Uncategorized

Eva, siostra Anne Frank: To holenderska pielęgniarka wydała nas Gestapo

Dlaczego Holendrzy ukrywali i wydawali Żydów? 

Przyslala Rimma Kaul


Któregoś dnia po powrocie z Auschwitz Otto Frank przyniósł mały pakunek – pamiętnik Anne odnaleziony na strychu, gdzie się ukrywała. Potrzebował nas, by zmierzyć się ze słowami nieżyjącej córki.

Anne Frank

Anne Frank Któregoś dnia po powrocie z Auschwitz Otto Frank przyniósł mały pakunek – pamiętnik Anne odnaleziony na strychu, gdzie się ukrywała. Potrzebował nas, by zmierzyć się ze słowami nieżyjącej córki.

Z Evą Schloss, przyrodnią siostrą Anne Frank, rozmawia Michał Nogaś. 

– To się stało nagle. Coś się we mnie otworzyło.

Nagle, czyli po 40 latach.

– Przez cały ten czas nawiedzały mnie koszmary. Budziłam się w nocy, pod powiekami miałam obrazy z obozu w Auschwitz, z czasów Anschlussu i ukrywania się przed Niemcami w Amsterdamie. Czułam napięcie, które odebrało mi dzieciństwo. Ale milczałam.

I w końcu co się stało?

– W 1985 roku zaproszono mnie do Mall Gallery w Londynie na otwarcie wystawy na temat dziedzictwa Anne Frank, autorki słynnego „Dziennika”. W tym okresie świat dopiero poznawał jej losy.

Ken Livingstone, późniejszy burmistrz miasta, a wówczas szef Greater London Council, zaprosił mnie na scenę. Powiedział: „Jestem przekonany, że Eva chciałaby powiedzieć kilka słów”. Nieprawda, nie chciałam, chciałam ukryć się pod stołem. Ale oczy wszystkich zwróciły się na mnie. Nie mam dokąd uciec, przecież zgromadzeni na wystawie wiedzieli, że moja mama wyszła po wojnie za ojca Anne, a ja stałam się jej przyrodnią siostrą. Właściwie: „przyszywaną”.

Obrazy, które przez lata wracały do mnie, stanęły mi wtedy przed oczami: ucieczka z Wiednia, spotkania z Anne w Amsterdamie, życie w kryjówce, deportacja, transport do obozu, moment, gdy zrozumiałam, że ojciec i brat nie wrócą do domu.

Wyszłam na scenę i zaczęłam mówić. Początkowo nie mogłam poprawnie sklecić zdania, zżerały mnie strach i trema. Aż w końcu wszystko puściło, nie mogłam się zatrzymać. Opowiedziałam im wszystko, łzy ciekły mi po policzkach. A gdy skończyłam, spojrzałam na moją córkę Jacky. Słuchała z niedowierzaniem, nic przecież nie wiedziała.

Przez lata przekonywała pani dzieci i wnuki, że cyfry na ręce to numer przedwojennego telefonu.

– Nie chciałam zrzucać na nich cierpienia. Wydawało mi się, że powinnam żyć z tym sama. Mieli mi to za złe, pytali: „Czemu nam nie powiedziałaś? Naprawdę uznałaś, że sama sobie z tym poradzisz?”.

Gdy napisałam pierwszą książkę, „Eva’s Story” („Historia Ewy”), podarowałam ją jednej z córek. Powiedziała, że nigdy jej nie przeczytała, że wie już wystarczająco dużo. Ale kiedy ją odwiedziłam, zobaczyłam, że książka leży otwarta przy łóżku. Myślę, że nie chciała się przyznać, że jednak postanowiła poznać moją historię, to było silniejsze od niej.

Dziś rozmawia się już o dziedziczeniu traumy, o drugim i trzecim pokoleniu ocalonych, które pyta, chce wiedzieć. Jedna z moich wnuczek bardzo przeżyła to, co mnie spotkało, musiałam ją uspokoić: „To, co mi się przydarzyło, było straszne, ale teraz jesteśmy bezpieczni. Nie musicie się nade mną użalać, umiem radzić sobie z przeszłością. Korzystajcie z życia”.

Ale to nie do końca prawda, wciąż miewam koszmary. Na własne oczy widziałam największą tragedię świata, Zagłada zostanie ze mną na zawsze. W czasie spotkań w Stanach Zjednoczonych rodziny żołnierzy, którzy świeżo wrócili z wojen, pytały mnie czasem: „Czy on kiedykolwiek będzie dawnym sobą?”, „Co musi się stać, by obrazy z wojny do niego nie wracały?”. I najciekawsze: „Do kogo zwróciła się pani o pomoc, gdy skończyła się wojna?”. Na to odpowiadałam tylko uśmiechem. Przecież nikt w Europie nie wiedział, jak pomóc tym, którzy przeżyli, ale nie potrafili żyć. Oddałabym wszystko, by przez 40 lat nie musieć milczeć, nie bać się opowiedzieć o tragedii mojej rodziny. Ale byłam przekonana, że nie umiem stawić temu czoła.

Urodziła się pani w Wiedniu w 1929 roku. Gdy miała pani dziewięć lat, w marcu 1938 roku, Austrię zajęli naziści.

– Z dnia na dzień sąsiedzi przestali nas zauważać, na ulicy odwracali wzrok. Nie miałam jeszcze dziesięciu lat, gdy zrozumiałam, na czym polega podłość.

W tamtych czasach w szkołach była obowiązkowa edukacja religijna. Wszyscy wiedzieliśmy więc, jakiego wyznania są nasze koleżanki i koledzy z klasy. Ja na swoich zajęciach uczyłam się trochę hebrajskiego, czytałam Stary Testament, nikomu to nie przeszkadzało. A moją najlepszą szkolną przyjaciółką była katoliczka. W zasadzie codziennie spędzałyśmy czas po lekcjach, odwiedzałyśmy się, nasi rodzice się znali. Gdy Hitler doszedł do władzy, z dnia na dzień stary świat się rozpadł. Gdy weszłam do jej domu, jej matka spojrzała na mnie z nienawiścią i krzyknęła: „Nigdy więcej tu nie przychodź!”. Rozpłakałam się, nie mogłam pojąć, co się stało. Dziś już wiem, że strach o własną rodzinę wziął w niej górę nad wszelkimi innymi emocjami. Mama wyjaśniła mi, że jako Żydzi nie jesteśmy już w Austrii mile widziani. Mego starszego brata Heinza dotkliwie pobili chłopcy, których uważał za przyjaciół. Krwawił, miał porwane ubranie. A nauczyciele tylko się przyglądali. Nikt nie zareagował.

To nie był jedynie strach, Hitler obudził w Austriakach demony antysemityzmu, które przez lata tkwiły w uśpieniu. Zrozumieliśmy, że w ojczyźnie nie ma już dla nas miejsca. A przecież mieszkaliśmy w Wiedniu od pokoleń, moi przodkowie współtworzyli to miasto, dziadek walczył w I wojnie w wojsku Habsburgów. I nagle staliśmy się obcy. Gdy dziś słyszę, że Austriacy uważają się za ofiary nazizmu, robi mi się niedobrze.

Musieliśmy uciekać. Ale jeśli nie było się pisarzem, poetą, muzykiem, bywalcem salonów, intelektualistą, którego należało ratować, miało się niewielkie szanse. Ludzie zaczęli znikać, trafiali do obozów.

Porządni chrześcijanie, chodzący do kościoła, odwracali oczy, Zagłada nie robiła na nich wrażenia. Słyszałam, jak eleganccy przechodnie mówili: „Dobrze, że Żydzi w końcu znikną”. Pomijam już tych, którzy donosili, wydawali, mordowali.

Austriaccy Żydzi zaczęli biegać od jednej ambasady do drugiej, próbując zdobyć wizę. Wiele tysięcy, w tym kilka osób z mojej rodziny, wyjechało do Anglii. W tym kuzynka mamy Litty Kloss. Do wkroczenia nazistów była żoną uznanego artysty, katolika – porzucił ją jednak już tego samego dnia.

Po licznych perturbacjach w czerwcu 1938 roku udało nam się wyjechać do Belgii. Znalazłam się w miejscu, w którym mój niemiecki do niczego się nie przydawał, nie miałam koleżanek i kolegów, żyłam w ciągłym strachu. Społeczeństwo belgijskie nie witało nas z otwartymi ramionami. W dniu dziesiątych urodzin, w maju 1939 roku, zaprosiłam dzieci z mojej brukselskiej klasy. Nie przyszło żadne z nich.

Mama starała się o wizę australijską, ale odmówiono nam. W końcu w lutym 1940 roku, już po wybuchu wojny, przyznano nam wizę holenderską, mogliśmy dołączyć do taty i zamieszkać w Amsterdamie.

Czy pani rodzice wierzyli, że w Amsterdamie uda wam się przetrwać wojnę?

– Wierzyli jak wszyscy. Zaczęli budować dom od nowa, bo łapali się – dość powszechnej wówczas na zachodzie Europy – nadziei, że tamtejszym Żydom nic złego się nie stanie, że Hitler się nie odważy. Zwłaszcza że Holandia zachowała w I wojnie neutralność.

Nowi sąsiedzi przekonywali: „Nie martwcie się, my was ochronimy”. Znałam już trochę francuski i flamandzki, czułam się więc swobodnie wśród rówieśników. Zaczęłam uprawiać sport, grałam w piłkę nożną, choć byłam dziewczynką, chłopcy lubili, gdy wchodziłam w skład ich drużyny. Na chwilę znów poczułam się szczęśliwym dzieckiem. Ta chwila to były trzy miesiące, w maju naziści zaatakowali Niderlandy. Sąsiedzi nie byli w stanie nas obronić. Zaczęła się ponowna walka o przetrwanie.

Bardzo wielu Holendrów próbowało pomagać, organizowali kryjówki dla Żydów, zapewniali im jedzenie. Ale byli i tacy, którzy współpracowali z nazistami, o niderlandzkiej policji – niezwykle brutalnej – nie wspominając. W 1940 i 1941 roku wszystko wskazywało na to, że III Rzesza wygra wojnę, Blitzkrieg na zachodzie zrobił niesamowite wrażenie, potem przyszło uderzenie na Związek Radziecki. Część Holendrów wybrała konformizm: postanowili przeczekać, nie przeszkadzać Niemcom we wprowadzaniu ich polityki terroru. Przechodzili na stronę nazistów nie tylko dlatego, że chcieli utrzymać za coś rodziny, był to dla nich też awans społeczny, czuli się docenieni przez Hitlera. W poczuciu satysfakcji, dobrze spełnionego obowiązku, donosili na Żydów, wydawali ich.

Anne Frank poznała pani jeszcze przed wkroczeniem nazistów do Holandii. Jak do tego doszło?

– Mieszkałyśmy niedaleko, byłyśmy rówieśniczkami, nasi rodzice znali się, ale nigdy nie stałyśmy się bliskimi przyjaciółkami. Anne bardzo wyróżniała się na tle innych dzieci z osiedla. Przyjechała do Holandii w 1933 roku, czyli wtedy, kiedy Hitler przejął władzę w Niemczech, i bardzo szybko się zaadaptowała. Doskonale radziła sobie z flamandzkim, bo chodziła do holenderskiego przedszkola. Jej starsza siostra uczyła się w zwykłej szkole podstawowej, Anne – metodą Montessori. Gdy po latach zapytałam jej ojca, dlaczego, odpowiedział, że była inna niż wszystkie dzieci i wymagała specjalnego podejścia. Anne dużo mówiła, rozmawiała na lekcjach, co nie podobało się nauczycielom. Czasem musiała zostać po zajęciach i – jak sama opowiadała – pisać sto razy na tablicy: „Nie będę przeszkadzać podczas lekcji, będę uważać”.

Już jako 11-latka interesowała się chłopcami. Gdy powiedziałam, że mam starszego brata, natychmiast zapragnęła go poznać, spytała, kiedy może nas odwiedzić. Uważała, że jestem szczęściarą, bo sama miała „tylko” siostrę. Już wtedy pisała, zdarzało jej się siadać na schodkach przed domem i opowiadać różne historie innym dzieciom. Była inteligentniejsza od nas, zdawała sobie z tego sprawę i umiała to wykorzystać.

Wspólnie bawiliśmy się na ulicy, mało kogo było stać na samochód, było więc bezpiecznie i beztrosko. Nie powiedziałabym jednak, że byłyśmy sobie bliskie. Anne miała już swój krąg oddanych przyjaciółek. Miałyśmy zupełnie inny rodzaj osobowości, nie wiem, czy w dorosłym życiu byłoby nam po drodze.

Gdy do Holandii wkroczyli naziści, pani rodzina – podobnie jak rodzina Anne – zaczęła się ukrywać.

– Anne w swoim „Dzienniku” napisała, że wierzy w ludzkie dobro. Ta myśl, choć może nie tak ładnie sformułowana, przyświecała też i mnie. Nie wyobrażałam sobie, że moglibyśmy nie przeżyć, rodzice zresztą uspokajali nas, że wszystko dobrze się skończy.

Próbowaliśmy dostać się do Wielkiej Brytanii, gdzie mieszkała rodzina mamy, w tym moi dziadkowie, ale okazało się to niemożliwe. Postanowiliśmy się rozdzielić. Osobno mama i ja, osobno ojciec i brat. Rodzice uznali, że to zwiększa szansę na przeżycie.

Latem 1942 roku, w niedzielę rano, wyszliśmy z mieszkania. Dzięki ludziom, którzy pomagali Żydom, udało się znaleźć dwie bezpieczne, jak się zdawało, kryjówki. Dostaliśmy nowe dokumenty. Ja z mamą stałyśmy się niderlandzkimi chrześcijankami, co bardzo mnie stresowało, bo obawiałam się, że wszyscy będą przepytywać mnie z prawd wiary. Ten kamuflaż mógł się jednak udać, bo obie miałyśmy jasne włosy i niebieskie oczy.

Życie w ukryciu było męką, pozbawiło mnie wszelkiej aktywności, nie tylko ruchowej. Mama starała się mi to zrekompensować, ale mogłyśmy tylko rozmawiać. Opowiadała mi historie, z których wiele dowiedziałam się o świecie, to była nasza domowa szkoła Ostatnia fotografia, jaką wykonano przed koniecznością 'zniknięcia’ rodziny Schlossów w kryjówce. 

Mieszkałyśmy w malutkich, ciemnych pomieszczeniach, były też schowki, w których można było się ukryć, gdy Niemcy walili w drzwi, szukając Żydów. Te najścia były dość regularne. Dzięki pomocy ruchu oporu co jakiś czas zmieniałyśmy więc kryjówki.

Co sześć tygodni jeździłyśmy z mamą do ojca i brata. Oni nie mieli tyle szczęścia co do koloru włosów i oczu, dla nich wyjście na miasto było o wiele bardziej niebezpieczne. Te momenty, gdy nasza rodzina znów była razem, były chwilami największego szczęścia w tym piekle. Ojciec, gdy się widzieliśmy, był pełen nadziei. Pamiętam, że w czerwcu 1942 roku, po tym gdy Amerykanie przystąpili do wojny, oświadczył, że do Bożego Narodzenia zapanuje pokój, a Hitler upadnie. Mijały kolejne miesiące, a ojciec nadal w to wierzył.

Bardzo tęskniłam za moim bratem Heinzem. Kochałam go, uwielbiałam. Był niezwykle utalentowany i delikatny, przypominał w tym Anne Frank. Malował, grał na instrumentach, pisał wiersze. Miał wszelkie talenty artystyczne, jakie można sobie wyobrazić. Bez przerwy czytał, gdy jeszcze mieszkaliśmy razem, wieczorami opowiadał mi do snu historie z całego świata, robił dla mnie teatrzyk światła i cieni. Myślę, że gdyby przeżył wojnę, stałby się wybitnym artystą.

Jeszcze zanim zaczęliśmy się ukrywać, Heinz przyznał się ojcu, że bardzo boi się śmierci, chciał się dowiedzieć, co dzieje się z człowiekiem, gdy umiera. Wracał do tego tematu wręcz obsesyjnie.

Po wojnie udało się odzyskać jego obrazy. W pociągu do Auschwitz powiedział mi, że w domu, z którego wraz z ojcem musieli uciec, bo nie mieli już pieniędzy, by płacić za ukrywanie się, pod podłogą zostawił swoje prace. Podpisał je, położył kartkę: „Obrazy należą do Heinza i Ericha Geiringerów”. 30 obrazów wisi teraz w Narodowym Muzeum Ruchu Oporu w Amsterdamie, chciałam, by ludzie mogli poznać jego talent. Pracuję teraz wraz z amerykańskim producentem nad scenariuszem filmu o moim bracie. Jestem mu to winna, świat powinien się o nim dowiedzieć.

Pani rodzina została zdradzona przez ludzi, którzy udawali, że są przyjaciółmi…

– Stało się to dokładnie w dniu moich 15. urodzin, 11 maja 1944 roku. Ukrywałyśmy się z mamą u państwa Reitsma – on pochodził z Fryzji, jego żona była Żydówką. Trafiliśmy do nich, gdy okazało się, że poprzedni gospodarze nie byli już w stanie znieść życia w napięciu, co chwilę nachodzili ich naziści. Prawdopodobnie ktoś doniósł, że ukrywają poszukiwanych.

Siadaliśmy właśnie do niewielkiego urodzinowego śniadania, na stole czekał prezent, gdy rozległo się łomotanie w drzwi. „To oni, brudni Żydzi” – krzyczeli hitlerowcy. Zapędzili nas do więzienia. Okazało się, że trafili tam już tata i brat. Torturowali ich, chcieli dowiedzieć się, gdzie jeszcze ostali się Żydzi.

Zdradziła nas chrześcijańska pielęgniarka, która rzekomo należała do ruchu oporu. Ojca i brata, którzy mniej więcej w tym samym czasie zmieniali kryjówkę, umieściła u ludzi, którzy byli nazistowskimi agentami. Śledzili nas, gdy z mamą przyszłyśmy w odwiedziny, a potem wydali całą naszą czwórkę. Dostali za to niewielkie pieniądze.

Przewieziono nas najpierw do Westerbork, gdzie w latach 30. był obóz dla żydowskich uciekinierów z Niemiec, a po zajęciu Niderlandów – ośrodek deportacyjny. Nie wiedzieliśmy, co nas czeka. Tata powiedział nawet: „Nie wygląda to wszystko tak źle”. Ja byłam szczęśliwa, że możemy się widywać, choć kobiety i mężczyźni mieszkali w osobnych częściach obozu. Przebywaliśmy tam zaledwie kilka dni. Trafiliśmy do transportu całą czwórką. „Może wiozą nas do obozu pracy w Niemczech. Dobra passa nazistów się skończyła, przegrywają i potrzebują siły roboczej do pracy w fabrykach” – pamiętam, że właśnie takimi słowami uspokajał nas tata. Ruszyliśmy 19 maja, później dowiedziałam się, że w 18 wagonach do obozu Auschwitz-Birkenau jechało 699 osób.

Pani ojciec i brat nie przeżyli obozu.

– A my z mamą doświadczyłyśmy cudu. Spróbuję opowiedzieć to panu po kolei.

Połowa osób z transportu została natychmiast wysłana do gazu. Tych, którzy mieli jeszcze żyć, rozdzielono. Mężczyźni trafili do Auschwitz, kobiety do Birkenau. Przed rozstaniem mój niepraktykujący ojciec złapał mnie za rękę i powiedział: „Bóg cię ochroni”.

Życie uratowała mi najpierw przezorność mamy. Gdy wsiadałyśmy do pociągu, kazała mi zabrać ciepłe ubrania. Zanim drzwi wagonu się otworzyły, powiedziała: „Załóż kapelusz i płaszcz, nie zdejmuj ich pod żadnym pozorem”. Pewnie chciała, bym się nie przeziębiła, ale w tym ubraniu wyglądałam na starszą niż w rzeczywistości. Naziści dokonywali segregacji, później dowiedziałam się, że naszej grupie osobiście przyglądał się Josef Mengele. Dzieci w moim wieku i młodsze wysyłano do komór gazowych, mnie w płaszczu i kapeluszu pozwolono wejść na teren obozu.

Kolejny cud? Trafiłyśmy do „Kanady”, części obozu, w której segregowano rzeczy odebrane więźniom. Te najcenniejsze wysyłano do Niemiec. Przez moje ręce przechodziły żydowskie, polskie, romskie ubrania, buty, okulary. Tych ludzi już nie było, zostały po nich jedynie przedmioty, które miały służyć obywatelom III Rzeszy.

Opiekowała się nami również Minni, kuzynka mamy z Pragi, pielęgniarka. Robiła wszystko, byśmy nie podupadły na zdrowiu i duchu, by nie odechciało nam się żyć. Tata też wykazał się niesamowitą odwagą. Udawało mu się co jakiś czas podejść do naszej części obozu, chciał dowiedzieć się, co z nami, mówił, że Heinz pracuje w gospodarstwie na świeżym powietrzu, że dzielnie starają się znosić upokorzenia, głód, ból.

Jesienią 1944 roku mama trafiła jednak na listę kobiet, które miały pójść do komory gazowej. Zabrano ją dokądś. Gdy tata znów podszedł do drutów oddzielających „Kanadę”, nie wytrzymałam i powiedziałam mu, że mamy najpewniej już nie ma. Nie załamał się, dalej myślał, jak zapewnić nam przeżycie. W obozowej kuchni, sama nie wiem jak, załatwił dla mnie dodatkowe porcje.

Tatę widziałam potem jeszcze tylko raz. Był przeraźliwie chudy, ale pełen nadziei. Mówił, że lada chwila nastąpi koniec tej okrutnej wojny. Nie dowiedział się już, że mama po jakimś czasie odnalazła się w obozowym szpitalu, od śmierci uratowała ją Minni. Do dziś nie wiem, jak jej się to udało. Podobno prosiła samego Mengele.

Doczekałyście wraz z mamą wyzwolenia obozu. Kiedy poczuła się pani bezpieczna?

– 19 stycznia 1945 roku nie wyszłyśmy w nocy na zbiórkę do wymarszu, rano obudziłyśmy się i stwierdziłyśmy, że Niemcy uciekli. Znalazłyśmy w magazynie jedzenie, ciepłą odzież. Kilka dni później jedna z kobiet powiedziała, że przy bramie Birkenau czai się zwierzę. Pobiegłyśmy tam i zrozumiałyśmy, że to Rosjanin, potężny, ubrany w grube futro. Rzuciłam się na niego, zaczęłam ściskać.

Jakiś czas potem poszłam na teren obozu Auschwitz, gdzie trzymano Heinza i tatę. Wierzyłam, że ich odnajdę. Zamiast nich spotkałam wychudzonego Ottona Franka, ojca Anne. Leżał na pryczy w baraku, miał zapadnięte policzki, w potwornym mrozie był owinięty jedynie kocem. Resztką sił spytał, czy nie wiem, gdzie jest jego żona i córki.

Jak wróciliście do Holandii?

– Okrężną drogą, wciąż trwała wojna, Rosjanie, Polacy, siły alianckie, wszyscy nacierali na Berlin. Dotarłyśmy pieszo na stację kolejową Auschwitz, gdzie wsiadłyśmy do wagonów bydlęcych. Nie wiedziałyśmy, dokąd jedziemy, panował jednak spokój – postoje były częste, zorganizowano posiłki, pośrodku wagonu stał piecyk. Przez Katowice i Czerniowce dotarliśmy do Odessy. W sumie z mamą, panem Frankiem i wieloma ocalonymi spędziliśmy tam sześć tygodni. Kąpałam się w Morzu Czarnym, jeździłyśmy tramwajami po mieście. Australijscy żołnierze, których wojna tam rzuciła, dawali nam słodycze. Jeden proponował mamie małżeństwo i spokojne życie na farmie na antypodach. Ale odmówiła, przekonywała, że czeka na męża i syna. „Właściwie to nie wiesz, czy nie jesteś wdową” – odrzekł wtedy żołnierz, to był jednak scenariusz, którego wtedy nikt z nas nie brał pod uwagę.

W końcu 20 maja 1945 roku razem z Ottonem Frankiem weszłyśmy na pokład statku HMS „Monowai”, którym płynęli nowozelandzcy żołnierze. Zabrał nas do Marsylii, potem pociągiem przez Francję dotarliśmy na południe Niderlandów. Mosty były zburzone, musieliśmy czekać, aż alianci zbudują pontonowe przeprawy.

W Amsterdamie okazało się, że możemy spokojnie wprowadzić się do dawnego mieszkania. Były w nim nasze meble. Mama zaczęła organizować naszą codzienność, ale była sparaliżowana strachem o ojca i brata. Coraz częściej zaczął pojawiać się w naszym życiu Otto Frank. Czekaliśmy na wieści. Najpierw on, potem my dowiedzieliśmy się, że nasi bliscy zginęli. Mojego ojca i brata pognano z Auschwitz do Mauthausen w Austrii. Tata zmarł 7 marca 1945 roku. Heinz później, między kwietniem a majem.

Otto odwiedzał nas, dobrze było w tych najgorszych chwilach być razem. Pewnego dnia przyniósł niewielki pakunek zawinięty w brązowy papier, przewiązany sznurkiem. Okazało się, że przechowała go Miep Gies, jedna z osób, które pomagały rodzinie Franków ukrywać się. To ona na poddaszu domu znalazła jej pamiętnik. Pamiętam, że Otto czytał powoli kolejne zdania, łzy płynęły mu po policzkach, cały drżał. Nie był w stanie zajrzeć do tych zapisków w samotności, potrzebował naszej obecności, by zmierzyć się ze słowami nieżyjącej córki. Upłynęło wiele lat, nim poznał je cały świat, nim po raz pierwszy wydano „Dziennik”.

Potem pani matka i Otto pobrali się.

– To stało się dopiero po ośmiu latach od chwili, gdy dowiedzieli się, że w Zagładzie stracili małżonków. Oboje byli bardzo samotni, mama od lat nie widziała swoich rodziców i bliskich z Anglii. Wspólnie załatwiali różne sprawy, z czasem Otto w jakimś sensie zaczął zastępować mi ojca, a nawet dziadka – był o 17 lat starszy od mamy. O wszystkim mogłam z nim porozmawiać. Gdy nie wiedziałam, co robić po szkole, zaproponował, bym została fotografką. Podarował mi swój aparat Leica, powiedział: „Teraz, gdy nie mam już nikogo poza wami, nie mam już ochoty robić zdjęć. Mam nadzieję, że tobie sprawi to wiele radości”. Zorganizował mi praktyki w studiu fotograficznym w Wielkiej Brytanii, przejmował się moim losem. Zapamiętałam go jako nieskończenie dobrego człowieka, pomagającego wielu młodym ludziom, którym wojna zabrała rodziców. Tę leicę, którą mi podarował, mam do dziś.

Z kolei mama bardzo zaangażowała się w pomoc Ottonowi. Chciała przybliżyć światu postać Anne Frank. To trzymało ją w pionie po tym, co przeszliśmy. By nie oszaleć, znaleźć równowagę, poszła do pracy. Stała się bardzo aktywna, choć przed wojną nie pracowała, a w domu mieliśmy gosposię.

Pogłębiająca się zażyłość mamy z Ottonem z początku była dla mnie trudna. Zapytałam, jak może być szczęśliwa z mężczyzną, który nie jest ojcem jej dzieci. Odpowiedziała, patrząc mi głęboko w oczy: „Gdy byłam z twoim ojcem, jedynie za nim podążałam. To on organizował nasz czas. Teraz wszystko robimy z Ottonem razem, czuję, że się spełniam. Potrzebuję spokoju, nie chcę już cierpieć, chcę żyć dalej”. Zrozumiałam, że ma prawo do szczęścia.

Otto Frank i pani mama doprowadzili do wydania „Dziennika” Anne. Zorganizowali wystawę, która podróżowała po świecie. I spotykali się z zarzutem, że chcą zarobić na tragedii. Pojawiły się nawet głosy, że to wszystko zmyślili, że nie było żadnego „Dziennika” Anne Frank…

– Kto dał ludziom prawo do takich ocen? Straciliśmy najbliższych, chcieliśmy, by świat dowiedział się o ich tragedii. A przede wszystkim – by wyciągnął wnioski. Największym szokiem było dla mnie natrafienie na opinie zaprzeczające Zagładzie, istnieniu obozów koncentracyjnych, komór gazowych. Pozostały ślady, dokumenty, miejsca kaźni, a znaleźli się ludzie, którzy mają czelność temu zaprzeczać. I tacy, którzy dziś, po 80 latach, nie wstydzą się publicznie wychwalać Hitlera! Niech staną oko w oko z ocalonymi, z potomkami tych, którzy zginęli w Zagładzie. i powiedzą im: to się nie wydarzyło. A ileż razy ja sama słyszałam: „Po co o tym jeszcze opowiadać?”. To nieludzkie.

Czy była w pani chęć zemsty?

– Cóż by mi przyszło po zemście? Czy Heinz i tata zostaliby wskrzeszeni? Albo Anne? Myślałam o sprawiedliwości. Ale czy jakikolwiek wyrok coś by wynagrodził?

Po powrocie do Holandii mama dostała wezwanie do sądu. Na ławie oskarżonych siedziała Miep Braams, kobieta, która nas wydała. Potem dowiedziałam się, że wydała jeszcze ponad 200 rodzin żydowskich. Była dziewczyną działacza holenderskiego ruchu oporu Jannesa Haana. Im więcej żydowskich rodzin powierzonych jej opiece znikało bez śladu albo trafiało w ręce Gestapo, tym większych podejrzeń nabierał Haan. Gdy ona się zorientowała, wydała go w ręce Gestapo – został rozstrzelany. I co ją za to spotkało? Sześć lat więzienia! A to i tak dużo w porównaniu z innymi. W Holandii większości kolaborantów zaraz po wojnie golono głowy, by ludzie wiedzieli, co to za jedni. Ale nie trafili do więzienia. Wszczęto wprawdzie 450 tysięcy spraw, 50 tysięcy osób stanęło przed specjalnymi trybunałami, a 16 tysięcy przed rozpatrującymi najcięższe przypadki sądami specjalnymi, ale generalnie szybko rozprawiono się z historią, przeważała myśl, by jak najszybciej się otrząsnąć i żyć dalej.

Mama z początku była wściekła. Mówiła: „To przez nią Erich i Heinz odeszli, a ona pójdzie za kraty na kilka lat?”. Potem jednak doszła do wniosku, że zemsta jest nic niewarta. Powiedziała któregoś dnia: „Żyjmy, Evi. Nie potrzebujemy nowych wrogów”.

Elie Wiesel mówił: „Nie ma usprawiedliwienia”. Do końca szukał zbrodniarzy.

– Wielu nazistów i ich współpracowników uniknęło kary. Nie było środków na ściganie ich, szukanie, procesy. Ludzie chcieli zapomnieć o tym piekle, przez które przeszliśmy. W Niemczech większość nazistów, członków SS, tych, którzy wykonywali wyroki na niewinnych ludziach, wróciła do domów i dożyła swych dni w spokoju. Gdy w Jerozolimie sądzono Adolfa Eichmanna, nie było w nas – mojej mamie, Ottonie, we mnie – żadnej radości czy satysfakcji. Odczuwaliśmy raczej bezradność, że był jednym z nielicznych, których osądzono. A co z Mengele, który dokonywał selekcji, który patrzył nam w oczy, gdy dotarliśmy do Auschwitz? Proces Eichmanna, Norymberga to wyjątki.

Jest pani jedną z ostatnich świadkiń Zagłady. Po 50 latach odwiedziła pani Polskę. Co pani czuła podczas wizyty na terenie obozu Auschwitz-Birkenau?

– W ogóle nie chciałam tam jechać. Ugięłam się na prośbę jednej z holenderskich gazet, która chciała przygotować tekst o 50. rocznicy wyzwolenia obozu. Przekonali mnie, gdy powiedzieli, że w uroczystości wezmą udział byli żołnierze Armii Czerwonej. Zapragnęłam pojechać i podziękować im za to, że uratowali życie mojej mamie i mnie. Czułam – i do końca będę czuła – wobec nich jedynie ogromną wdzięczność, choć wiem, że wielu ludziom może to wydać się dwuznaczne. Przecież Stalin też był zbrodniarzem.

Ogromne wrażenie zrobiła na mnie pusta, otwarta przestrzeń Birkenau. Obóz w dużej mierze składał się z drewnianych zabudowań, inaczej niż w Auschwitz. Przez chwilę, patrząc na to, poczułam ulgę. Jak gdyby cała ta tragedia nigdy się nie przydarzyła, przez sekundę zdała mi się nierealna.

Mama nigdy tam nie pojechała. Nigdy też nie odwiedziła Austrii. Nie potrafiła wrócić do miejsc, które jej odebrano, do końca życia nie była w stanie pogodzić się z tym, że sąsiedzi odwrócili się w godzinie próby.

Bo nie tylko Niemcy byli źli. I nie tylko niektórzy Polacy okazali się głusi na potrzebę ratowania żydowskich sąsiadów. To samo zdarzyło się Austriakom, Holendrom, Francuzom, Węgrom, długo by wymieniać. Zło nie ma narodowości, podobnie jak przyzwoitość. Zbyt często o tym zapominamy.

Eva, siostra Anne Frank: To holenderska pielęgniarka wydała nas Gestapo

Kategorie: Uncategorized

1 odpowiedź »

  1. Gleboko interesujace i wzruszajace swiadectwo. Ja tu chcialbym podkreslic malo znany szczegól. A mianowicie, ze to „ruscy” uwolnili Auschwitz to jest znane (i inne hitlerowskie obozy na terenach Polski). Ale co sie pózniej dzialo; opieka nad bylymi wiezniami, to chyba nie znane. Otóz tutaj dowiadujemy sie. Najwyrazniej zaopiekowano sie nimi jak potrafili… Wiezli ich do miejscowosci urlopowych, gdzie mogli odpoczac, nabrac sil, odetchnac… A pózniej pozwalali im jechac gdzie chcieli… Chocby i na Zachód (w kazdym razie, obywatelom krajów Zachodnich).

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.