
Tekst Katarzyna Żmuda-Bryl:
„Kilka tygodni temu miałam dyskusję na Facebooku z jedną z najbardziej znanych postaci polskiej kultury – kimś, kto dla wielu osób o poglądach lewicowych pozostaje niekwestionowanym autorytetem moralnym. Usłyszałam wtedy słowa, które dobrze streszczają dominującą narrację w Europie: że tacy przyjaciele Izraela jak ja – ci, którzy starają się obnażać manipulacje i kłamstwa na temat tego państwa – „bardziej szkodzą niż pomagają”. Zdaniem tej osoby Izrael traci dziś sojuszników w Europie z powodu polityki premiera Netanjahu, a mnie powiedziano, że broniąc Izraela tak naprawdę bronię właśnie jego – co jest złe i szkodliwe.
Odpowiedziałam wtedy, że Izraelowi najbardziej szkodzą nie ci, którzy próbują bronić prawdy, ale ci, którzy kłamią na jego temat albo świadomie te kłamstwa rozpowszechniają. Bo to nie krytyka manipulacji niszczy reputację Izraela – niszczą ją same manipulacje. Z tej rozmowy narodziło się pytanie, które warto postawić szerzej: czy Europa kiedykolwiek była prawdziwym sojusznikiem Izraela?
Historyk Goetz Aly w książce „Europa gegen die Juden 1880–1945 „(„Europa przeciwko Żydom 1880-1945”)pokazuje, że Zagłada nie była tylko niemieckim projektem. To była europejska rzeczywistość przygotowana przez dekady nienawiści, zazdrości i wykluczenia. Aly pisze: „Nienawiść wobec Żydów nie spadła na Europę jak błyskawica w 1933 roku. Była osadzona w strukturach społecznych, politycznych i gospodarczych kontynentu od pokoleń.” Antysemityzm był obecny w całej Europie: w latach 1880–1914 narastały ruchy polityczne przeciw Żydom we Francji, Niemczech, Austrii czy Rosji; w czasie I wojny światowej kryzysy gospodarcze podsycały narrację o „żydowskich spekulantach”; w latach 20. i 30. wprowadzano regulacje wykluczające Żydów z edukacji i wielu zawodów – nie tylko w Niemczech, ale też w Polsce, Rumunii czy na Węgrzech. Gdy III Rzesza przystąpiła do Zagłady, zaskakująco wiele państw współpracowało: Francja Vichy, Słowacja, Węgry, Rumunia, Chorwacja, a na ziemiach okupowanych część ludności brała udział w grabieży i denuncjacjach. Aly podkreśla: „Holocaust był możliwy, bo europejski antysemityzm stał się normą społeczną, a nie wyjątkiem niemieckiej polityki.” Już w tym momencie widać jasno: Europa nigdy nie była przyjacielem Żydów.
Po 1945 roku Europa Zachodnia chętnie deklarowała „odpowiedzialność za Holocaust”. Ale w praktyce wyglądało to inaczej. W głosowaniu ONZ nad podziałem Palestyny w 1947 roku państwa europejskie zachowywały ostrożność, a Wielka Brytania, jako mandatariusz, wręcz blokowała żydowską emigrację do Palestyny. W czasie kryzysu sueskiego w 1956 roku Francja chwilowo sprzymierzyła się z Izraelem, ale po wojnie algierskiej de Gaulle zwrócił się ku światu arabskiemu. W latach 60. Europa dystansowała się od Izraela, traktując go jako problem USA i przeszkodę w relacjach z arabskimi eksporterami ropy. Było to poparcie doraźne i interesowne, nigdy bezwarunkowe.
Po wojnie sześciodniowej w 1967 roku Francja i Europa Zachodnia przyjęły arabską interpretację rezolucji 242 – pełnego wycofania Izraela z terytoriów. To był język interesu, nie solidarności. Sam de Gaulle mówił wtedy o Żydach jako „peuple d’élite, sûr de lui et dominateur” – „ludzie elitarni, pewni siebie i dominujący”. Trudno nie słyszeć tu echa XIX-wiecznego antysemityzmu.
W latach 70. i 80. Europa coraz częściej legitymizowała palestyńskie roszczenia i karała Izrael. W 1974 roku wsparto rezolucję ONZ uznającą OWP za jedynego reprezentanta Palestyńczyków, a w 1975 roku – rezolucję zrównującą syjonizm z rasizmem. W 1980 roku przyjęto rezolucję nakazującą przeniesienie ambasad z Jerozolimy, co większość państw europejskich posłusznie uczyniła. To były gesty nie sojusznika, lecz kogoś, kto chciał przypodobać się światu arabskiego rynku i ropy.
Po porozumieniach z Oslo w 1993 roku Europa przejęła rolę głównego sponsora Autonomii Palestyńskiej. Setki milionów euro płynęły do skorumpowanych struktur, które jednocześnie finansowały kult „męczenników”. Europa hojnie wspierała projekt „Palestyna”, ale nie zmuszała palestyńskich przywódców do realnych negocjacji pokojowych.
Dziś widać jeszcze jeden paradoks. Europa – a zwłaszcza polska lewica – chętnie mówi o „pamięci o Shoah” i „moralnym obowiązku wobec Żydów”. Jednocześnie ci sami ludzie stają dziś w obronie Palestyńczyków, wśród których większość otwarcie odmawia Żydom prawa do własnego państwa. Taką narrację słyszymy od Palestyńczyków z Autonomii, Gazy czy diaspory – opiera się ona na przekonaniu, że wszyscy Żydzi w Izraelu „przyjechali po wojnie” i są kolonizatorami. A skoro tak, to – jak twierdzą – powinni wrócić „tam, skąd przyszli”: także do krajów Europy Wschodniej, w tym do Polski, która przecież przed wojną ich nie chciała i w czasie Zagłady nie uchroniła się przed współudziałem części społeczeństwa. W efekcie polska lewica na jednym oddechu upamiętnia ofiary Shoah i wspiera narrację, która w praktyce sprowadza się do jednego: „Żydów w Palestynie nie powinno być – ich miejsce jest z powrotem tutaj”, w krajach, które przez stulecia ich prześladowały.
Lewica od lat wmawia sobie, że celem rozwiązania konfliktu izraelsko-palestyńskiego powinno być stworzenie dwóch państw. Problem w tym, że fakty historyczne pokazują coś innego — że przywódcy palestyńscy nigdy realnie nie zaakceptowali takiego rozwiązania, stawiając wymazanie Izraela z mapy ponad kompromis. W 1947 roku państwa arabskie i przywódcy arabscy odrzucili rezolucję Zgromadzenia Ogólnego ONZ nr 181 (tzw. Plan Podziału), który przewidywał powstanie dwóch państw – żydowskiego i arabskiego. Zamiast tego już następnego dnia rozpoczęła się wojna przeciwko nowo proklamowanemu państwu Izrael. W 1967 roku, po wojnie sześciodniowej, Liga Arabska na szczycie w Chartumie ogłosiła słynne „trzy NIE”: „nie” dla pokoju z Izraelem, „nie” dla uznania Izraela, „nie” dla negocjacji z Izraelem. W kolejnych dekadach Jasir Arafat i jego następcy wielokrotnie odrzucali propozycje podziału i współistnienia, m.in. ofertę Camp David w 2000 roku, która dawała Palestyńczykom niemal cały Zachodni Brzeg i Gazę wraz ze stolicą we Wschodniej Jerozolimie. To nie są marginalne epizody. To dowód, że tzw. „rozwiązanie dwupaństwowe” funkcjonuje głównie jako hasło w debacie zachodniej, a nie jako realny cel palestyńskich przywódców.
Atak Hamasu z 7 października 2023 r. był dla wielu Izraelczyków punktem, w którym idea dwóch państw stała się nie do przyjęcia. Według badania przeprowadzonego w maju 2024 r. przez Council for a Secure America (CSA), aż 65% izraelskich Żydów sprzeciwia się dziś rozwiązaniu dwupaństwowemu – przy czym 44% z nich zmieniło zdanie właśnie po 7 października.
Paradoks lewicowej wrażliwości widać jeszcze wyraźniej, gdy zestawimy dwie współczesne wojny. W przypadku Ukrainy moralna mapa jest prosta: Rosja to imperialny agresor, Ukraina – niewinna ofiara. To pasuje do polskiej historii i narodowej pamięci: Polacy sami czują się ofiarami rosyjskiego imperializmu. W przypadku Izraela i Palestyny schemat się komplikuje. Izrael przedstawiany jest jako kolonizator, agresor, państwo apartheidu, a Palestyńczycy jako ofiary kolonializmu i symbol oporu. Problem w tym, że masakry 7 października 2023 r. czy rakiety Hamasu burzą ten schemat. Palestyńczycy mogą być ofiarami opresji i sprawcami terroru. Lewica nie umie tego udźwignąć. Część wycofuje się w pusty pacyfizm („obie strony winne”), część podwaja narrację kolonialną („Palestyńczycy mają prawo reagować, więc wszystko usprawiedliwione”). W obu wypadkach rozróżnienie między agresorem i ofiarą zanika.
W obliczu wojny w Gazie część autorytetów ucieka w absolutny pacyfizm: „wojna jest złem, więc każda strona jest zła”. Na pierwszy rzut oka brzmi to jak szlachetne stanowisko, ale w istocie bywa postawą nieludzką. Odrzuca realia – wojna faktycznie jest złem, ale nie każda wojna jest identyczna. Stawianie znaku równości między agresorem a ofiarą usuwa z pola widzenia asymetrię odpowiedzialności. To moralna wygoda – ktoś, kto mówi „potępiam każdą wojnę”, ustawia się ponad sporem. Zachowuje czyste ręce, ale kosztem odczłowieczenia tych, którzy muszą walczyć, by przeżyć. To także zimna dehumanizacja – ofiara agresji, jeśli stawia opór, przestaje być „niewinną ofiarą” i staje się współwinną „uczestniczką wojny”.
Co gorsza, z ust tzw. autorytetów – ludzi znanych, osadzonych na szczycie szklanej góry, przekonanych o swojej absolutnej wyższości moralnej – brzmi to jak oskarżenie pod adresem zwykłych ludzi. Ci, którzy naprawdę próbują zrozumieć konflikt, bronić prawdy czy choćby stanąć po stronie faktów, zaczynają się wycofywać. Zamiast odwagi pojawia się wstyd, poczucie winy, myślenie o sobie źle. A przecież ta cała moralna poza „autorytetów” niczego nie zmienia w sytuacji dzieci z Gazy ani w losie cywilów po obu stronach. To tylko podtrzymuje złudzenie własnej doskonałości – kosztem tych, którzy odważyli się mówić głośno.
Czy Europa była kiedykolwiek prawdziwym sojusznikiem Izraela? Przed 1945 rokiem była kontynentem, który odrzucał i prześladował Żydów. Po 1945 deklarowała odpowiedzialność, ale w praktyce kierowała się interesami: ropą, rynkiem arabskim, równowagą wobec USA. Dziś powtarza język ONZ i NGO, którego źródła sięgają Moskwy lat 70. i ideologii postkolonialnej. Europa nigdy nie była prawdziwym sojusznikiem Izraela. Była co najwyżej sponsorem Palestyńczykow, biernym obserwatorem, surowym krytykiem – ale nigdy partnerem bezpieczeństwa. A polska lewica, zasłaniając się pamięcią o Shoah, de facto staje w tym samym szeregu co ci, którzy odmawiają Żydom prawa do własnego państwa.
FB
Kategorie: Uncategorized


Islam jest karą Europy za antysemityzm bo Europejczycy sami niczego siẹ nie nauczą . Życie pod zarządem islamistów jest karą okrutną.Ato Europẹ czeka.