
Zarówno rząd, jak i jego przeciwnicy chcą, aby wszyscy zakładnicy wrócili do domu i aby wojna się skończyła. O co więc toczy się spór?
O porozumienie w Izraelu jest tak trudno, że nawet kiedy już się pojawia, staje się źródłem konfliktu. Doskonałym przykładem jest kwestia ratowania zakładników.
W tej chwili wszyscy zgadzają się, że cała pięćdziesiątka zakładników – z których dwudziestu wciąż żyje – musi zostać uwolniona jednocześnie. Innymi słowy, nie może być mowy o kolejnych częściowych porozumieniach, które obejmują nazistowski proces selekcji przeprowadzany przez Hamas.
Zamiast jednak zgodzić się w tej kwestii, ruch protestacyjny domaga się, aby premier Izraela Benjamin Netanjahu wysłał delegację z powrotem do stołu negocjacyjnego w celu podjęcia rozmów na temat „planu Witkoffa”, który zakłada zwrot połowy zakładników w ramach stopniowego zawieszenia broni.
Tłem i powodem, dla którego Hamas nagle wyraził gotowość do ponownego rozważenia poprzedniego planu wysłannika na Bliski Wschód Steve’a Witkoffa, jest decyzja rządu o rozpoczęciu dużej operacji wojskowej mającej na celu przejęcie miasta Gaza – ostatniej twierdzy terrorystów w Strefie Gazy – i ostateczne zakończenie wojny. Należy zauważyć, że ruch protestacyjny również wzywa do zakończenia wojny.
Ruch robi to poprzez antyrządowe demonstracje. Każdy, kto nie zna izraelskiej mentalności, może uznać to za dziwne. Przecież zarówno rząd, jak i jego przeciwnicy chcą, aby wszyscy zakładnicy wrócili do domu, a wojna wreszcie się skończyła.
To samo dotyczy prezydenta USA Donalda Trumpa, który w poniedziałek oświadczył na Truth Social: „Powrót pozostałych zakładników nastąpi dopiero wtedy, gdy Hamas zostanie pokonany i zniszczony. Im szybciej to nastąpi, tym większe szanse na sukces”.
Mimo to sektor „każdy, tylko nie Bibi”, w skład którego wchodzą niektóre rodziny zakładników, wydaje się wierzyć, że przegrana wojna jest lepszym rozwiązaniem. Chociaż jest to błędne przekonanie, obawy, że działania w mieście Gaza zagrożą zakładnikom, są całkowicie zrozumiałe.
We wtorek minęła hebrajska rocznica zamordowania przez porywaczy sześciu zakładników – Hersha Goldberga-Polina, Edena Yerushalmi, Ori Danino, Carmela Gata, Almoga Sarusiego i Alexandra Lobanova – kiedy izraelskie siły zbliżyły się do tunelu, w którym byli przetrzymywani. Nie ma wątpliwości, że podobny incydent mógłby wydarzyć się również w mieście Gaza.
Jednak przeciwnicy operacji nie chcą zrozumieć, że Hamas nigdy nie odda jedynej karty przetargowej, jaką ma w ręku. Znając mentalność Żydów, doskonale wie, że przetrzymywanie choćby jednego niewinnego Izraelczyka wystarczy, aby wywołać szczere zaniepokojenie w całym kraju i głębokie podziały społeczne. Nie zapominajmy o ogólnokrajowej uwadze skupionej na Giladzie Shalicie, młodym kapralu Sił Obronnych Izraela przetrzymywanym przez Hamas przez pięć lat. Bez niego Yahya Sinwar, mózg zamachów z 7 października, nie znalazłby się wśród ponad tysiąca zabójców uwolnionych w 2011 roku.
Również ci, którzy dążą do zakończenia wojny bez zwycięstwa Izraela, nie chcą dostrzec niewygodnego faktu: zawarcie jakiegokolwiek porozumienia z sprawcami najgorszych zbrodni przeciwko Żydom od czasów Holokaustu – a już na pewno porozumienia, które pozostawia potwory u władzy – naraża życie każdego izraelskiego cywila, żołnierza i zakładnika. Teraz i w przyszłości.
Co więcej, obecny komunikat dla dżihadystów na całym świecie jest jasny: porwania są najskuteczniejszą bronią przeciwko wrogom Zachodu, bez względu na to, jak potężne są ich armie.
Kapitulacja przed Hamasem oznacza również zniweczenie wysiłków i osiągnięć setek mężczyzn i kobiet w mundurach, którzy polegli lub zostali ranni w ciągu ostatnich prawie dwóch lat. Nie powstrzymało to jednak trwającej histerii głośnej mniejszości, która jest zdecydowana zmusić Netanjahu do podjęcia właśnie takich działań.
Po niedzielnych zakłóceniach ruchu i pracy w całym kraju, w piątek wieczorem protestujący zablokowali drogi i zaparkowali przed rezydencją premiera w Jerozolimie, skandując hasło: „Netanjahu, opuść stół szabatowy i przejdź do stołu negocjacyjnego”.
Podobne demonstracje miały miejsce w Tel Awiwie na autostradzie Ayalon, gdzie podpalono symboliczny „stół szabatowy”, oraz na trasie nr 6 na północy kraju. Były to wydarzenia poprzedzające sobotnie wieczorne zgromadzenie na Placu Zakładników, gdzie w ten weekend uczestnicy oskarżyli ministra ds. strategicznych Rona Dermera o stojenie za twardym stanowiskiem Trumpa.
Jednak Netanjahu powiedział w czwartek, że polecił delegacji przygotować się do nowej rundy rozmów – prawdopodobnie w Doha lub Kairze – w sprawie uwolnienia wszystkich zakładników. Jest to przecież rzekomo celem protestujących, prawda?
Najwyraźniej nie.
Ponieważ jego oświadczenie zbiegło się w czasie z mobilizacją rezerwistów do zdobycia miasta Gaza – mądra taktyka kija i marchewki – niezadowolony tłum nie tylko nie został uspokojony, ale postanowił zorganizować kolejny „dzień gniewu” w najbliższy wtorek. Nie ma znaczenia, że ludziom będzie trudno, jeśli nie niemożliwe, dojechać do pracy lub gdziekolwiek indziej.
Nie jest to też tylko uciążliwość. W rzeczywistości nie przyczynia się to do zdobycia poparcia opinii publicznej, a raczej przekonuje Hamas, że Izrael jest na skraju upadku i że Netanjahu nie wytrzyma presji. Na szczęście jedyną rzeczą dalszą od prawdy jest podstępne twierdzenie, że on lub jakikolwiek inny Izraelczyk jest obojętny na cierpienie i los zakładników.
Kategorie: Uncategorized

