Uncategorized

 Kulmowie. ( 2)


Jakub Kopec

  Okręt o siedmiu żaglach i o czterdziestu armatach  

      Jakto wyznaje Jan Kulma w nocie autobiograficznej, pomieszczonej w internetowej Wikipedii, przez całe życie prześladowała go i nęciła myśl o życiu klasztornym, więc po śmierci Joanny, zniedołężniały i bezbronny, zapewne udał się pod opiekę Sióstr Miłosierdzia, co zresztą, w zamian za hojne donacje, miał zapewnione solenną umową, na wszelki wypadek potwierdzoną notarialnie.

    Nie mam  odwagi odezwać się do żywych ludzi z Rodziny Strumiańskiej, do aktorów pierwszej gildii warszawsko-łódzkiej  lub też z teatrów prowincjonalnych, bo gdy jedni z nich uważają mnie za wydrwigrosza i niewdzięcznika, który ograbił maestro Kulmę z należnego mu honorarium,  drudzy widzą we mnie obrzydliwego „tajnego współpracownika Służby Bezpieczeństwa”.

         Jak nauczał Jacek Żakowski w  książce „Nauczka” o dewiacjach reżimu Jarosława Kaczyńskiego z lat 2005-2007, władza odpowiada nie tylko za zbrodnie , które własnoręcznie popełniła , lecz także za samobójstwa, do których ludzi popchnęła. Jaruzelski odpowiada przeto  za samobójczą śmierć dziennikarza i współpracownika KOR, mojego serdecznego kumpla Jerzego Zieleńskiego, który na wieść o pojawieniu się czołgów na ulicach miast, wyskoczył przez okno. Kaczyński zaś winien jest pomocnictwa w doprowadzeniu Barbary Blidy do desperackiej decyzji o pociągnięciu kciukiem  (sic!) za spust i strzeleniu sobie w pierś. 

     Jednak Jaruzelski nie mógł odwołać decyzji o wprowadzeniu stanu wojennego w obawie, że jeden dobry, ale przecież nie wybitny dziennikarz, może wyskoczyć przez okno. Kaczyński nie mógł w swoich rachubach politycznych przewidzieć takiego fatalnego obrotu sprawy, że Barbara Blida po przytomnym zasięgnięciu porady telefonicznej u swojego adwokata, uda się w towarzystwie agentki ABW do toalety i tam niespodzianie naciśnie kciukiem na cyngiel legalnie posiadanego rewolweru. Natomiast Mistrz Jan w momencie, gdy fałszywie oskarżał mnie o nieuczciwość w interesach i wbijał mi tym oskarżeniem zatrutą drzazgę osinową między żebra, doskonale wiedział, że moja „przedostatnia żona” już przecięła kabel doprowadzający energię elektryczną od domowego licznika – przez okno na piętnastym piętrze – wprost na dach hangaru na Parkingu Społecznym Osiedla „Ruda” , w którym z pomocą dwu szkutników budowałem katamaran według projektu inżyniera Bazylego Lipszyca. To miała być dla mnie tratwa ratunkowa, okręt o siedmiu żaglach i o czterdziestu armatach, którym zamierzałem odpłynąć w siną dal i uwolnić się od wszystkich  nieszczęść,  jakie się na mnie zwaliły. Bankructwo wydawnictwa,  separacja w małżeństwie, oskarżenie Instytutu Pamięci Narodowej  o współpracę z SB w charakterze tajnego współpracownika… 

   Snuł się za mną obrzydliwy smród, odkąd Antoś, mój miły i dobrze wychowany sąsiad z Osiedla „Ruda” na warszawskich Bielanach, po trzykroć umieścił mnie na słynnej „liście Macierewicza”, raz jako Jana, drugi raz Jakuba i po raz trzeci pod  imionami Jana Jakuba Kopcia. Ale dopiero IPN przypieczętował sprawę decyzją pisowskiego prezesa Szarka. U Macierewicza tkwiłem na liście pod kryptonimem „figuranta Alfreda” , czyli osobnika rozpracowywanego przez agentów i tajnych informatorów, inwigilowanego i, ma się rozumieć, nieskutecznie nakłanianego do współpracy. W IPN przybito mi do czoła tabliczkę z pseudonimem-kryptonimem tajnego współpracownika  „Alfreda”, czyli kapusia.  

      Samobójstwo jest jakimś tam wyjściem z matni, w którą człowiek z wielką pomocą bliźnich lecz własnowolnie  się zakałapućkał. Zamknąłem się w swoim gabinecie, załadowałem do lufy półautomatycznego pistoletu RECK stosowny nabój kalibru 8 mm, zatrzasnąłem zamek, lufę wetkałem do gęby i pociągnąłem za spust. Rozległ się straszliwy huk, jakby ktoś odpalił petardę. Odrzut sprawił, że ostrą muszką siedzącą na koniuszku lufy boleśnie poraniłem się w górne podniebienie, ale żyłem, oddychałem normalnie i miałem czucie w członkach. Co się stało, do jasnej cholery?  Gdybym miał chociaż odrobineczkę tej wiary, w którą wyposażony był mistrz Kulma, byłbym uznał, że oto przeznaczony zostałem do świętości i z tej przyczyny w nadprzyrodzony sposób ocalony od śmierci niechybnej… W jaki sposób chybiłem celu, skoro lufę trzymałem w gębie? Otworzyłem zamek pistoletu i – Jezu z Nazaretu! – zobaczyłem zdeformowany pocisk  w zaszpuntowanej lufie!

     Pisałem już o tym w poprzednim odcinku, lecz bez podania szczegółów, w których tkwi Diabeł. Na wojnie o Kosowo, gdzie pojechałem jako korespondent „Trybuny”, albański cwaniaczek sprzedał mi wersję gazową  z magazynkiem pełnym ostrej amunicji, żebym mógł przezwyciężyć strach przed nieletnimi muzułmańskimi bandytami, którzy tylko czekali na stosowny moment, żeby pozbawić mnie życia dla tych  dobrych amerykańskich dolarów, które bez wątpienia trzymałem w portfelu na piersi. I rzeczywiście przezwyciężyłem strach przed albańskimi bandami wyrostków do tego topnia, że po powrocie do kraju wrzuciłem pistolet do zamykanej na klucz szafki i nigdy, aż do krytycznej chwili, nie interesowałem się nim.

     Święta siostrzyczka zakonna z Gorzowa Wielkopolskiego nie była też poinformowana, że maestro Jan  w samo serce ugodził mnie zatrutym kołkiem osinowym do zabijania wampirów, a uczynił to akurat w takiej chwili, kiedy Instytut Pamięci Narodowej niejakiego „prezesa dra Szarka” uznał mnie za tajnego współpracownika tudzież tajnego informatora Służby Bezpieczeństwa podczas wojskowej dyktatury generała Jaruzelskiego. Przeto dla uświadomienia matce Małgorzacie jak bardzo mój nędzny żywot żurnalisty spleciony był z bytowaniem dwojga wybitnych artystów ze Strumian koło Szczecina, wysłałem do niej mailem  zeskanowaną odpowiedź na  skargę kasacyjną dra Szarka zaadresowaną do Najwyższego Sądu Administracyjnego. Najistotniejszy fragment tego pisma procesowego brzmiał tak:

   « Jedyny fakt, który można uznać za informację, udzieloną przeze mnie SB, jest odnotowany  w dokumentach IPN pod datą 1985 r.. Zwierzyłem się, mianowicie, że „widziałem Fikusa w kościele”. Indagowany przez SB, zawsze mówiłem ogólnikami, bredziłem  o tym, co można wywnioskować ze znaków na niebie, albo co można wyczytać z „Trybuny Ludu”. I tylko raz  lapnąłem prawdziwym nazwiskiem. Funkcjonariusz SB, podszywając się pod pracownika Urzędu Paszportowego i w gabinecie jego kierownika, życzliwie, jak dobry policjant, pytał mnie o pracę, na co ze skargą w głosie odpowiedziałem, że z powodu „negatywnej weryfikacji” , ja, bezwyznaniowy i bezpartyjny liberał z sercem na prawach ewolucji i doboru naturalnego umieszczonym po lewej stronie, musiałem  zarobkować w  falangistowskiej i faszyzującej gazecie „Słowo Powszechne”, katolickim dzienniku Stowarzyszenia Chrześcijańskiego PAX. Z powodu paskudnego  miejsca pracy czułem do siebie obrzydzenie, a taki Fikus, jako ateista i były  członek egzekutywy POP PZPR w tygodniku „Polityka”, nie odczuwał wstydu z ostentacyjnego wystawiania się na widok publiczny przy samiutkim ołtarzu… 

     Skoro Instytut Pamięci Narodowej za znamienny uznaje fakt, że powiedziałem funkcjonariuszowi SB, iż udałem się posłuchać muzyki w kościele, gdzie przy ołtarzu zobaczyłem swojego kolegę, to przecież po stokroć bardziej istotne od tego, że widziałem Fikusa, jest to, że nie zdradziłem oficerowi, jak Dariusz Fikus ma na imię, nie powiedziałem też w jakim widziałem go kościele, nie wspomniałem, że była to świątynia ks. prałata Henryka Niewęgłowskiego, kapelana środowisk twórczych, że widzenie miało miejsce w czasie koncertu liczącego dwustu wiejskich śpiewaków  Chóru Parafialnego z Poczernina , dyrygowanego  przez mojego przyjaciela , reżysera Jana Kulmę, że chór odśpiewał m. in. antyrządowy i zakazany przez cenzurę Hymn Parafii  Poczernińskiej i, co najistotniejsze, że po tym wydarzeniu „kultury niezależnej”, wraz z  dwojgiem przyjaciół,  Zofią Jaremko i Marianem Kutiakiem, przy współudziale między innymi  Szymona Kobylińskiego i Wiesława Ochmana, woziliśmy dzieciaki  poczernińskie prywatnymi samochodami i pokazywaliśmy im to, co w Warszawie najciekawsze. W sumie oznacza to, że inkryminowana  informacja o „Fikusie w kościele” nie miała żadnej wartości poznawczej, ponieważ wszyscy wiedzieli, a już zwłaszcza wiedziała SB, że Fikus z Bratkowskim  w kościele NMP na Nowym Mieście  co niedziela na głos czytają swoją „Gazetę Mówioną”!  

   Ponieważ to, że „widziałem Fikusa w kościele” jest jedyną konkretną informacją przekazaną przeze mnie pracownikowi Biura Paszportowego (fakt, że domyślałem się , iż  miałem do czynienia z tajniakiem,  niczego tutaj nie zmienia), nabiera w moim sporze z IPN podstawowego znaczenia. Dlatego zacytuję ostatnie , podsumowujące słowa ze „Skargi kasacyjnej” dra Szarka, prezesa IPN:

   „W notatce z dnia 22 listopada 1985 r. (…) pan Jan Jakub Kopeć (…) w trakcie rozmów przeprowadzonych z funkcjonariuszem służby bezpieczeństwa udzielił mu informacji dotyczących zachowania się środowisk opiniotwórczych w warunkach stanu wojennego oraz informacji dotyczących zachowania osoby o nazwisku Fikus.” („Skarga kasacyjna” str. 2, acc. 1 od góry)

   Informuję , że koncert Poczernińskiego Chóru Parafialnego w kościele NMP na Nowym Mieście rzeczywiście odbywał się w warunkach „zawieszonego” stanu wojennego, natomiast rozmowa z „kierownikiem Biura Paszportowego” miała miejsce w listopadzie 1985, kiedy Gorbaczow ogłosił już swoją „głasnost’ i pierestrojkę”. Informacja o „Fikusie w kościele” sprzed trzech lat w warunkach pierestrojki nie mogła już mieć żadnego, śladowego choćby znaczenia operacyjnego.

  Dlatego, w imię zdrowego rozsądku, wnoszę o oddalenie „skargi kasacyjnej” Prezesa IPN i utrzymanie w mocy wyroku WSA z dnia 4 kwietnia 2019 roku.

                                                                                                 Jan Jakub Kopeć

Warszawa,  1 lipca 2019 r.»

    Wygranie sprawy lustracyjnej we wszystkich instancjach w niczym mi nie pomogło. Żadna z gazet nie opublikowała newsa, że ja , rab boży, wygrałem proces z drem Jarosławem Szarkiem , wszechpotężnym obrońcą dobrego imienia Narodu Polskiego z rocznym budżetem ośmiuset milionów złotych. Taka zmowa milczenia bez wątpienia mi się należała, bo ja wszystkich gówniarzy dziennikarstwa , z prawa i z lewa, niewybrednymi wyzwiskami już po obrażałem.

     No i co z tego, że w Sądzie Okręgowym, a właściwie w Centrum Mediacyjnym Jan Kulma zmuszony został wycofać się z wszystkich swoich roszczeń w stosunku do mojego niszowego „Wydawnictwa JJK” , które wydało jego naprawdę smakowite wspomnienia? Napomykając o takich przykrych sprawach, nie rozdrapuję ran w odruchu masochistycznym, lecz czynię to w celu ostrzeżenia moich ewentualnych Czytelników, że mogę być niesprawiedliwy w  osądzie ostatecznym nad moim Przyjacielem i Nauczycielem, któremu , Bogiem a prawdą, zawdzięczam wszystkie swoje sukcesiki w uprawianiu zawodu reportera. Kochałem Jana i byłem ślepy. Kiedy już Jan wraził mi między żebra kołek osinowy, przejrzałem na oczy.  Chrzanić wszelkie moje pretensje do Jana, bo moja osoba w ogóle nie ma dla Kultury Wysokiej najmniejszego nawet znaczenia. Ale dzięki wyostrzonemu przez ból spojrzeniu, dostrzegłem, że to wujek Jan ze swoją katolicką bigoterią był sprawcą najdotkliwszych nieszczęść mojej przysposobionej cioci. To on sprawił, że Joanna Kulmowa., wszechstronna pisarka, o renesansowej duszy i romantycznej wyobraźni, najpierw zakwalifikowana została do infantylnej kategorii „autorów wierszyków dla dzieci”, gdy  do tego gatunku twórczości przymuszały ją prawie wyłącznie względy egzystencjalne, a później jeszcze doszło do tego zaszufladkowanie poetki jako „wybitnej pisarki katolickiej”. 

    Wybitna pisarka katolicka Joanna Kulmowa bała się, że spotka ją los Jana Brzechwy, którego pośmiertnie chciano uczcić nadaniem jego imienia warszawskiej szkole podstawowej. Projekt zarzucono, gdy w prasie wyznaniowej ukazały się antysemickie protesty przeciwko takiemu uhonorowaniu „żydowskiego wierszoklety”.

     Nazwiskiem Joanny Kulmowej jeszcze za jej życia ochrzczono co najmniej trzy szkoły podstawowe i jedno liceum.  Stanowiło to wartość, którą należało chronić choćby ślubem kościelnym z organistą Janem Kulmą ze Strumian.

                                                       Jakub Kopeć

Wszystkie wpisy Jakuba TUTAJ

Kategorie: Uncategorized

1 odpowiedź »

  1. ”Okręt o siedmiu żaglach i o czterdziestu armatach”

    Zapożyczenie. ”Marzenie posługaczki”. Znakomite tłumaczenie samego mistrza Władysława. Jest do znalezienia w sieci, gdyby się komuś chciało.

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.