Przyslal Prof. Tomasz Koncewicz

z Anną Zawadzką rozmawia Tomasz Żukowski
Sukces wyborczy Grzegorza Brauna był zaskoczeniem.
Jeśli to samo zjawisko zaskakuje niezmiennie od 70 lat, to trzeba przyjrzeć się zaskoczonym. Zaskoczeni są z siebie zadowoleni, nie mają z antysemityzmem nic wspólnego, dawno go przezwyciężyli, ale okazuje się, że „ciemnogród”, „prowincja” i „homo sovieticus” wciąż głosują na Brauna.
To wygodne, a jednocześnie fałszywe postawienie sprawy.
Jako społeczeństwo nie przezwyciężyliśmy antysemityzmu?
Uczciwa i głęboka dyskusja nad antysemityzmem odbyła się zaraz po wojnie na łamach lewicowej prasy, przede wszystkim „Kuźnicy” Stefana Żółkiewskiego. Uczestniczyli w niej m.in. Witold Kula, Adam Ważyk, Kazimierz Wyka, Tadeusz Borowski i Julian Przyboś. Kiedy dzisiaj czytamy te teksty, zadziwia ich nowoczesność i trafność. Później, właściwie od momentu ustabilizowania się państwa, jeśli chodzi o kręgi bliskie władzy, mieliśmy już do czynienia z zamazywaniem tematu. Od zakończenia wojny nie było wbrew pozorom istotniejszych zmian ani zerwań w polityce historycznej.
Dziś w Polsce antysemityzm albo traktuje się jako politycznie niegroźne ekstremum, albo życzeniowo unicestwia, używając eufemizmów. Kiedy Braun wykonał antysemicki happening w Sejmie, mówiono o „chuligaństwie”, „wybryku” czy „wandalizmie”, nie nazywając rzeczy po imieniu. Kiedy kibice piszą na murach „Jebać Żydów maczetami” słyszymy o „głupocie”, „braku edukacji”, „prymitywizmie” albo „zezwierzęceniu”, znowu bez użycia słowa „antysemityzm”.
Tymczasem sukces Brauna pokazuje, że antysemicki kod działa.
Tak, tyle że znowu posłużył jako pretekst do przeoczenia zasadniczego problemu: ponad 50% głosujących wybrało nacjonalistów, a historycznie i ideologicznie antysemityzm jest integralnym elementem polskiego nacjonalizmu. Nawrocki jest kandydatem partii, która od wielu lat prowadzi brutalną kampanię przeciwko badaczom Zagłady, a jej członkowie idą w Marszach Niepodległości obok symboli „White Power”. Ugrupowanie Metzena jawnie nawiązuje do tradycji przedwojennych ugrupowań antysemickich takich jak ONR czy Młodzież Wszechpolska.
Podczas kampanii prezydenckiej antysemityzm był także obecny na lewicy. Adrian Zandberg rozpoczął debatę z Braunem od tego, że zgadza się z nim w ocenie władz Izraela. Tymczasem, gdy Braun w Parlamencie Europejskim zakłócił minutę ciszy dla uczczenia ofiar Zagłady, nie chodziło mu przecież o Palestyńczyków. Dla niego ofiary Holocaustu i rząd Izraela to wcielenia mitycznego „Żyda”, a Netanyahu to nie polityk, ale uosobienie antysemickich fantazji o żydowskiej żądzy krwi. Dlaczego Zandberg nie obnażył, jak działa tego rodzaju myślenie? Miał przecież ku temu okazję. Zamiast wykonać anty-antysemicki gest, podał Braunowi rękę nad głowami Żydów.
A co z Trzaskowskim?
Tutaj dochodzimy do pełnej antysemickich treści polityki historycznej. To zasadnicza sprawa. Ani PO, ani KO, ani żadne ugrupowania liberalne nigdy nie postawiły jej tamy. Przeciwnie, wspierały ją, finansowały i oliwiły jej mechanizmy tak samo gorliwie jak PiS. Przejdźmy się po polskich miastach i miasteczkach: pomniki i murale watażków z Narodowych Sił Zbrojnych, co drugie rondo w tym kraju, co druga szkoła i co druga ulica nosi imię albo „Jana Pawła II”, albo „Solidarności”, albo „Wyklętych”. Bohaterowie tych upamiętnień – tacy jak „Ogień” czy „Bury” – prowadzili przed wojną i po jej zakończeniu czystkę etniczną, której ofiarami padali Żydzi, Białorusini, Ukraińcy i Tatarzy. Kult NSZ to jasny sygnał: przemoc wobec Żydów i nie-katolików nie jest żadnym skandalem. Raczej czymś, co da się uzasadnić i pochwalić. Taki sygnał wysyłają w Polskę politycy składający w Warszawie kwiaty pod pomnikiem Romana Dmowskiego, lokalne władze zamawiające pomniki Wyklętych, artyści, którzy te pomniki projektują, media, które relacjonują te wydarzenia bez słowa krytycznego komentarza, Instytut Pamięci Narodowej publikujący hagiografie antysemickich zbrodniarzy, autorzy podręczników szkolnych, z których dzieci uczą się tych zbrodniarzy podziwiać, nauczyciele bezmyślnie z tych podręczników korzystający itd.
Badania historyczne pokazują, że także inni bohaterowie opowieści o walce z komunizmem podzielali niejedno antysemickie przekonanie. W Armii Krajowej i rządzie londyńskim antysemityzm był raczej normą, a nie wyjątkiem. W gettach Żydzi walczyli praktycznie sami, bo AK traktowała to jako nie swoją sprawę. Z powstania w getcie warszawskim nie uratował się prawie nikt, a przerzucenie ocalałych powstańców do AK okazało się dla Żydów śmiertelnie niebezpieczne ze względu na antysemicki stereotyp „żydokomuny” w szeregach polskiego podziemia. Bór-Komorowski używając antysemickich argumentów odmawiał wsparcia dla getta w Będzinie. I tak dalej. Wszystko to nie stało się przedmiotem namysłu po roku 1989, ponieważ zasadą opowiadania o AK jest jej bezrefleksyjna gloryfikacja. Podobnie jest z „Solidarnością”, w której od początku pobrzmiewał antysemityzm, a po 1983 roku wzmógł się na tyle, że Żydzi, którzy „Solidarność” współtworzyli, po cichu opuszczali jej szeregi. Wymuszanie przez KOR i „Solidarność” uczestnictwa w katolickich i narodowych rytuałach także trudno nazwać praktyką inkluzywną. Podobnie jak niepisaną wśród opozycji antykomunistycznej zasadę, by jej członkowie chrzcili swoje dzieci, brali śluby kościelne i organizowali katolickie pogrzeby bliskim nawet, jeśli ci sobie tego nie życzyli. Jak z tym wszystkim mieli czuć się Żydzi w Polsce? Przecież wiedzieli, że przed wojną Kościół Katolicki był głównym źródłem antysemickiej propagandy, że ma ogromne zasługi w udziale Polaków w Zagładzie, z czego nigdy się nie rozliczył, przeciwnie, do dzisiaj toleruje np. plotki o mordzie rytualnym. Tymczasem opozycja demokratyczna w Polsce, której politycznym spadkobiercą jest KO, zamiast Kościół z tego rozliczyć, namaściła go na moralny autorytet i przyjęła wobec księży postawę wiernopoddańczą. Widać ją do dzisiaj w gloryfikacji tak konserwatywnych postaci jak Wyszyński czy Glemp. Obaj dołożyli niejeden kamyczek do polskiego antysemityzmu.
Antykomunizm odgrywa tu kluczową rolę. „Żydzi” to „komuniści”, a „komuniści” to „Żydzi”. Używam cudzysłowu, bo nie chodzi o realnych ludzi, ale o wyobrażenia. Dlaczego antykomunizm okazuje się taki ważny?
Jedną z obsesji polskiej kultury jest Holokaust. W świetle współczesnych badań, także twoich, nie ma wątpliwości co do roli polskiego otoczenia w realizacji „ostatecznego rozwiązania”. Antysemickie postawy i zachowania takie jak denuncjacje (bezinteresowne czy połączone z szantażem), polowania na Żydów na prowincji i w miastach, proceder okradania ofiar – wszystko to uszczelniało granice gett, rujnowało szanse na przetrwanie po tzw. aryjskiej stronie i pomagało nazistom wykonać plan.
Jeżeli jednak zdemonizujemy komunizm, okazuje się, że rachunki z Żydami nie wypadają tak źle. Nikt przy zdrowych zmysłach nie powie, że wygrana Hitlera byłaby dla Polski tym samym co PRL, nie przeszkadza to jednak sukcesowi narracji o „dwóch totalitaryzmach.” Zgodnie z tą narracją Polacy są ofiarami komunistów tak jak Żydzi byli ofiarami nazistów. Dochodzi do tego przekonanie, że komuniści to Żydzi, dzięki czemu rachunki się wyrównują. „Może nie byliśmy zupełnie w porządku, ale przecież Żydzi zgotowali nam stalinizm i PRL”. Stąd taka ilość upamiętnień „ofiar stalinowskiego terroru” w miejscach szczególnie ważnych na mapie zagłady Żydów. Zysk jest podwójny: wyjaśniamy wrogie zachowania i zrzucamy winę na ofiary.
Uważasz, że polityka historyczna to forma antysemityzmu?
Sina Arnold z Zentrum für Antisemitismusforschung i Linda Maizels z Yale Program for the Study of Antisemitism dowodzą, że czas zacząć postrzegać antysemityzm analogicznie do rasizmu: jako element struktury społecznej. Jeśli tego nie zrobimy, umknie nam istota zjawiska. Co to znaczy, że rasizm jest strukturalny? To znaczy, że jest ideologią uzasadniającą dominację. Dzięki niej możliwa jest taka organizacja społeczeństwa, która pozwala podporządkowywać, wyzyskiwać, prześladować i pozbawiać głosu tych, których postrzega się jako gorszych. By było to możliwe, owo przekonanie o „gorszości” niektórych musi być powszechnie podzielane i akceptowane. Nie powinno budzić wątpliwości. Jeśli więc powiem o kimś, że jest „durnym Polakiem” to może będzie to krzywdzący stereotyp, ale nie rasizm, gdyż nie istnieje struktura symboliczna, mentalna i społeczna, która legitymizuje te słowa i nadaje im moc. Jeśli natomiast powiem o „Żydach mordujących niewinne dzieci w Gazie” to korzystam z ogromnego zaplecza silnie zakorzenionych fantazmatów, które doprowadziły do niejednej zbrodni na Żydach. I doprowadzają nadal, wszak rozmawiamy w dniu, gdy pod Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie mężczyzna zamordował dwie osoby tylko dlatego, że były Żydami i krzyczał przy tym „Wolna Palestyna”.
W Polsce motywy z pozoru niewinne odsyłają do antysemickich treści. Po wojnie mordowano Żydów jako komunistów na podstawie stereotypu „żydokomuny.” Dziś mało kto powie otwarcie, że należy prewencyjnie zabijać Żydów, bo są lub będą „zdrajcami Polski” (tak postrzegano komunistów), ale w 2011 roku sejm niemal jednogłośnie ustanowił Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych, którzy tych zbrodni dokonywali. Właśnie tak polski antysemityzm umacnia się i uprawomocnia. Na mocy antykomunizmu, postaci takie jak „Laluś” czy organizacja „Wolność i Niezawisłość” stają się bezdyskusyjnymi bohaterami wszystkich: Brauna, Metzena, Nawrockiego i Trzaskowskiego. Nawet Razem śmiertelnie boi się skojarzenia z komunizmem, więc nie zdziwię się jeśli – aby uniknąć zarzutów o komunizm – też przyniesie Dmowskiemu kwiaty.
Braun mówi głośno to, z czym wielu po cichu się zgadza.
Ja bym raczej powiedziała: o czym wielu na co dzień nie myśli, ale jak już zaczyna, bo politycy wywołają wilka z lasu, to sięga do podręcznego zestawu przekonań, których dostarcza polska kultura i wmontowane w nią oczywistości.
Braun nie podporządkowuje się politycznej poprawności, to jego strategia. Dobrze rozpoznał, że potępianie antysemityzmu jest tylko naskórkowe i wygrywa na tym podwójnie. Po pierwsze daje sygnał ludziom, którzy już myślą tak jak on. Po drugie, podobnie jak Donald Trump czy Elon Musk prezentuje się jako ktoś, kto nie poddaje się cenzurze. Kreuje się tym samym na bezkompromisowego antysystemowca. Przybierając pozę ciemiężonego głosiciela prawdy, w rzeczywistości staje po stronie najsilniejszego. Jego wyborcy wychowali się w polskiej szkole, uczestniczą w uroczystościach państwowych, chodzą polskimi ulicami i rozumieją, co się do nich mówi. To kompetentni uczestnicy polskiej kultury.
Antykomunizm odbiera demokratom argumenty w sporze z prawicą?
Antykomunizm, o którym mówimy, nie jest reakcją na realny komunizm, w całej jego historycznej i geograficznej różnorodności. Jest przede wszystkim ideologią antyemancypacyjną. W obrębie tej ideologii komunizm uosabia wszystko, co w opowieści nacjonalistycznej i katolickiej jest groźne: świeckość, równouprawnienie kobiet i mniejszości, internacjonalizm, dobrostan innych gatunków niż ludzki, bezpieczeństwo ekosystemu itd. Stając po stronie tych wartości, okazujemy się spadkobiercami komunizmu, patrz: sługami szatana. Jeżeli chcemy bronić tych wartości, musimy rozmontować antykomunistyczne mity. Inaczej będziemy wciąż podcinać gałąź, na której siedzimy.
Nie widzę chętnych.
Nie liczę, że ktoś podejmie się rozmontowania polityki historycznej, ale życzyłabym sobie, żeby demokratyczni politycy wcisnęli przynajmniej hamulec. Czy będą nadal finansować IPN? Jakie kwoty na to przeznaczą? Czy będą interesować się tym, kto tam pracuje i jakie poglądy głosi z państwowej mównicy? Czy pozwolą umrzeć z głodu naukom społecznym, które nie uprawiają hagiografii? Co zrobią 11 listopada? Czy pójdą pod pomnik Dmowskiego, jak robił to Bronisław Komorowski? Gdzie zobaczymy ich w dniu Żołnierzy Wyklętych? Co tego dnia powiedzą?
Dr hab. Anna Zawadzka, pracuje w Instytucie Slawistyki PAN. Jest członkinią zespołu London Centre for the Study of Contemporary Antisemitism oraz Ośrodka Studiów Kulturowych i Literackich nad Komunizmem IBL PAN. Autorka m.in. książki Więcej niż stereotyp. „Żydokomuna” jako wzór kultury polskiej (2023). Tomasz Żukowski, historyk literatury, profesor w Instytucie Badań Literackich PAN. Autor książek Wielki retusz. Jak zapomnieliśmy, że Polacy zabijali Żydów (2018) i Pod presją. Co mówią o Zagłądzie ci, którym odbieramy głos (2021).
Wszystkie wpisy Tomasza Koncewicza TUTAJ
Kategorie: Uncategorized


Dzięki Leonie za uzupełnienie bibliografii. Termin „przemoc filosemicka” był dla mnie niezrozumiały, wiec poszukałem omówienia tej książki i tu jest wyjaśnienie:
”
Przemoc filosemicka
Szukając odpowiedzi na powyższe pytania, zaobserwowaliśmy, że głos mniejszości wprowadzony w pole słyszalności nadal podlega ograniczającym wymogom, naciskom i hierarchiom, te zaś do złudzenia przypominają dawne formy dyskryminacji. Co więcej, opresja definicyjna w stosunku do członkiń i członków mniejszości – przekształcająca podmiot w przedmiot – nie jest ani dekonstruowana, ani przezwyciężana. Przeciwnie: ma się dobrze. Polega zaś na przemocy filosemickiej. Filosemityzmem nazywamy żywiołowo pozytywne uczucia większości skierowane ku zbiorowemu obiektowi wyobrażonemu, identyfikowanemu jako „Żydzi”. W tym sensie filosemityzm – choć opatrzony przeciwnym wektorem emocjonalnym – jest strukturalnie podobny do antysemityzmu, oba zaś wywodzą się ze wspólnej allosemickiej matrycy, której działanie opisał Artur Sandauer w latach 80. XX wieku1. Filosemityzm – jak każde uprzedmiotowienie, negacja podmiotowości innego bytu – jest formą przemocy. W tym sensie przemoc filosemicka to termin poniekąd tautologiczny, redundantny. Zależało nam jednak na dobitnym wyodrębnieniu i nazwaniu tego nadal nie dość rozpoznanego zjawiska.
Przejawy przemocy filosemickiej w Polsce składają się na zjawisko społeczne imponujących rozmiarów, jeśli nie ruch społeczny. Stwierdzenie tego faktu stanowi punkt wyjścia dla naszego badania. Głównym przedmiotem oglądu jest sposób, w jaki obiekt wyobrażony „Żydzi” jest konstruowany. Otoczeni najlepszymi intencjami i obdarzeni najlepszymi uczuciami, „Żydzi” są bowiem fantazmatem, wyobrażeniem odpowiadającym na deficyty i zapotrzebowania swoich miłośników: grupy dominującej, czyli polskiej większości. Z badań naszych wynika, że na pierwszym miejscu na liście jej mentalnych i emocjonalnych – a także moralnych – zapotrzebowań lokuje się troska o własny wizerunek i autowizerunek. Wizerunek i autowizerunek, dla którego sprawą centralną – najważniejszą i budzącą największe emocje – jest sprawa antysemityzmu, w szczególności zaś miejsca polskiej większości w strukturze Zagłady.”
Warto byłoby wymienić pominiętą w spisie lektur książkę Elżbiety Janickiej i Tomasza Żukowskiego, pt. ”Przemoc Filosemicka – Nowe Polskie Narracje po roku 2000”; IBL PAN, Warszawa 2016, str. 296.
Zachowam ten arykul, chociazby dla Zydow tak czolobitnych dla pamieci o ” Solidarnoscia” i dla ktorych wspomnienie o jej anysemityzmie wywoluje ataki szalu :
”..Podobnie jest z „Solidarnością”, w której od początku pobrzmiewał antysemityzm, a po 1983 roku wzmógł się na tyle, że Żydzi, którzy „Solidarność” współtworzyli, po cichu opuszczali jej szeregi. Wymuszanie przez KOR i „Solidarność” uczestnictwa w katolickich i narodowych rytuałach…”