Uncategorized

Mit państwa dwunarodowego: jak piękne hasła służą złym celom


Katarzyna Zmuda -Bryl

Wydawałoby się, że po podpisaniu porozumienia o zawieszeniu ognia w Gazie świat odetchnie z ulgą. Że ci, którzy przez miesiące maszerowali w obronie Palestyńczyków, uznają, że ich protesty miały sens – że troska o dzieci w Gazie i sprzeciw wobec wojny nie były daremne. Nic bardziej błędnego.

Kto uważnie śledził propalestyńskie demonstracje, ten wiedział, że to nie był protest przeciwko wojnie, lecz kolejny etap ideologicznej kampanii. Wojna była tylko pretekstem – prawdziwym celem było utrwalenie przekazu, w którym Izrael znów staje się symbolem zła, a Palestyna – uniwersalną niewinnością. Zanim padł pierwszy strzał, rozpisano już narrację, w której wynik był znany z góry.

Cierpienie Gazy stało się narzędziem politycznego szantażu. Hasła o pokoju i empatii zostały zastąpione językiem nienawiści i delegitymizacji. Młodzi uczestnicy marszów naprawdę wierzyli, że biorą udział w wielkim humanitarnym zrywie – że stoją po stronie dobra. Nie wiedzieli, że powtarzają slogany napisane nie w Gazie, lecz w gabinetach ideologów. Ich emocje były autentyczne. Ich intencje – szczere. Ale ich głosy stały się częścią kampanii, która nie miała nic wspólnego z pokojem.

Jak zauważył Ahmed Fouad Alkhatib, Palestyńczyk żyjący w diasporze, w jednym ze swoich wpisów na platformie X (2024):

„Cierpienie w Gazie stało się koniem trojańskim, przez który ich fantazje o eliminacji państwa Izrael zostały wprowadzone do obiegu jako rzekome ‘pro-palestyńskie’ poglądy.”

W tym samym wpisie Alkhatib pisał, że ludzie ci „pogardzają Zachodem, nienawidzą wolności i ubierają swoje ideologiczne marzenia w język empatii.”

To głos kogoś, kto zna ten świat od środka. Nie mówi językiem propagandy, lecz doświadczenia. Widzi, że współczesny ruch solidarności z Palestyną stał się projektem nienawiści, a nie wyzwolenia. I ostrzega tych, którzy dali się nabrać – że ich współczucie stało się walutą w cudzej wojnie ideologicznej.

Francesca Albanese, sprawozdawczyni ONZ ds. praw człowieka na terytoriach palestyńskich, powiedziała w Genewie:

„Nawet jeśli nie spadną już bomby, nawet jeśli nie padną kolejne kule, ludobójstwo będzie trwać.”

Samo użycie słowa „ludobójstwo” nie jest tylko kontrowersją semantyczną – to polityczny akt o ogromnym ciężarze. Kiedy przedstawicielka ONZ mówi o „ludobójstwie, które trwa nawet bez kul”, przestaje opisywać rzeczywistość, a zaczyna tworzyć narrację, w której Izrael staje się figurą absolutnego zła. To już nie analiza, lecz językowy wyrok, z którego nie ma odwołania.

Hasło „wolna Palestyna” brzmi moralnie czysto, niemal poetycko. Ale za tą wzniosłością kryje się brutalna prawda: „wolna Palestyna” nie oznacza Palestyny obok Izraela – lecz Palestynę zamiast Izraela. Tak właśnie definiują ją aktywiści ruchu BDS (Boycott, Divestment and Sanctions). Ich celem nie jest współistnienie, lecz zastąpienie państwa żydowskiego „państwem wszystkich obywateli”, w którym żydowska większość przestałaby istnieć po pierwszych wyborach. Pod hasłem równości kryje się projekt politycznej likwidacji Izraela w białych rękawiczkach.

Dlatego porównania do RPA i apartheidu są intelektualnie puste i historycznie nieuczciwe. W Republice Południowej Afryki istniało jedno państwo, w którym czarna większość była dyskryminowana przez białą mniejszość – ale obie strony uznawały istnienie tego samego państwa. Nikt nie kwestionował jego prawa do bytu. W przypadku Izraela to prawo jest punktem sporu. Dla Hamasu, Fatahu i Islamskiego Dżihadu nie chodzi o równość, lecz o unicestwienie.

Izrael nie jest państwem apartheidu. Arabska mniejszość ma prawa wyborcze, własne szkoły, media i reprezentację w Knesecie. Nie ma osobnych plaż, szkół ani urzędów. Jeśli więc słowo „apartheid” ma tu pasować, to tylko w świecie, w którym każde państwo narodowe byłoby z definicji winne. To pokazuje moralne bankructwo tej narracji: słowa, które kiedyś opisywały realny system przemocy, dziś służą jako polityczna etykieta, moralny stempel, mający unieważnić prawo Żydów do własnego państwa.

Jak zauważył Benjamin Pogrund, południowoafrykański dziennikarz, który sam walczył z apartheidem:

„Używanie tego słowa wobec Izraela nie pomaga Palestyńczykom – pomaga tylko tym, którzy chcą zniszczyć Izrael.”

Źródłem tej narracji nie jest Palestyna, lecz Bractwo Muzułmańskie, z którego wywodzi się Hamas. Jak opisał Lorenzo Vidino w The New Muslim Brotherhood in the West, od lat 80. islamiści zrozumieli, że Zachód nie reaguje na argumenty religijne – tylko na moralne. Zmienili więc język. „Dżihad” stał się „oporem”, „szariat” – „sprawiedliwością społeczną”. Religijne pojęcia weszły do świata NGO-sów, uniwersytetów i mediów. Islamizm nie zniknął – nauczył się mówić po europejsku.

Narracja o „okupacji”, „wolnej Palestynie” i „apartheidzie”, która przez lata krążyła po korytarzach uniwersytetów i salach NGO-sów, dziś wyszła na ulice. To największe zwycięstwo Bractwa Muzułmańskiego: jego język, przebrany w moralny kostium, stał się językiem protestów młodych, aktywistów i artystów. Ci, którzy krzyczą o opresji i wolności, nieświadomie służą strategii ruchu, który instrumentalnie wykorzystuje zachodnie pojęcia, by zniszczyć zachodnie wartości.

Ten proces nie ominął także Polski. Warszawa, na tym tle, jest wręcz przykładem szczególnej groteski. Poseł Franciszek Sterczewski, dziennikarka Patrycja Wieczorkiewicz, w towarzystwie wykładowczyń akademickich, reżyserów i poetów, powtarzają dziś hasła o „wolnej Palestynie”, „końcu okupacji” i „końcu apartheidu”, nie mając pojęcia ani o czym mówią, ani czyją stają się tubą propagandową. Z moralnym uniesieniem wpisują się w kampanię, która dawno nie ma nic wspólnego z prawami człowieka, a wszystko z delegitymizacją Izraela i importem języka nienawiści pod pozorem empatii. To obraz prowincjonalnej potrzeby uczestnictwa w globalnym rytuale cnoty – z dala od realnej wiedzy o tym, co i komu służy.

Brytyjsko-amerykański historyk Tony Judt w głośnym eseju Israel: The Alternative wzywał, by Izrael „zrezygnował z etnicznego nacjonalizmu” i stał się „państwem wszystkich obywateli”. Nie był wrogiem Izraela – przeciwnie, uważał, że w ten sposób go „uratował”. Ale uratować Izrael przez odebranie mu tożsamości to jak leczyć człowieka przez amputację serca. To, co dla Judta było moralnym projektem naprawy, dla Hamasu było planem demontażu Izraela od środka. Jak celnie ujął izraelski eseista Yossi Klein Halevi:

„Tony Judt zaproponował Izraelowi humanitarną eutanazję – spokojne rozwiązanie, które kończy życie, by uniknąć bólu.”

Judt stał się symbolem zachodniej ślepoty: moralność zastąpiła mu politykę, a współczucie – analizę. Nie dostrzegł, że jego język został już przejęty przez tych, którzy słów używają nie po to, by rozumieć, ale by rozmontowywać. Dzisiejsze elity akademickie i medialne powtarzają jego błąd — myląc demontaż tożsamości z moralnym postępem.

Izrael mówi językiem historii, ale Zachód słyszy w nim teologię. Kiedy Izraelczycy mówią o swoich korzeniach w Jerozolimie, o świątyni, archeologii, pismach i monetach – mówią językiem historii i kultury. Chcą pokazać, że ich obecność w tej ziemi nie jest epizodem ani politycznym przypadkiem, lecz ciągłością pamięci i cywilizacji. Paradoksem jest to, że Izrael jako jedyne państwo na świecie musi wciąż udowadniać swoje prawo do istnienia – i to w miejscu, z którego się wywodzi.

Kiedy odwołuje się do historii, do odkryć, do własnej pamięci – słyszy z Zachodu drwinę. Najczęściej w ustach kogoś, kto sam uważa się za wysublimowanego poetę czy intelektualistę:

„Oj, bozia ziemię dała.”

W tych słowach nie ma niewinnego żartu – jest pogarda człowieka, który utracił swoje korzenie i nie może znieść, że ktoś inny je zachował. Może też jest w tym zazdrość: o to, że w świecie, który wszystko relatywizuje, ktoś jeszcze potrafi wierzyć w sens własnej historii.

A może to coś gorszego – instrumentalne traktowanie Izraela jako laboratorium dla zachodnich utopii. Izrael ma być dla liberalnych elit miejscem, gdzie testuje się „rozwiązania”, których same nie są już w stanie bronić, ale nie potrafią się do tego przyznać – multikulturowe eksperymenty, politykę tożsamości, model „państwa wszystkich obywateli”. Zachód patrzy więc na Izrael jak na preparat na szkiełku: tu można sprawdzić, czy ideały, które u siebie już zawiodły, przypadkiem nie zadziałają gdzie indziej.

Tymczasem zachodnie elity – w mediach, na uniwersytetach, w świecie sztuki i NGO – uczyniły z Binjamina Netanjahu wygodnego kozła ofiarnego. Nie dlatego, że odpowiada za ich wrogość wobec Izraela, lecz dlatego, że jest konserwatystą, którego łatwo nienawidzić. Łatwiej bowiem potępić jednego polityka niż zmierzyć się z prawdą, że problem nie leży w nim, tylko w samej strukturze ideologii, która od dawna potrzebuje Izraela jako moralnego wroga.

A przecież wiemy, jak się kończy, gdy utopię próbuje się wprowadzać w życie. Widzieliśmy to w komunizmie – systemie, który chciał zlikwidować narody, religie i historię w imię równości. Izrael jest jego odwrotnością: wspólnotą, która przetrwała właśnie dlatego, że nie wyrzekła się swoich korzeni.

Mit państwa dwunarodowego nie jest planem pokoju, lecz moralnym eksperymentem, który Zachód chce przeprowadzić cudzym kosztem, by odzyskać własne poczucie niewinności. To sposób, by uwierzyć, że każdą sprzeczność da się rozwiązać przez dobre intencje – nawet jeśli wymaga to od jednej strony rezygnacji z własnej tożsamości. Ale świat nie działa według logiki emocji. I w tym właśnie tkwi dramat tej utopii.

Wszystkie wpisy Katarzyny TUTAJ

Z FB

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.