
Anna Grabowska
Kiedy premier Izraela Benjamin Netanjahu zabierał dzisiaj głos na forum Zgromadzenia Ogólnego ONZ, mogliście Państwo zobaczyć jak dziesiątki delegacji opuszczały salę. Według nich miał to być spektakularny akt protestu, manifestacja ich sprzeciwu wobec izraelskiej polityki i wojny w Gazie. W mojej ocenie stało się jednak coś zupełnie innego: po raz kolejny ONZ udowodniło, że woli spektakl od powagi instytucji międzynarodowej.
Nie należę do zwolenników Netanjahu, ani, mówiąc szerzej, nie jestem dziś zwolenniczką żadnego przywódcy na świecie. Takie jest moje prawo: mogę kogoś postrzegać pozytywnie lub nie, niezależnie od politycznej mody czy nacisków opinii publicznej. Uważam politykę za najtrudniejsze zajęcie na świecie, gdzie niestety zbyt często górę bierze korupcja, propaganda i brutalna gra interesów. Ale w takiej sytuacji, w miejscu, które ma być najbardziej prestiżowym forum dyplomacji na świecie, zachowanie polegające na odwróceniu się plecami, wzajemnym filmowaniu się telefonami wygląda po prostu na infantylizm. Może się mylę. A może nie.
Netanjahu powiedział rzeczy, które niezależnie od oceny, trzeba było usłyszeć. Wezwał Hamas do natychmiastowego złożenia broni i uwolnienia zakładników, mówiąc:
– „Nie zapomnieliśmy was nawet na sekundę, nie spoczniemy, dopóki was nie sprowadzimy do domu”. Podkreślał, że Izrael nie prowadzi ludobójstwa, bo ostrzegał cywilów milionami ulotek i wiadomości przed atakami. Ostro skrytykował państwa, które uznały Palestynę za państwo, nazywając to szaleństwem i dodając, że taki krok wysyła sygnał, że zabijanie Żydów się opłaca. Posłużył się także mapami i planszami ilustrującymi zagrożenia ze strony Iranu, Hamasu i Hezbollahu, a na marynarce miał przypięty QR-kod, który prowadził do materiałów o 7 października. Mówił też o konieczności powstrzymania Iranu i przywrócenia sankcji, ostrzegając wszystkich – czyli niewielu – przed jego nuklearnymi ambicjami.
Czy ktoś musi się z nim zgadzać? Nie. Ale wysłuchać, tak. Bo tylko wtedy można odpowiedzieć argumentami, a nie pustymi gestami. Może się mylę. A może nie.
Przedstawię Państwu pewien przykład dla kontrastu. Na tym samym forum ONZ przemawiał prezydent Indonezji, lider najludniejszego muzułmańskiego kraju świata. Zakończył swoje wystąpienie słowem „Shalom”, mówiąc, że bezpieczeństwo Izraela jest warunkiem pokoju. Zadeklarował gotowość Indonezji do uznania Izraela, jeśli wcześniej uznane zostanie państwo palestyńskie, co ma dodatkowe znaczenie, bo do dziś około 28 państw członkowskich ONZ nie uznało jeszcze państwowości Izraela. To był dla mnie głos rozsądku i próba budowania mostu, a nie łatwa ucieczka w demonstracyjne gesty. Czy się mylę? Być może tak. A może nie.
Można krytykować Izrael za skalę operacji wojskowych w Gazie, można mówić o cierpieniu ludności cywilnej, można domagać się przestrzegania prawa międzynarodowego. Można nawet stawiać tezy, że ktoś te wojnę poprowadziłby bez ofiar. Ale nie można rezygnować z wysłuchania jednej ze stron konfliktu, bo wtedy rezygnuje się z prawdy. Bo prawda rodzi się właśnie w sporze, w starciu narracji, w argumentach, które trzeba umieć obalić, a nie ignorować.
Może się mylę. A może nie.
Opuszczenie sali to gest łatwy, medialny, a przede wszystkim bardzo wygodny. Wygodniejszy niż żmudne budowanie kompromisu, piekielnie trudne rozmowy, próby znalezienia wspólnego języka. Wygodniejszy niż przyznanie, że konflikt izraelsko-palestyński jest dramatem obu narodów, a nie tylko jednej strony. Może się mylę. A może nie.
Jestem pewna, że świat nie potrzebuje dziś politycznych happeningów w salach ONZ, ani na ulicach. Świat potrzebuje powagi, odwagi, mądrości i odpowiedzialności. Tymczasem ci, którzy chcieli zaprezentować moralną wyższość, pokazali swoim zachowaniem jedynie własną słabość, brak gotowości do zmierzenia się z rzeczywistością. Może się mylę. A może nie.
Czy nie sądzą Państwo, że historia zapamięta ten obraz? Puste ławy Zgromadzenia Ogólnego tam, gdzie powinna być debata. Nie sądzę, że to symbol odwagi, prodze Państwa, myślę raczej, że jest to dowód na to, że ważniejsze dla wielu państw jest odegranie roli na scenie politycznej, niż prawdziwa troska o rozwiązanie jednego z najtrudniejszych konfliktów współczesnego świata.
Może się mylę. A może nie?
FB
Kategorie: Uncategorized


ONZ jest takie jak jego czlonkowie: Zgromadzenie Ogolne nie ma dużo do gadania, Rada Bezpieczeństwa skutecznie się blokuje. Jej członkowie odzwierciedlają sytuację z 45r. Francja i W. Brytania powinny się usunąć z tego forum ale nikt nie chce zrezygnować z tego prestiżu. Najważniejsze w ONZ jest to, że istnieje takie forum. Reszta jest bardziej niż dwuznaczna.
Głosowania w ONZ przypominają glosowania na Eurowizji – bardziej kumoterstwo niż śpiew i muzyka.
To Hamas napadł a Izrael a nie odwrotnie. I tu nie ma miejsca na …może się mylę.
Nie ma potrzeby zastrzegania się co do sympatii dla premiera Natanyahu bo, wbrew takiej sugestii, Hamas wraz ze swoimi zwolennikami nie kwestionuje wcale politycznej sytuacji w Izraelu jako takiej a sam fakt istnienia państwa żydowskiego na Bliskim Wschodzie. Tu pies pogrzebany. Hasło „Palestyna od rzeki do morza” ma właśnie takie a nie inne znaczenie. Islamiści i ich „użyteczni idioci” chcą usunąć Izrael z mapy bez względu na to jakie partię są u władzy. Krytycy Natanyahu nie bardzo mogą zasugerować, jakiej innej strategii powinien Izrael użyć wobec Hamasu i Strefy Gazy po barbarzyńskiej masakrze z 7-ego października 2023. Gdzie jest miejsce na kompromis kiedy twój wróg deklaruje chęć zamordowania?
”Może się mylę. A może nie?”
Pani Aniu, abstrahując od kokieteryjnej interpunkcji powyższej alternatywy nie może się Pani mylić przedstawiając swoje zdanie na jakikolwiek bądź temat. Poza tymi dwoma, wszystkie inne zdania tego tekstu są urocze. Brakuje mi tylko Pani zdania dlaczego tak się dzieje jak się dzieje. Dla mnie jest to dotychczasowy wynik walki cywilizacji judeo-chrześcijańskiej z cywilizacją Islamu ze wskazaniem przyszłego zwycięzcy…
Może się mylę. A może nie?
Jerzy Holcman