lekarz więzienny okaże się jeszcze potrzebny”, powiedział Osia i stanęło na Woroneżu.  Komendant wypisał papiery. Był tak wstrząśnięty szybkością wydarzeń, że dal nam służbową podwodę do przewiezienia rzeczy na przystań rzeczną. Życzył nam wszystkiego najlepszego, widać wziął nas w jakiejś mierze za „swoich”.

Woroneż wydawał się w Czerdyniu — rajem. Siostra gospodarcza  straciła do nas zaufanie.  Nie miałam wątpliwości, że mieliśmy  za sobą jakieś straszne zasługi, inaczej „oni” nie wypuściliby nas ze swoich lap.  Myślę, że po naszym odjeździe czerdyńscy zesłańcy przez drugi czas starali się przypomnieć sobie, czy nie mówili przy nas, czego nie trzeba, i dyskutowali, czy nie przysłano nas specjalnie, żebyśmy się wywiedzieli o ich myślach i sekretach. Nie mogę mieć do gospodarczej pretensji, na jej miejscu czułabym się podobnie.

Wystawiono nam papiery z pieczęcią najważniejszej w całym Związku Radzieckim instytucji i prawem do bezpłatnych biletów ze specjalnej kasy dla wojskowych. Był to niesłychany   przywilej, bo wszystkie dworce i przystanie były zapchane mrocznym tłumem, dyżurującym przy kasach przez cale tygodnie. Na workach, szmatach, koło drewnianych kuferków leżeli całymi rodzinami, wycieńczeni, obszarpani ludzie o poczerniałych oczach. Na brzegu, w wykopywanych w piasku dołkach, tliły się ogniska, gotowano polewkę dla dzieci. Dorośli żuli skorki chleba, Likwidacja kułactwa wypchnęła tych ludzi ze swych siedzib; miotali się teraz po całym kraju, szukając, gdzie można żyć i wzdychając do swoich zabitych deskami chałup.  Każde przymusowe przesiedlenie — klas czy narodów — powodowało przemieszczenie tłumu dobrowolnych uciekinierów. Dzieci i starcy marli jak muchy.  Widziałam pociągi pełne brodaczy, a potem zaplombowane bydlęce wagony więźniów wiezionych na daleki wschód; pociągi Niemców z Powołża, Tatarów, Polaków, Estończyków. Czytałam gdzieś, że w historii każdego narodu jest pora, kiedy ludzie „błądzą ciałem i duchem”, to czas narodowej młodości, pora gromadzenia zapasów na przyszłe stulecia. Czy nasze błądzenia wydadzą obiecane przez myśliciela owoce?  Było nam zbyt ciężko, byśmy mogli w to uwierzyć. Ale przecież nie potrafię powiedzieć — nie. Jako  naród, od góry do dołu, czegoś się nauczyliśmy, choć zdążyliśmy przy tym zniszczyć swoją kulturę i po prostu zdziczeć.

Na przystani w Permie nie było gdzie usiąść; wszystkie miejsca zajęli przesiedleńcy. Przez cały dzień, aż do zupełnego wyczerpania chodziliśmy po mieście, a potem siedzieliśmy na ławeczkach w cherlawym miejskim parku, dziwiąc się bladością  permskich dzieci. Jedliśmy obiad w restauracji, ale posiedzieć tam nie mogliśmy, bo przy każdym stoliku stała kolejka; w mieście nie było żywności, a restauracje karmiły jakimiś surogatami.

Statek przypłynął w nocy. Z biletami otrzymanymi w kasie dla wojskowych, przecisnęliśmy się przez tłum i jako jedni z pierwszych weszliśmy na trap. Odprowadzały nas zawistne spojrzenia; lud nie lubi przywilejów, a tłum nie wiedział przecież, za jaką cenę ich dostąpiliśmy. W dodatku nie wyglądaliśmy na władze, co to w  razie potrzeby i w mordę może dać, i zawsze — nie da się ukryć — imponuje naszej gawiedzi.  Zajęliśmy dwuosobowa kajuty, chodziliśmy po pokładzie, zażywaliśmy kąpieli — słowem jechaliśmy jak prawdziwi turyści.  Trzy doby spokoju i ciszy.  Rozmawialiśmy o naszym cudzie. który był zjawiskiem dwustopniowym. Pierwszy stopień to było doręczenie listu adresatowi, który znajdował się ponad naszym zasięgiem. Listy idące normalną, urzędową drogą nie miały najmniejszych  szans na cud.  Listów były miliony, a cuda można było zliczyć na palcach. Tak by się stało, gdybym nie wysłała kopii do Bucharina,  naszego anioła — stróża.  Mikołaj Iwanowicz był tak samo impulsywny, jak Mandelsztam; siadł przy biurku i napisał list do Stalina. Był to postępek całkiem wyłamujący się całkowicie z przyjętych norm; w tym czasie nie było już ludzi zdolnych do tak impulsywnego działania.

Bucharin

Każdy pisarz miał kogoś na górze, do kogo „chodził”.  My, chodziliśmy do Bucharina od roku 1922. gdy Osia starał się o zwolnienie z więzienia  swojego brata, Eugeniusza.  Przyszliśmy do „Metropolu”, gdzie urzędował Bucharin, który natychmiast zadzwonił do szefa NKWD Dzierżyńskiego i poprosił go o przyjęcie Mandelsztama. Spotkanie odbyło się następnego rana. Dzierżyński nie robił ceregieli i zaproponował, że wypuści brata za poręczeniem Osi, myśl, którą podsunął mu Bucharin, po czym podniósł słuchawkę telefonu  i dał odpowiednie instrukcje śledczemu. Nazajutrz Mandelsztam spotkał się ze śledczym, który był w mundurze, z bronią, pilnowany przez dwóch ratowników. „Decyzje otrzymałem”, powiedział śledczy , „ale waszego brata nie wypuścimy, bo gdy popełni nowe przestępstwo, będzie  nam niezręcznie was aresztować”.  Dowiedziawszy się od Osi o wizycie u śledczego, Bucharin oburzył się, że jakiś parszywy śledczy wsunął nos w nie swoje sprawy i nie wykonał polecenia starszych rangą. Pomyślał, że maszyna jest nieuregulowana i zacina się. Po kilku dniach przyjechał do nas, żeby powiedzieć, że żadne przestępstwo nie istnieje i Eugeniusza Emilewicza wypuszczą za dwa dni.

W latach dwudziestych, zaledwie przekroczywszy czterdziestkę, Bucharin był w zenicie sławy w centrum światowego ruchu komunistycznego; do swojego domu gdzie przychodzili  przedstawiciele wszystkich ras i narodowości, podjeżdżał w czarnej limuzynie w otoczeniu trzech czy czterech podobnych aut z eskortą. Człowiek ten mówił rzeczy, spod których  przyświecała nadzieja na przyszłość.  To jemu  Osia zawdzięczał wszystkie jaśniejsze momenty swojego życia. Tomik wierszy z 1928 roku nigdy by nie wyszedł bez udziału Bucharina, który zmobilizował do tego leningradzkiego szefa partii, Kirowa. Mieszkanie, deputaty, umowy na późniejsze — niezrealizowane, ale przynajmniej zapłacone — wydania, też były dziełem Bucharina.  To on wymyślił dla Mandelsztama emeryturę „za zasługi dla literatury rosyjskiej i wobec niemożności wykorzystania tego pisarza w literaturze radzieckiej”. A gdy dla Achmatowej nie znaleziono lepszej formuły, przyznano jej rentę starczą, chociaż miała wówczas kolo 35 lat; „staruszka” otrzymała 70 rubli miesięcznie, w ten sposób państwo zapewniło jej  pokrycie kosztów zapałek i papierosów.

Bucharin dostrzegał fakt, że nowy świat, w którego tworzeniu tak aktywnie uczestniczył, jest tak przeraźliwie inny od projektowanego. Życie odstępowało od schematów, ale schematy ogłoszono za nienaruszalne i zabroniono porównywania planów z realizacjami, wszelkie badanie rzeczywistości uznano za tabu; po co wywoływać zbyteczne wątpliwości, jeżeli historia i tak przygna nas do zamierzonego celu?

Wiele bym dała za to, żeby  móc jeszcze raz spotkać się z Bucharinem. Może znów zadzwoniłby do Kirowa i spytał: „co się tam u was dzieje w tym Leningradzie, dlaczego nie drukujecie Mandelsztama? Książka została dawno włączona do planu wydawniczego, a wy odkładacie ją z roku na rok, chociaż minęło już dwadzieścia lat od jego śmierci”…


Nadzieja w beznadziei (10)


Wszystkie wpisy Mariana

TUTAJ

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: