Katarzyna Wężyk
Jerzy Urban w swoim domu. Konstancin Jeziorna, 3 września 2020 r. (Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Wyborcza.pl)
Jerzy Urban zawsze spadał na cztery łapy
Urban walił równo, w starych towarzyszy i obecnych luminarzy, ze świętymi krowami włącznie, ale potrafił też dobrze napisać o tych, z którymi mu było nie po drodze, o ile cenił ich osiągnięcia.
Biografia „Urban”, którą napisali Dorota Karaś i Marek Sterlingow, będzie jednym z wydarzeń tegorocznych Gdańskich Targów Książki (13 do 15 września) w Europejskim Centrum Solidarności *. Z tej okazji przypominamy tekst opublikowany w „Wyborczej” w październiku 2023 roku.
„Dla człowieka myślącego samodzielnie mentalność sceptyczna jest co najmniej równie ważna jak pancerz tych czy innych zasad”, nauczał aspirujących kontestatorów Christopher Hitchens. Jerzy Urban mógł być takim Hitchensem – dyżurnym sceptykiem i przekorą, publicystą żyjącym z szargania świętości i irytowania niedawnych ideowych sojuszników, „przyrządem do drażnienia”, jak go nazwał Dariusz Fikus. Ale urodził się po złej stronie przyszłej żelaznej kurtyny, o czym pasjonująco piszą w najnowszej biografii naczelnego „Nie” Dorota Karaś i Marek Sterlingow.
Ich „Urban” to opowieść o błyskotliwie inteligentnym i pozbawionym skrupułów oportuniście, który lubił wygodnie żyć i się tego nie wstydził. A że przyszło mu akurat żyć w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, to wykorzystał możliwości dawane (nielicznym) przez realny socjalizm. Gdy PRL upadł, zmonetyzował swoje talenty, brak skrupułów i światopogląd w rodzącym się polskim kapitalizmie.
Rozrywka made in PRL
Wyrzucany z wszelkich możliwych instytucji – od szkół po redakcje – za niesubordynację i brak szacunku Urban zawsze spadał na cztery łapy, bo potrafił się zakręcić, był pracowity i świetnie pisał. Tylko partia go wyrzucić nie zdążyła, bo sama odmówiła mu legitymacji. Przez ćwierć wieku krytykował realny socjalizm w „Po Prostu” i „Polityce” – w granicach rozsądku oraz przyzwolenia cenzury – a gdy na fali karnawału „Solidarności” krytykowanie partii stało się modne, został rzecznikiem rządu i walił w opozycję.
Jego konferencje prasowe były jednym z nielicznych oficjalnych źródeł rozrywki w czasach stanu wojennego, nawet jeśli zyskał po nich reputację bezczelnego kłamcy, tuby propagandowej reżimu i jednego z najbardziej znienawidzonych ludzi schyłkowego PRL.
Wybór Urbana podsumował Adam Michnik: według niego krytyczny wobec reżimu dziennikarz stanął po stronie władzy z trzech powodów: pogardy dla Kościoła i polskiego nacjonalizmu, przekonania, że ze względu na geopolitykę wszelki opór skazany jest na porażkę, i obawy przed utratą statusu materialnego. „Dla wielu z nas była to w gruncie rzeczy kwestia smaku. Urban ma żelazny żołądek i potrafił cały ten szmelc przetrawić. Inni z nas nie byli w stanie”.
Zero taniego moralizatorstwa
Zapowiedzi, recenzje i wywiady z autorami. Booksletter to obowiązkowy przewodnik dla miłośników książek.
Administratorem danych osobowych podanych przy zapisaniu się na newsletter jest Wyborcza sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie (00-732), ul. Czerska 8/10. Podane dane osobowe będą przetwarzane przede wszystkim w celu wysyłki zamówionego newslettera, który może zawierać treści marketingowe.Więcej
Patrząc z dzisiejszej perspektywy na zaangażowanie polskiego Kościoła w politykę i na nacjonalistyczny populizm partii rządzącej – a także na Licheń, ustawy w obronie dobrego imienia Jana Pawła II i polityków PiS tańczących na urodzinach Radia Maryja – można się zastanawiać, czy i dla rzecznika nie była to, choć po części, kwestia smaku i czy aby tylko jemu przydawał się żelazny żołądek.
Na pewno na estetyczno-etyczne wybory Urbana łatwiej patrzeć tym, którzy nie pamiętają stanu wojennego, a ks. Jerzy Popiełuszko i Grzegorz Przemyk to dla nich wyłącznie nazwiska z podręczników historii najnowszej.
Sterlingow i Karaś, choć przeszli ze swoim bohaterem na ty i przyznawali, że w bezpośrednim kontakcie był uroczym człowiekiem, bynajmniej jednak życiorysu Urbana nie lukrują. Piszą o jego udziale w nagonce na Popiełuszkę i tuszowaniu zabójstwa Przemyka – zakatowanie 18-latka w komisariacie Urban uznał za „wypadek przy pracy”, a jego matkę atakował w prasie. Jego biografowie unikają jednak taniego moralizatorstwa. Jak to ujął na spotkaniu autorskim Sterlingow: – Kiedy mój kolega Jurek w latach 80. mówił, że nikt przez władzę nie został pobity i aresztowany, ja wtedy zostałem pobity i aresztowany. Ale nie zamierzaliśmy w książce oceniać.
Polskie śpiwory dla nowojorskich bezdomnych
W kapitalizmie, który jako rzecznik rządu z urzędu potępiał – raz ogłosił, że wyśle nowojorskim bezdomnym polskie śpiwory – Urban zarobił prawdziwe pieniądze. W 1990 wydał „Alfabet Urbana”, rzecz krótką, ale wybitnie złośliwą; potrafił jednym zdaniem podsumować delikwenta lub delikwentkę tak, że pozostawało im udawać, że nie czytali.
Walił równo, w starych towarzyszy i obecnych luminarzy, ze świętymi krowami włącznie, ale potrafił też dobrze napisać o tych, z którymi mu było nie po drodze, o ile cenił ich osiągnięcia. „Alfabet” sprzedał się na pniu.
Pieniądze Urban zainwestował w tygodnik „Nie”. W pierwszym numerze zaanonsował go tak: „Będziemy szydzić z rzeczy poważnych i weselić się ze smutnych. Świętości nieszargane umierają z nudów. Pospieszmy je ratować”. Słowa dotrzymał. Mainstreamowe media pełne wulgaryzmów, antyklerykalne „Nie” pieczołowicie ignorowały, ale milionowe nakłady tygodnika pokazują, jak bardzo w pierwszej dekadzie III RP czytelnicy tego właśnie potrzebowali
Ani hagiografia, ani paszkwil
Urban nie przejmował się swoją reputacją – bycie obiektem nienawiści, można odnieść wrażenie, było dla niego niemalże powodem do dumy. Cokolwiek by myśleć o jego moralności, miał niezaprzeczalnie jedną supermoc: bezwstydu. Absolutnie nie wstydził się rzeczy, które większość ludzi chętnie by ukryła: niewygodnego, wtedy, pochodzenia, pracy dla skompromitowanego reżimu, reputacji „Goebbelsa stanu wojennego”, własnej, z wiekiem coraz mniej wpisującej się w kanony fizyczności, a nawet impotencji, o której pisał obszernie na łamach „Nie”.
Jeśli coś go we własnej biografii uwierało, to kłamstwa, które wygłaszał z kamienną twarzą po śmierci Przemyka.
Karaś i Sterlingow podeszli do swojego bohatera, po prostu, poważnie: nie jest to ani hagiografia, ani paszkwil, ani zbiór nostalgicznych anegdot, tylko potężna biografia interesującego i niejednoznacznego człowieka na tle czasów, w których żył. Zalecana zamiast podręcznika do HiT.
BIOGRAFIA, „Urban” Dorota Karaś, Marek Sterlingow; wyd. Znak, Kraków
Gdańskie Targi Książki
Gdańskie Targi Książki w Europejskim Centrum Solidarności potrwają od 13 do 15 września. W programie spotkania autorskie m.in. z Michałem Rusinkiem i Iwoną Kalenik („Gdańsk z lotu ptaka dla dziewczynki i chłopaka”), Marcinem Zarembą („Wielkie rozczarowanie. Geneza rewolucji Solidarności”), Filipem Springerem, Andrzejem Chwalbą („Polska krwawi. Polska walczy. Jak żyło się pod okupacją 1939-1945″), Michałem Bilewiczem („Traumaland”).
Szykują się też rozmowy wokół istotnych tematów – o pracy reporterki i literaturze non fiction porozmawiają Olga Gitkiewicz, Joanna Gierak-Onoszko, Anna Goc i Urszula Jabłońska, a w debacie o ustawie o związkach partnerskich wezmą udział Renata Lis, Marta Abramowicz, Piotr Jacoń.
Targi są czynne będą od godz. 10 do 18, wstęp wolny.
Spotkanie z autorami biografii „Urban” odbędzie się na Gdańskich Targach Książki 13 września o godz. 17, a poprowadzi je Grzegorz Piotrowski.
Świętości nieszargane umierają z nudów.
Kategorie: Uncategorized






Urban miał rzeczywiście znakomite pióro. Każdemu polecam jego ”Wszystkie nasze ciemne sprawy”. Co nie zmienia faktu, że był z niego kawał wyjątkowo szubrawego sukinkota, nawet uwzględniając ówczesne czasy i realia.
Urban popełnił wyjątkowo parszywieńki tekst pod tytułem ”Spotkanie z rasizmem” (czy też ”spotkania”, nie pamiętam). Oczywiście spotkał się z ”ekstremistycznym rasizmem” akurat w Izraelu. Oczywiście ten tekst ukazał się w roku 1968-ym, w ”Polityce”. Bronił tego wstrętnego tekstu już w wolnej Polsce, w ramach jakiegoś wywiadu. Z jego tygodnika ”Nie” pamiętam wstrętne, szydercze ”dowcipy” na temat Scud-ów spadających na Tel-Awiw.
Urban nie był znienawidzony dlatego, że reprezentował reżim Jaruzela (Kwaśniewski, minister w rządzie Jaruzela, dwa razy pod rząd wygrał w uczciwych wyborach i rządził jako prezydent). Urban był znienawidzony, bo byl Żydem. Żadne próby wdzięczenia się i dęcia w jedną trąbę z polskimi specami od zagadnień narodowo-rasowych nic nie pomagały. Te ”Spotkania z rasizmem” też jakoś nie pomogły.
Pora na epitafium:
Tutaj leży
Urban Jerzy.
Pokój jego duszy.
Metr na lewo,
metr na prawo
leżą jego uszy.