Uncategorized

Hipokryzja

Anna Grabowska  (Goldschmid)

Świat od miesięcy żyje Gazą. Każdy atak, każda zniszczona szkoła czy szpital, każda konferencja prasowa rzecznika ONZ natychmiast trafia na czołówki gazet, do mediów społecznościowych, na ulice europejskich i amerykańskich miast. Gaza stała się symbolem cierpienia, ale także, i przede wszystkim, symbolem politycznym. Wydaje się, że los Palestyńczyków porusza sumienia tylko dlatego, że pozwala ustawić konflikt w prostym schemacie: Izrael kontra reszta świata, gdzie łatwo wskazać winnego, łatwo krzyczeć hasła, łatwo pozować na obrońcę uciśnionych. Tymczasem, jeśli spojrzymy chłodnym okiem na mapę współczesnych tragedii humanitarnych, zobaczymy rzecz, której zachodnia opinia publiczna zdaje się nie chcieć dostrzec: Gaza nie jest ani największym, ani jedynym piekłem na ziemi.

W Demokratycznej Republice Konga trwa konflikt, którego liczby przytłaczają i zawstydzają. Od lat 90. zginęło tam ponad sześć milionów ludzi. 6 000 000 ludzi to właśnie taka cyfra, jedna z największych hekatomb od zakończenia II wojny światowej. Ponad dwadzieścia siedem milionów osób potrzebuje dziś pomocy humanitarnej. Wschodnie prowincje kraju toną w przemocy, dzieci giną z głodu, całe wioski są palone i grabione przez setki lokalnych bojówek. Ale o Kongu świat mówi niewiele. Nie ma demonstracji w Paryżu ani Berlina, nie ma koncertów solidarnościowych, nie ma listów otwartych aktorów i piosenkarzy. Nie ma filmów z owacjami. Kongo nie daje bowiem ideologicznej satysfakcji, nie ma w nim Izraela, którego można by obwołać wiecznym winowajcą.

W Jemenie od lat rozgrywa się katastrofa humanitarna, którą sam ONZ nazywa jedną z najgorszych na świecie. Dziewiętnaście i pół miliona ludzi potrzebuje pomocy, siedemnaście milionów nie ma dostępu do podstawowej żywności, niemal połowa dzieci cierpi na ciężkie niedożywienie. Wojna domowa, blokady i interwencje regionalnych mocarstw zamieniły ten kraj w gruzowisko. Tam również giną dzieci, tam również matki błagają o mleko i wodę, tam również szpitale są pustymi skorupami. Ale czy ktoś na Zachodzie się tym przejmuje? Czy widzimy tłumy młodych idealistów, którzy blokują uniwersytety w imię jemenskich ofiar? Nie, bo Jemen nie pasuje do narracji o opresyjnym Izraelu i uciskanych Palestyńczykach.

Sudan to kolejny przykład. Od 2023 roku trwa tam wojna między frakcjami wojskowymi, która wypędziła z domów ponad osiem milionów ludzi. Etiopia przeżyła niedawno wojnę w Tigraju, gdzie setki tysięcy osób zginęły z głodu i przemocy. Syria od ponad dekady jest areną krwawego konfliktu, który pochłonął setki tysięcy istnień i zmusił miliony do emigracji. Lista mogłaby być jeszcze dłuższa, ale żadna z tych tragedii nie rozpala wyobraźni opinii publicznej w taki sposób jak Gaza.

Hipokryzja współczesnego humanitaryzmu. Nie chodzi o to, by umniejszać cierpieniu Palestyńczyków, ono jest realne, tragiczne i zasługuje na uwagę. Ale dlaczego cierpienie jednych ludzi staje się modne, a cierpienie innych pozostaje niewidzialne? Dlaczego zachodnie elity kulturalne podpisują listy w obronie Gazy, a nie w obronie Konga czy Jemenu? Dlaczego transparent „Free Palestine” jest czymś oczywistym na ulicach wielkich miast, a transparent „Save Congo” albo „Stop Hunger in Yemen” właściwie nie istnieje?

Odpowiedź jest prosta. I bolesna: Gaza jest wygodna. To konflikt, w którym łatwo wskazać stronę, którą można obarczyć odpowiedzialnością i uczynić symbolem zła absolutnego. To konflikt, który pozwala uderzyć w Izrael, a przy okazji w Stany Zjednoczone i szerzej w Zachód. W tym sensie cierpienie Palestyńczyków staje się politycznym narzędziem, modą, tematem, transparentem dzięki któremu można zbudować własną pozycję w debacie publicznej. Dziecko z Gazy staje się ikoną. Dziecko z Konga czy Jemenu jest tylko anonimową liczbą w suchym raporcie ONZ. Prawdziwy humanizm nie wybiera ofiar według tego, kto je zabija i jaką rolę pełnią w globalnej grze politycznej. Prawdziwy humanizm nie interesuje się modą ani ideologią, ale każdym człowiekiem, który cierpi. Tymczasem dzisiejsze oburzenie jest wybiórcze. Gaza zasługuje na uwagę, ale dokładnie tak samo zasługują na nią Kongo, Jemen, Sudan, Syria, Etiopia i dziesiątki innych miejsc, gdzie giną ludzie, których nikt nie widzi i nikt nie nakarmi. W przeciwnym razie przestajemy mówić o solidarności, a zaczynamy mówić o cynicznym teatrze.

Jeśli świat naprawdę chciałby być sprawiedliwy, transparenty na ulicach nie dotyczyłyby tylko jednego konfliktu. Ale do tego potrzebna jest odwaga intelektualna i moralna, a nie modne i ideologiczne hasła. Na razie pozostaje nam patrzeć, jak cierpienie jednych staje się politycznym show, a cierpienie innych, zapomnianą statystyką. I to jest właśnie największa porażka współczesnego humanitaryzmu.

FB

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.