Uncategorized

Netanjahu mówi „nie”: Izrael nie zaakceptuje państwa palestyńskiego

Ania Grabowska (Goldschmid)

Słowa premiera Benjamina Netanjahu, że „nie będzie państwa palestyńskiego na zachód od Jordanu”, odbiły się szerokim echem na całym świecie. Jedni określają je jako kontrowersyjne i konfrontacyjne, inni, jako głos rozsądku w obliczu presji międzynarodowej i rosnącego chaosu na Bliskim Wschodzie. Trzeba jednak przyznać jedno: ta decyzja, choć twarda, jest zrozumiała i w pełni racjonalna z punktu widzenia bezpieczeństwa Izraela.

W teorii idea państwa palestyńskiego ma budzić nadzieję na rozwiązanie wieloletniego konfliktu. W praktyce jednak, w obecnych realiach, oznaczałaby wyłącznie zwycięstwo Hamasu i jego sojuszników. Od 7 października 2023 roku Hamas nie pozostawia złudzeń co do swoich celów: eksterminacja Izraela i kontynuacja terroryzmu. Organizacja, która dokonała najokrutniejszej masakry Żydów od czasów Zagłady, nie stanie się nagle partnerem do rozmów tylko dlatego, że świat zachodni przyzna jej polityczną nagrodę w postaci „uznania państwowości”.

Co więcej, palestyńska scena polityczna jest głęboko podzielona. Autonomia Palestyńska w Ramallah traci resztki autorytetu, a Hamas kontroluje Gazę. Nie ma realnej struktury zdolnej do zbudowania stabilnego i pokojowego państwa. Tworzenie takiej fikcji w obecnych warunkach to jak zapraszanie ognia do domu, bez gwarancji, że nie spali całego regionu.

Izrael przez dekady próbował różnych form dialogu: od Oslo, przez Camp David, po plan wycofania się z Gazy. Za każdym razem ustępstwa kończyły się kolejną falą przemocy i zamachów. Wycofanie się z Gazy w 2005 roku miało otworzyć drogę do pokojowego współistnienia, zamiast tego przyniosło rakiety Kassam, tunele terrorystyczne i rządy Hamasu.

Dlaczego więc Izrael miałby ponownie popełniać ten sam błąd, tym razem w sercu swojej historycznej ziemi, tuż obok Tel Awiwu czy Jerozolimy? Netanjahu wyznaczył jasną linię: bezpieczeństwo izraelskich dzieci i przyszłych pokoleń nie może być przedmiotem międzynarodowych eksperymentów.

Waszyngton, Bruksela czy Paryż mogą naciskać na Tel Awiw, aby uznał państwo palestyńskie. Ale to nie oni będą żyć w cieniu rakiet. To nie oni będą musieli chować swoje dzieci w schronach. Decyzje podejmowane w imię politycznych symboli, gestów czy medialnych triumfów nie mają żadnego przełożenia na codzienną egzystencję ludzi na miejscu.

W tym kontekście niezwykle trafnie brzmi ostrzeżenie jednego z komentujących na francusko-żydowskim forum:

– „trzeba będzie uznać fakt, że państwa, które uznały państwowość palestyńską, nie będą już postrzegane przez Izrael jako neutralni mediatorzy. W związku z tym ich wpływ na toczące się procesy ulegnie osłabieniu.”

Krótko mówiąc: każde państwo, które dziś decyduje się na jednostronne uznanie Palestyny, samo ogranicza swoją rolę w przyszłych negocjacjach.

Czy ktoś może się dziwić, że premier Izraela stawia w tym miejscu twardą granicę? W rzeczywistości każdy odpowiedzialny przywódca, mając za sobą historię pogromów, Holocaustu, intifady i masakry 7 października, musiałby dojść do tego samego wniosku.

I nie dotyczy to tylko Izraela. Gdyby którykolwiek mąż stanu w Europie – czy to prezydent Francji, Niemiec, Polski, czy premier Włoch – znalazł się w identycznej sytuacji, decyzja byłaby taka sama. Żaden europejski przywódca nie ryzykowałby bezpieczeństwa swoich obywateli, kierując się apelami międzynarodowych organizacji, hasłami z marszów ulicznych czy groźbami kolejnych flotylli.

W obliczu realnego zagrożenia każdy polityk, który naprawdę bierze odpowiedzialność za swój naród, podejmie decyzję identyczną jak Netanjahu: nie odda pola terrorowi, nie zalegalizuje chaosu i nie zgodzi się na powstanie quasi-państwa, które od pierwszego dnia byłoby bazą dla dalszej agresji.

Uznanie państwowości palestyńskiej w dzisiejszej formie nie byłoby krokiem ku pokojowi, ale wręcz przeciwnie, krokiem ku pogłębieniu chaosu. To Hamas, Hezbollah i Teheran otworzyliby szampana, a zwykli Palestyńczycy nadal pozostawaliby zakładnikami terrorystów.

Netanjahu wybrał więc drogę trudną, ale konieczną: ochronę przyszłości swojego narodu ponad złudzeniami. Historia nauczyła Izraelczyków, że zawieszenia broni z niewyplenionym wrogiem kończą się tylko kolejną wojną. Tym razem premier mówi jasno: nie będzie powtórki z Oslo, ani powtórki z Gazy.

I w tym punkcie Izrael nie różni się od żadnego innego państwa, bo każdy odpowiedzialny rząd, w obliczu podobnego zagrożenia, podjąłby dokładnie taką samą decyzję.

FB

Kategorie: Uncategorized

2 odpowiedzi »

  1. ”Od 7 października 2023 roku Hamas nie pozostawia złudzeń co do swoich celów”
    Uważam, że cele Hamasu były jednakowe przed i po 07.10.2023, a za rozmiar katastrofy 7 października odpowiedzialny jest rząd z premierem Netanjahu na czele. I nie rozumiem dlaczego ten, jak go tu nazywają ”wielki mąż stanu”, nie podał się do dymisji jeszcze w tym samym miesiącu.
    Jeżeli w Izraelu faktycznie nie ma innego kandydata na odpowiedniego przywódcę, który poprowadziłby Izrael do ostatecznego zwycięstwa nad jego wrogami takimi. jak Iran, Turcja, Jemen itd., to taka dymisja na pewno nie byłaby przyjęta.
    Jerzy Holcman

  2. Swietny artykuł. Podziękowania dla autorki.

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.