
Róża Luksemburg, rok 1905. (Fot. Domena publiczna / via Wikimedia Commons.
„Kiedy zabiera pierwszy raz głos na zjeździe Międzynarodówki, musi wejść na krzesło, bo ma 146 cm wzrostu. Gazety odnotowują, że krucha panienka w jasnej sukience weszła na krzesło, ale nie piszą już, co mówiła. Musiała mieć niezwykłą siłę, żeby radzić sobie z seksizmem i antysemityzmem na forum publicznym” – mówi Weronika Kostyrko, autorka książki „Róża Luksemburg. Domem moim jest cały świat”.
Wiedziałaś, na co się porywasz?
Wiedziałam oczywiście, jaki to jest wielki temat, ale nie wiedziałam, jaka to będzie trudna praca. Trudna szczególnie w Polsce, gdzie nieobecność Róży Luksemburg jest wielką wyrwą w debacie publicznej, w świadomości społecznej. Tymczasem na Zachodzie pamięć o niej jest bardzo żywa, o czym pierwszy raz przekonałam się w latach 90., kiedy zostałam korespondentką „Gazety Wyborczej” w Niemczech. Ona w Berlinie ma place, ulice, pomniki, tablice pamiątkowe na domach we wschodniej i zachodniej części miasta. Jej biografię napisano nie tylko po niemiecku, angielsku, francusku i hiszpańsku, ale i po japońsku, a ostatnio po chorwacku. Na całym świecie powstają o niej kolejne książki, filmy, piosenki, murale, komiksy. A u nas nic, cisza.
Wypełnienie tej wyrwy zajęło ci cztery lata.
Pisząc poprzednią książkę, biografię Poli Nireńskiej, miałam niewiele materiałów, nie było potomków, nie było świadków. Szukając rodziny Poli w Izraelu, musiałam korzystać z pomocy detektywa. W przypadku Róży sprawy mają się zupełnie odwrotnie. To było morze materiałów, bo ona sama bardzo dużo pisała, a przy okazji trzeba opowiedzieć kawał historii Europy. Pierwszą trudnością było przebicie się przez siedem niemieckich tomów jej dzieł zebranych i sześć tomów z listami, opatrzonymi oczywiście niezliczonymi przypisami. Kolejną trudnością było znalezienie współczesnego języka dla opisu jej teoretycznej twórczości, dotyczącej głównie marksistowskiej ekonomii. Sama musiałam się oswoić z użyciem takich słów jak „proletariat” czy „walka klas”, a przede wszystkim ująć skomplikowane zagadnienia polityczne i ekonomiczne prosto i jasno, syntetycznie i obrazowo. Nie piszę przecież pracy naukowej dla specjalistów, tylko biografię reporterską dla każdej zainteresowanej przeszłością czytelniczki. Swoją drogą, historia proletariatu czeka w Polsce na opisanie językiem współczesnej humanistyki tak samo długo, jak czekali chłopi i chłopki, o których w ostatnim czasie powstało tyle książek.
Tymczasem u nas kazano skuć tablicę na domu w Zamościu, rodzinnym mieście Róży Luksemburg. Słusznie?
Róża Luksemburg zupełnie niesłusznie uchodzi w Polsce za symbol zdrady narodowej. Podczas setnej rocznicy Cudu nad Wisłą, w 2020 roku ówczesny minister kultury Piotr Gliński nazwał ją nawet „symbolem polskich zdrajców”. Chodziło mu oczywiście o jej stosunek do kwestii polskiej niepodległości, ale ona nie była przeciwniczką niepodległości, tylko państw narodowych w ogóle. Wierzyła, że rewolucja zacznie się w Niemczech i ogarnie cały świat, i że w tym przyszłym świecie nikt nikomu nie będzie podległy. Dlatego o ile Józef Piłsudski, zaangażowany w PPS i otoczony inteligencją o szlacheckim rodowodzie, od początku uważał, że siłę ruchu robotniczego trzeba wykorzystać w walce o odrodzenie Polski, o tyle internacjonalistka Róża Luksemburg była przekonana, że kształtujące się wówczas ideologie narodowe nieuchronnie prowadzą do wielkiej wojny.

Róża Luksemburg w wieku 12 lat. (Fot. Domena publiczna / CC BY 3.0 via Wikimedia Commons)
Miała rację?
I wojna światowa potwierdziła jej obawy, ale sprawa jest bardziej skomplikowana. Róża nie doceniła siły europejskich nacjonalizmów. Była zdruzgotana, kiedy się okazało, że robotnicy gotowi są walczyć przeciw sobie, a partie socjaldemokratyczne popierają burżuazyjne rządy w głosowaniach nad kredytami wojennymi dla armii. Miała rację, przewidując zapaść gospodarczą niepodległej Polski po odcięciu wielkiego rynku zbytu w Cesarstwie Rosyjskim.
Zupełnie nie doceniła tego, że dla większości ludzi własny kraj jest ważniejszy, nawet jeśli najbiedniejszy?
Bo była polityczną idealistką, skupioną po marksowsku na kwestiach ekonomicznych. Przecież dla większości Polaków II Rzeczpospolita okazała się niespełnioną obietnicą. Dobitnie pokazuje to choćby książka „Chłopki” Joanny Kuciel-Frydryszak.
To słusznie, że skuto tę tablicę w Zamościu czy nie?
Róża Luksemburg należy do tej samej kategorii XIX-wiecznych socjalistów co Ludwik Waryński czy Marcin Kasprzak, którzy mają swoje ulice w centrum Warszawy. Nazwiska Luksemburg nie ma nawet na sporządzonej przez IPN liście nazwisk do dekomunizacji, bo ta operacja miała dotyczyć działaczy KPP oraz aparatczyków systemu komunistycznego. Tablicę skuto po prostu na polecenie ówczesnego wojewody lubelskiego Przemysława Czarnka. Róża nigdy nie sprawowała władzy, nie zajmowała żadnego stanowiska. Ja zresztą uważam, że ona nie była komunistką. Słowo „komunizm” do powszechnego obiegu wprowadził Lenin, chcąc się odróżnić od zachodnioeuropejskich socjalistów, a Róża Luksemburg była w zasadniczym sporze z Leninem.
Czyli nie komunistka, ale socjalistka?
Ona sama nazywała się socjalistką. Została ukształtowana duchowo i umysłowo przez XIX-wieczny socjalizm, z jego zaufaniem do przyszłości, wiarą w postęp i wiarą w człowieka. Róża uważała, że ludzie wolni i świadomi swojej pozycji w świecie będą spontanicznie szukać wspólnego dobra. Przez większość życia nie projektowała nowego ustroju, tylko dążyła do wyzwolenia, do rewolucji. Nie nazywam jej socjalistką, bo w polskiej tradycji to określenie przylgnęło do PPS. Uważam, że nie była ani socjaldemokratką, ani komunistką, tylko rewolucjonistką, choć wielu historyków idei się ze mną nie zgodzi. Choćby z tego powodu, że warunkiem wyzwolenia było dla niej uspołecznienie środków produkcji.

Róża Luksemburg. (Fot. Domena publiczna)
Tu była zgodna z Leninem, a o co się z nim spierała?
O realne upodmiotowienie klasy robotniczej, co nigdy się nie wydarzyło w żadnym komunistycznym państwie. Lenin już w 1903 roku ogłosił, że inteligencka partia musi kierować robotnikami. W państwie leninowskim władza szła z góry na dół i nie było żadnej dyskusji. Róża to odrzucała, dla niej podmiotem była klasa robotnicza, a wolność dyskusji miała fundamentalne znaczenie. Debata polityczna była dla niej jak tlen. Róża Luksemburg była niezwykle błyskotliwą dyskutantką, należała do najlepszych mówców europejskiej lewicy.
Chyba nie dlatego jej portret miał w swoim gabinecie na Łubiance Feliks Dzierżyński, sowiecki zamordysta?
To było już po śmierci Róży. Myślę, że Dzierżyński po prostu adorował jej męczeństwo. Bo brutalnie zamordowana Róża Luksemburg bardzo szybko stała się męczennicą lewicy.
Ten jej krasomówczy talent był samorodny?
Po części z pewnością tak, ale też ważny wpływ na Różę miała jej matka, religijna Żydówka, która bardzo dużo czytała – i po niemiecku, i po polsku. Kilkuletnia Róża leżała z powodu choroby stawu biodrowego przez cały rok w łóżku. Nauczyła się wtedy czytać i pisać, układała rymowanki, potem całe wiersze. Wysyłała przez służącą listy do rodzeństwa i żądała pisemnej odpowiedzi. Kiedy potem poszła do gimnazjum, skończyła je celująco, podobnie zresztą jak późniejsze studia w Zurychu. To była wybitnie inteligentna, znająca biegle kilka języków kobieta, całe życie pochłaniająca wiedzę z bardzo różnych dziedzin: od ekonomii, historii i filozofii do botaniki i geologii. Ona zresztą nie wyjechała z Polski, bo uciekała przed aresztowaniem, tylko dlatego, że kobiety nie mogły w Warszawie studiować. No, chyba że śpiew operowy.

Pomnik Róży Luksemburg w Berlinie. (Fot. Manfred Brückels / GNU wersja 1.2 oraz późniejsze)
Tego talentu akurat nie miała, umiała za to znakomicie pisać.
Była jedną z pierwszych kobiet, które w XIX wieku zarabiały na życie pracą umysłową. Przed I wojną światową płacono za jej artykuły publicystyczne najwyższe stawki w niemieckiej prasie. Doceniano nie tylko znakomity styl, ale też erudycję, bo interesowała ją naprawdę rozległa tematyka. Kiedy się czyta o praktykach kolonialnych Anglików i Francuzów w jej najważniejszym dziele „Akumulacja kapitału”, można odnieść wrażenie, że była we wszystkich miejscach, o których pisze, a nie była w żadnym z nich. Dużą część życia spędziła w więzieniu, gdzie – według własnego określenia – „czytała jak dzika”.
Lądowała za kratami za to, co mówiła.
Masz rację, siedziała tylko za słowa, a po kolejnych wyrokach nie spuszczała z tonu. Potrafiła wykorzystać swoje procesy jako trybunę polityczną, na przykład w głośnej sprawie dotyczącej maltretowania rekrutów, kiedy ją oskarżono o obrazę pruskiej armii. Potrafiła również świetnie dostosować to, co mówi, do grupy odbiorców. Słuchali jej uważnie i socjalistyczni intelektualiści na zjazdach Międzynarodówki, i polscy robotnicy na Śląsku. W kampanii wyborczej do Reichstagu na Opolszczyźnie przemawiała tak skutecznie, że liczba głosów oddanych na socjalistów zwiększyła się trzykrotnie.

Weronika Kostyrko, autorka książki o Róży Luksemburg. (Fot. Archiwum prywatne Weroniki Kostyrko.)
Tę spektakularną karierę polityczną Róża Luksemburg robi w świecie kompletnie zdominowanym przez mężczyzn. W dodatku jest Żydówką z Europy Wschodniej, panną z niezamożnego domu. Jak tej drobnej kobiecie z Zamościa udało się zajść tak daleko w europejskiej polityce?
Mnie to też fascynuje i było głównym powodem napisania książki. Chciałam, podobnie jak ty, zrozumieć, jak jej się to udało. Kiedy Róża zabiera pierwszy raz głos na zjeździe Międzynarodówki w Zurychu, gdzie spotkali się przywódcy socjalistyczni z całej Europy, musi wejść na krzesło, bo ma 146 cm wzrostu. To jest dość, wydaje mi się, emblematyczna scena. Tym bardziej że gazety odnotowują, że krucha panienka w jasnej sukience weszła na krzesło, ale nie piszą już, co mówiła. Ona jednak szybko zaczyna nie tylko przemawiać, ale i publikować w prasie – i wtedy już uważnie czyta się jej słowa. Musiała mieć niezwykłą siłę, żeby radzić sobie z seksizmem i antysemityzmem na forum publicznym. Dla polskich i niemieckich polemistów bywała „panieneczką” i „Żydóweczką”, do tego oczywiście „pyskatą”, „swarliwą” i „histeryczną”. Uważała, że reagowanie na takie zaczepki jest poniżej jej godności.
Z drugiej strony miała dystans do ruchu kobiecego, który walczył wtedy o prawa wyborcze dla kobiet. Czemu nie była jego entuzjastką?
Ona zauważała, jako jedna z pierwszych, że kobiety różnych klas i ras mają różne, czasami sprzeczne interesy. Nie była wcale pewna, czy kobiety będą w większości głosować na lewicę. Wyniki wyborów w różnych krajach świata jeszcze dziś zdają się tę wątpliwość utwierdzać. A Róża uważała, że trzeba robić to, co prowadzi do rewolucji. Nie zastanawiała się, czy rewolucja może doprowadzić do równouprawnienia kobiet, tylko czy równouprawnienie kobiet może pomóc rewolucji. Jej odpowiedź nie była prosta: stawką walki o równouprawnienie były dla niej głosy proletariuszek. Róża głęboko wierzyła w ich antywojenne nastawienie, natomiast kobiety burżuazji nazywała „pasożytami pasożytów ciała społecznego”. Zachowała dystans do sufrażystek, nawet pozostając w przyjaźni z czołową wówczas socjalistyczną feministką Clarą Zetkin.

Róża Luksemburg (po lewej) wśród słuchaczy szkoły partyjnej SPD w 1907. (Fot. Bebels Bart, Brandts Kniefall / Domena publiczna via Wikimedia Commons)
Internacjonalizm, o który walczyła, runął wraz z wielką wojną. Nie tak miało być.
Nie tak miało być, nie tak miała też wyglądać socjalistyczna rewolucja, która w Rosji szybko się zmienia w dyktaturę aparatu partyjnego. Ale Róża miała specyficzny stosunek do klęsk. Uważała, że w historii nie ma gotowych rozwiązań, że nie ma w polityce żadnych recept, trzeba się ciągle uczyć i iść dalej. Była bardzo dzielna i pewnie by się uczyła i szła dalej po tej wielkiej katastrofie. Została jednak zlinczowana w Berlinie w styczniu 1919 roku przez Freikorps – ochotniczą formację żołnierzy sfrustrowanych klęską w I wojnie światowej. Ta mizoginiczna, antysemicka soldateska stworzyła podglebie dla narodowego socjalizmu, dlatego o Róży pisze się czasem jak o pierwszej ofierze nazizmu. Pruscy oficerowie, którzy ją zamordowali, nie zostali nigdy ukarani za to, że najpierw tłukli ją kolbą karabinu, potem jej strzelili w głowę, a na końcu wrzucili ją do kanału. Jak czarownicę.
„Strzelili Róży w głowę i wrzucili ją do kanału. Jak czarownicę. Nigdy nie zostali ukarani”
Weronika Kostyrko. Dziennikarka i pisarka. Studiowała germanistykę, niderlandystykę oraz historię sztuki na Uniwersytecie Warszawskim. Od roku 1991 związana z „Gazetą Wyborczą”, w której przez 20 lat pracowała jako redaktorka, reporterka sejmowa, korespondentka w Berlinie i redaktorka naczelna „Wysokich Obcasów”. W latach 2012–2016 kierowała portalem Culture.pl tworzonym przez Instytut Adama Mickiewicza. W roku 2019 ukazała się jej pierwsza książka „Tancerka i Zagłada. Historia Poli Nireńskiej”, za którą otrzymała nominację do Nagrody Literackiej „Nike”.
Mike Urbaniak. Jest dziennikarzem kulturalnym, krytykiem, publicystą, redaktorem naczelnym poznańskiego magazynu kulturalnego Dynks (dynks.poznan.pl). Od lat pisze do Wysokich Obcasów i weekendowego magazynu Gazeta.pl. Mieszka w Poznaniu.
Kategorie: Uncategorized


”Chyba nie dlatego jej portret miał w swoim gabinecie na Łubiance Feliks Dzierżyński, sowiecki zamordysta?”
Polski szlachetka , jeden z najwiekszych mordercow w historii, bez ktorego ZSRR by nie ostalo sie.
Żydzi są jak wszyscy inni, tylko bardziej – była 100% internacjonalistka. To potrafią tylko Żydzi/ki…
Paszla ona w …..
” Co mi tu zawracasz glowe o jakims pogromie ! Muszyni z Ogapongo sa mi bardziej bliscy niz Zydzi!.” Tak odpowiedziala komus kto ja poinformowal o kolejnych morderstwach na Zydach.