
Chcesz być szczęśliwy? Zrób z siebie idiotę. Albo boga. A jeśli nie umiesz, to sobie daruj. Nie ty pierwszy i nie ostatni umrzesz, nie będąc szczęśliwym.
Powiedział głupi w sercu swoim „Jestem szczęśliwy”. Twarz jego rozpromienił uśmiech zidiociałego anioła, po czym umarł. Ciekawe, że zawsze za najszczęśliwszych uważano idiotów oraz bogów. Idioci nie wiedzą, jak strasznym miejscem jest świat, a bogowie nie umieją cierpieć. Chcesz być szczęśliwy? Zrób z siebie idiotę. Albo boga. A jeśli nie umiesz, to może już sobie daruj. Nie ty pierwszy i nie ostatni umrzesz, nie będąc szczęśliwym. Obyś tylko pozostał człowiekiem. A znacznie łatwiej nim być, trochę cierpiąc, niż w niewzruszonym zadowoleniu i samozadowoleniu zażywać życia, jak szczęsnego wywczasu. Tak w wielkim skrócie wygląda opinia współczesnych filozoficznych wywrotowców – głównie z Francji rodem – w przedmiocie felicytologii oraz pokrewnej jej angelologii. Albowiem oprócz bogów i idiotów o szczęśliwość podejrzewamy jeszcze anioły. Nie grzeszą, to i szczęśliwe. Za niebem nie tęsknią, bo już tam są. Tylko któż z nas chciałby być bezgrzeszny?
Tymczasem nasz rodak prof. Łukasz Kaczmarek z UAM został redaktorem naczelnym naukowego czasopisma felicytologicznego „Journal of Happiness Studies”. Gratulacje! Z tej niecodziennej okazji postanowiłem wtrącić swoje filozoficzne trzy grosze, albowiem filozofia ma wiele złych wieści dla poszukiwaczy szczęścia. I nie chodzi nawet o to, że przychodzi ono do tych, którzy wcale go nie poszukują. Chodzi o to, że – tak jak seks – nigdy nie spełnia obietnicy i nie jest tym, czym miało być. Albowiem nie do szczęścia jesteśmy zrodzeni i nie do sensu. Jak mówi klasyk, absurdem jest się urodzić i absurdem jest umrzeć. Szczęśliwi to głupcy, którzy o tym nie wiedzą.
No właśnie, szczęśliwy poczciwiec – Spodek, Sancho Pansa albo Lazzaro – któż chciałby nim być? A któż chciałby być greckim albo hinduskim mędrcem? Zresztą czy widział kto świętego eremitę albo lewitującego jogina? Nikt – i w tym właśnie jest problem, jaki po 23 stuleciach wciskania ludziom kitu odkryli filozofowie. To wszystko fikcja!
Fikcja grecko-hinduska podaje definicję szczęścia jako „ostatecznego dobra człowieka i celu jego wszelkich dążeń”. Tym samym można ogłosić, że wszyscy pragniemy szczęścia i do szczęścia dążymy. Tenże zabieg po taniości załatwia nam sprawę wszelkiej krytyki (do czasu jego zdemaskowania). A potem się mówi, że sprawa nie dotyczy samych przyjemności, lecz tego, jakim się jest. A właściwie, jakim się być powinno. I tu następuje apoteoza dwóch, trzech wzorców życiowych, dostępnych dla klas wyższych. Jeden to zagłębiony w siebie „kontemplator” – mędrzec, jogin, a nawet filozof. Drugi – roztropny i szlachetny doradca, autorytet służący społeczeństwu swoją mądrością i cnotą. Czasami załapie się jeszcze artysta – jako duch wolny i twórczy. Jeśli coś ich łączy, to ewentualnie równowaga psychiczna, opanowanie, a zwłaszcza wolność od wszelkich frustracji, złych bądź przesadnych namiętności oraz wszelkiego rodzaju uzależnień.
I tak to od niepamiętnych czasów filozofowie zarabiali na wmawianiu ludziom, że jak będą się uczyć i praktykować cnoty (pod ich kierunkiem), to będą szczęśliwi. Zamiast uczyć, jak być nieszczęśliwym, a więc rzeczy pożytecznej dla każdego, uczyli ich, jak być szczęśliwym, czyli szukania gruszek na wierzbie. Posunęli się nawet do bezczelnego wmawiania prostaczkom, że cnota niechybnie i samorzutnie prowadzi do szczęścia – jeśli nie w tym, to w tamtym życiu. I do dziś wielu ludziom się wydaje, że powinności moralne wynikają z imperatywu pomnażania szczęśliwości. Jakaż to hucpa! I jaka trywialna!
Cała ta manipulacja koncentruje się na propagowaniu przesądu, że ludzie mądrzy i szlachetni są szczęśliwi, gdyż najpełniej realizują ludzką naturę. Tyle że to bzdura i mrzonka, a nawet gorzej: kłamstwo. Ideał szczęścia – życia spełnionego, przechodzącego w stan zbawczy – sam w sobie jest głęboko neurotyczny, będąc odpowiedzią infantylnej wyobraźni na doświadczenie narcystycznego i diabolicznego przymusu powtarzania czynności przynoszących chwilową rozkosz. Brak możliwości jej utrwalenia – dziś byśmy powiedzieli: utrzymania wysokiego poziomu endorfin – skrystalizował się w micie o szczęśliwcu, którego potrzeby są ograniczone, a nastrój zawsze pogodny.
Naprawdę wszystko jest na odwrót. Szczęście nie przychodzi do tych, którzy go szukają, ani do tych, którzy go nie szukają. Człowiek wolny od poważnych chorób i kłopotów, a jednocześnie mający w miarę zdrową i zrównoważoną osobowość oraz elementarną samowiedzę, generalnie czuje się przez większość dnia dobrze. Jego nastrój jest w miarę stabilny, oscylując wokół umiarkowanego komfortu, przerywanego od czasu do czasu większym stresem, po którym jednakowoż szybko wraca do normy. Nie ma tu miejsca na żadną filozofię. Filozofia zaczyna się od zauważenia, że wszelka niepospolitość i wszelkie poważniejsze zaangażowanie w coś więcej niż własne przyjemności i interesy dużo kosztują. Mądry martwi się i troska. Dobry się naraża. Spokojny bierze na siebie sprawy targanych niepokojem. Tacy nie zawracają sobie głowy szczęściem.
Kategorie: Uncategorized

