Agnieszka Dobkiewicz
Hirszfeldowie trafili do getta w 1941 roku (mat. prasowe) (Hirszfeldowie trafili do getta w 1941 roku (mat. prasowe))
Profesor Urszula Glensk: – Czytałam korespondencję Hirszfeldów i zastanawiałam się, jak ludzie po takich przejściach znaleźli siłę do odbudowania środowiska medycznego w powojennym Wrocławiu.
Profesor Ludwik Hirszfeld zmarł 7 marca 1954 roku; dziesięć lat później odeszła jego żona, prof. Hanna Hirszfeld.
Agnieszka Dobkiewicz: – Ostatnie lata wojny Ludwik i Hanna Hirszfeldowie spędzili w warszawskim getcie, później ukrywali się po tzw. aryjskiej stronie. Co było dalej?
Urszula Glensk*, autorka książki „Hirszfeldowie. Zrozumieć krew”: – W powojennej Polsce dramatycznie brakowało lekarzy. Hirszfeldowie dostali propozycję od ówczesnego Ministerstwa Zdrowia, by pojechać do Breslau. Tamtejszy Uniwersytety Medyczny – choć w gruzach – został zorganizowany na kształt innych niemieckich uczelni, które doskonale znali. Z kolei powrót na Saską Kępę w Warszawie – do sielskiego życia, jakie wiedli przed wojną – był niemożliwy. Ich córka zginęła po ucieczce z getta, Warszawa była dla nich miastem śmierci.
I tak Hirszfeld zaczął tworzyć Zakład Mikrobiologii Lekarskiej przy ul. Chałubińskiego, a Hirszfeldowa pod koniec 1945 roku szukała już miejsca na Klinikę Pediatryczną. Znalazła budynek przy ulicy Hoene-Wrońskiego, gdzie mieścił się zakład opiekuńczy dla dzieci, w którym przebywali niemieccy wychowankowie i opiekunowie, którzy czekali na wysiedlenie.
To musiało być olbrzymie wyzwanie dla kobiety, która niedawno wyszła z getta.
– Po zagładzie do lekarzy żydowskiego pochodzenia trafiały też dzieci niemieckie. Często lekarki mówiły, że to dla nich zbyt traumatyczne, bo pamiętały cierpienia dzieci w getcie. Odchodziły od takich pacjentów i prosiły lekarzy, którzy nie przeżyli gett czy obozów.
Natomiast Hanna Hirszfeldowa potrafiła do niemieckich matek w Breslau – zmieniającym się we Wrocław – mówić po niemiecku i nawet brew jej nie drgnęła. Zostawiała swoje traumy, powidoki wojenne i po prostu leczyła niemieckie dzieci. To pokazuje jej siłę moralną.
Jeszcze wszyscy czuli w Polsce kominy krematoryjne, kiedy Hirszfeldowie wprowadzali nowoczesną metodę ratowania noworodków przed śmiercią. Odkryli, że dzieci urodzone z zespołem hemolitycznym z powodu konfliktu serologicznego rodziców potrzebują transfuzji. Zdążyłam porozmawiać z laborantką i lekarką, które z nimi pracowały. Laborantki były na stałym dyżurze, zawsze w pogotowiu, bo transfuzję trzeba było przeprowadzić niemal natychmiast po urodzeniu. Te noworodki, które wtedy uratowali, żyją do dzisiaj. Jedna z uratowanych jest lekarką.

Hirszfeld założył Zakład Mikrobiologii Lekarskiej we Wrocławiu w 1945 roku (mat. prasowe) Hirszfeld założył Zakład Mikrobiologii Lekarskiej we Wrocławiu w 1945 roku (mat. prasowe)
Administratorem danych osobowych podanych przy zapisaniu się na newsletter jest Agora S.A. z siedzibą w Warszawie (00-732), ul. Czerska 8/10. Podane dane osobowe będą przetwarzane przede wszystkim w celu wysyłki zamówionego newslettera, który może zawierać treści marketingowe.Więcej
Udało się Hirszfeldom odbudować to życie, które stracili?
– Okres powojenny we Wrocławiu był w życiu Hirszfeldów pracowity. W 1946 roku wyjechali na kilka miesięcy do USA, gdzie Hanna kwestowała w amerykańskich instytucjach dobroczynnych na rzecz odbudowy pediatrii w Polsce; Hirszfeld dostał w Stanach Zjednoczonych kilka propozycji pracy w laboratoriach. Mogli zostać i zbudować tam lepsze życie, ale jednak wrócili. To był ważny moment.
Zresztą ich życie to ciągłe zmiany miejsc. Zostawili prestiżowe posady Heidelbergu, aby przenieść się do Zurychu, a podczas I wojny światowej wyjechali na Bałkany, żeby walczyć z epidemią duru plamistego. W 1919 roku wybrali zacofaną Polskę, nie Szwajcarię.
Po pewnym czasie dostali we Wrocławiu przydział na dom na Biskupinie, w którym odtworzyli namiastkę tego życia sprzed II wojny światowej. Mieli już razem niewiele czasu, zaledwie 10 lat. On zmarł w 1954 roku, a ona w 1964 roku. Ta dekada była dla nich niezwykle intensywna. Czytałam ich korespondencję z tego czasu, która znajduje się w archiwum PAN i zastanawiałam się, jak ludzie po takich przejściach – po dwóch latach zamknięcia w getcie warszawskim, ukrywaniu się przed Zagładą, stracie jedynej córki, już niemłodzi – znaleźli siłę do odbudowy środowiska medycznego we Wrocławiu?
Hirszfeld stworzył zakład mikrobiologii (później instytut PAN), a Hirszfeldowa zorganizowała Klinikę Pediatryczną. Starali się ściągnąć najważniejszych przedwojennych badaczy do Wrocławia, negocjowali m.in. z Jakubem Parnasem, wybitnym mikrobiologiem, który jednak odmówił. Bał się polskiego antysemityzmu, który pamiętał ze Lwowa. Niemniej udało się im stworzyć bardzo prężne zespoły młodych naukowców.
Cieszyli się olbrzymim respektem, a ich asystenci mówili o nich w samych superlatywach. Podpytywałam ich w rozmowach, czy mieli jakieś słabości, czy potrafili być niesprawiedliwi, pobudliwi, kunktatorscy. I muszę powiedzieć, że trudno było takie relacje usłyszeć. Szacunek, z jakim mówią do dziś ich uczniowie, pokazuje siłę ówczesnego środowiska.

Ludwik i Hanna Hirszfeldowie Fot. Krzysztof Rak / Agencja Wyborcza.pl
A jednak po śmierci profesora jego praca została zaprzepaszczona.
– Władza ludowa od początku lat 50. próbowała szkodzić Hirszfeldowi, jednak nie odważyła się na ostry atak. Próbowano oskarżyć go o rasistowskie badania, ale to się nie udało. W czasach stalinizmu medycyna też była polem walki, na przykład Łysenka podważał prawa genetyczne, a mimo to był autorytetem. Hirszfeld konsekwentnie się temu przeciwstawiał.
Na swoich następców wybrał Feliksa Milgroma, Władysława Mańskiego i Adama Bekerkunsta. Ale po jego śmierci doszło do niemal całkowitej wymiany kadry w Instytucie. Milgroma przeniesiono do Rokitnicy na Śląsku. Wybitnego naukowca, który wprowadzał programy przeciwdziałania kile i gruźlicy, wysłano na ledwo utworzoną Śląską Akademię Medyczną. To było jak zsyłka. Milgrom wyjechał do Wenezueli, a później USA, gdzie został profesorem uniwersytetu w Buffalo. Zrobił wielką karierę. Władysław Mański wyjechał z tych samych powodów do Nowego Jorku na Uniwersytet Columbia, a Adam Bekierkunst do Izraela, gdzie został profesorem w Instytucie Weizmanna. Stanisław Dubiski został profesorem w Toronto.
Warto też powiedzieć o Andrzeju Kelusie. Został wyrzucony z Wrocławia, obronił doktorat na Oksfordzie i został profesorem w Bazylei. I kiedy spotkał się tam w latach 80. z siostrzeńcem Hirszfeldowej, mówił o nich jak o bogach. Więź między nimi przetrwała rozgromienie. Zresztą było widać ją też w listach, które pozostały. One są pełne przywiązania, wzajemnej troski, nawet czułości, choć bardzo powściągliwej, dyskretnej.
Hirszfeld potrafił wzbudzać w ludziach entuzjazm naukowy, oddanie pracy badawczej. Oni nieśli tę wiarę w naukę dalej. Mogli te badania robić we Wrocławiu, ale im nie pozwolono, bo mieli pochodzenie żydowskie. To jest część mojej biografii Hirszfeldów i moje wielkie „oskarżam” wobec tamtej władzy i jej funkcjonariuszy. W ich miejsce powołano usłużnych naukowców, którzy szybko zajęli miejsce wychowanków Hirszfelda. Szefem Instytutu został dyrektor Stefan Ślopek, młody mikrobiolog, który przyjechał z Rokitnicy.
Żydowskie pochodzenie miało dla Hirszfeldów znaczenie?
– Hanna i Ludwik byli obojętni religijne w okresie niemieckim i szwajcarskim swojego życia. Wzięli chrzest dopiero gdy urodziła się ich córka, ale tylko dlatego, że w II RP trzeba się było zdeklarować. Wybrali Kościół Katolicki, ale to nie była żadna przynależność religijna. Hirszfeldowa była ateistką, a Hirszfeld podczas wojny pisał przemyślenia dotyczące Chrystusa i cierpienia.
W getcie mieszkali wprawdzie na plebanii kościoła Wszystkich Świętych na placu Grzybowskim, Hirszfeld często odwiedzał świątynię, ale to była religijność z rozpaczy. Dla nich kościołem i wiarą była jednak medycyna.

Profesor Ludwik Hirszfeld w gronie swoich współpracowników Fot. archiwum prywatne
Niechętnie mówili o getcie i tym, co się działo potem?
– Zapiski Hirszfelda są bardzo uogólnione. To było tabu, tak samo jak śmierć ich córki. Rozmawiali o tym tylko z najbliższymi. Wyszli w trójkę z getta: najpierw Ludwik z córką, później Hanna. To było wielkie przedsięwzięcie organizacyjne – przecież z półmilionowej społeczności na stronę aryjską wyszło zaledwie 27 tysięcy ludzi.
W przypadku Hirszfeldów udało się to dzięki Konstantemu Potockiemu, właścicielowi apteki, która mieściła się przy Alejach Jerozolimskich i działała podczas wojny. W powojennych pismach profesora funkcjonował on jako Pan P. lub Potocki. Dopiero po ukazaniu się mojej książki napisała do mnie córka Potockiego, która ujawniła, kim był tajemniczy Pan P.
Oczywiście wiele osób pomagało z narażeniem życia – siostrzenica Joanna Blin, Bella Kiełbasińska, siostra Hanny, która była Żydówką, ale nigdy nie poszła do getta i jej mąż – Stanisław, dawny wiarus, przyjaciel Hirszfeldów. Jednak bez Pana P. nie mogłoby się to udać. Byłam szczęśliwa, że z mroku udało się wyciągnąć kogoś, kto do dziś nie został uhonorowany medalem sprawiedliwy wśród narodów świata. Pośmiertnie nie jest już to jednak takie łatwe.
Mam jednak poczucie, że ocalenie pamięci Potockiego jest też wartością samą w sobie. Gdy dziś patrzę na zdjęcie aptekarza z Alei Jerozolimskich, to myślę, że pieniądze, które przeznaczył na organizację wyjścia z getta Hirszfeldów, to były najlepiej w jego życiu wydane pieniądze.
A jak jest dziś z pamięcią o Hirszfeldach?
– Asystentka Hirszfelda, doktor Janina Wartenbergowa pytała mnie: „Po co to pani pisze?” Choć byłam w ferworze pracy i poszukiwań, to też tak trochę czułam, że taka książka może zainteresować tylko garstkę fanów i historyków medycyny. Okazało się jednak, że ludzie chcą czytać historię dwojga uczonych medyków, których życie rozbijało się o burze XX wieku.
Instytut Hirszfelda przetrwał złe czasy, to dziś prężna instytucja naukowa. Zresztą nazwano go tak niemal natychmiast po śmierci profesora. To był listek figowy: szanujemy Hirszfelda, ale jego zespół – silny, niezależny – jest zagrożeniem. Bezwzględnie zdewastowano koncepcję naukową Ludwika Hirszfelda. Na nic nie zdały się błagalne listy Hanny Hirszfeldowej do prezydenta Bieruta, na nic były artykuły Pawła Jasienicy.
Kiedy pisałam rozdział o następcach Hirszfelda, którzy zostali wyrzuceni z Instytutu, myślałam o tej dewastacji, do której jako społeczeństwo bywamy skłonni. I zaraz potem na naszych oczach – w państwie PiS – ona się zdarzyła ponownie. Zadziałały te samem mechanizmy, te same metody. Byłam zdumiona.

Polscy delegaci podpisują rezolucję Kongresu, 28 VIII 1948. Od prawej: Jan Czekanowski, Wacław Sierpiński, Ludwik Hirszfeld i Kazimierz Ajdukiewicz fot. Jerzy Baranowski/wystawa Kroniki Wrocławia Rok 1948
Ludwik Hirszfeld
Twórca polskiej szkoły immunologicznej oraz nowej dziedziny nauki – seroantropologii, profesor nauk medycznych. W 1945 przeniósł się do Wrocławia i podjął pracę na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Wrocławskiego jako pierwszy dziekan tego wydziału. W 1952 roku utworzył we Wrocławiu Instytut Immunologii i Terapii Doświadczalnej PAN, później nazwany jego imieniem. Zorganizował we Wrocławiu Ośrodek Badań Patologii Ciąży.
Do jego najważniejszych osiągnięć naukowych należało odkrycie dziedziczenia grupy krwi. To on wprowadził oznaczenie grup krwi – 0, A, B i A przyjęte na całym świecie. Oznaczył również czynnik Rh i odkrył przyczynę konfliktu serologicznego, co uratowało życie wielu noworodkom. W 1950 roku był nominowany do Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny za wyjaśnienie zagadki zjawiska konfliktu serologicznego między matką a płodem.
Hanna Hirszfeldowa
Lekarka pediatra, profesorka nauk medycznych. Współuczestniczyła przy tworzeniu Akademii Medycznej. W 1945 roku pod jej kierownictwem powołano Katedrę i Klinikę Pediatryczną wydziału lekarskiego. Od 1954 była kierowniczką Katedry Diagnostyki Oddziału Pediatrii Akademii Medycznej. Była założycielką i pierwszą przewodniczącą wrocławskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Pediatrycznego.
Urszula Glensk jest kierowniczką Zakładu Form Literackich i Dokumentalnych Instytutu Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Wrocławskiego
Kategorie: Uncategorized



E. Korulska
Hirszfeld Hirszfeld przechrzcil się dla kariery, nie był jedyny w swoim rodzaju. Byli tacy, jak Freud, którzy tego nie zrobili. Nie ma co idealizowac. Nie mógł przecież z góry wiedzieć, że dla nazistów to nie był żaden „bilet wstępu”.
Marku Pelc. Pamięć Profesora Hirszfelda proszę zostawić w spokoju. On nic nie robił « dla kariery » a wszystko dla nauki i ludzkości.
Osobiscie mam nic do zarzucenia Żydom którzy przeszli na inną wiarę z glebokiego przekonania lub zmuszeni zagrożeniem życia. Choćby ta inna « wiara » to było chrześcijaństwo, laicki syjonizm lub czysty idealistyczny komunizm lat przedwojennych. To były wartosci moralne. I Choć często się mylili w tym idealizmie i płacili za niego tragiczna cenę, to była ich prywatna sprawa i nic nam do tego.
Natomiast nie znajduję usprawiedliwienia dla Żydów którzy dziś wyrzekają sie swojej tożsamości i kultury oraz wiary przodków dla takich wynaturzeń jak antysyjonizm, progresywnosc lub wokizm. To są nowe trendowe « religie » w imię których postępowi Zydzi deklarują i agituja, szkodząc Izraelowi i własnemu narodowi.
A robią to z głupoty, z konformizmu lub dla kariery i pieniędzy. Przykładów nie trzeba szukać. Reżyser Glazer jest ostatnim numerem.
Niestety takich « moralistów » jest dzisiaj wszędzie pelno i to oni zasługują na potępienie.
Do Ewy Korulskiej,
Jaki wzruszający komentarz!
Wielcy ludzie byli w poprzednim pokoleniu.
Wybitny naukowiec, jednak dla kariery przechrzcil się.
Moja Mama była studentką profesora Hirszfelda na tajnych kursach medycyny w Getcie Warszawskim. Zawsze wyrażała się o Nim z największym szacunkiem i podziwem.