Część III – Polityka, ton i chłód: Izrael a Polska

Izrael między prawem a instynktem
Nie piszę tego tekstu z pozycji żadnej partii ani ideologii. Potraktujcie mnie jak obserwatorkę. Nie chcę ani nikogo przekonywać, ani nikogo rozgrzeszać. Piszę z dystansu, ale nie z obojętności. Dystans pozwala widzieć proporcje, których nie widać, gdy emocje krzyczą głośniej niż fakty.
Jesień 2025 roku. Izrael próbuje odzyskać równowagę po serii dymisji, po wycieku z Sde Teiman, po miesiącach sądowych napięć. W mediach cichnie echo przesłuchań, ale świat – a szczególnie Europa – nie milknie. W Warszawie, Paryżu, Berlinie i Brukseli Izrael znów staje się ekranem, na którym każdy może wyświetlić własny moralny film. Bo gdy w Izraelu wciąż analizuje się błędy struktur i łańcuch dowodzenia, w Europie zaczyna się inny proces: powrót do języka emocji. Słowa „prawa człowieka”, „proporcjonalność”, „prawo międzynarodowe” wracają w nagłówkach jak echo dawnych fraz o „moralności Zachodu”. W Polsce, tak jak w innych krajach, ten język pada na grunt starych nawyków, półprawd i niedopowiedzeń.
„Izrael przekroczył wszelkie granice ludzkiej przyzwoitości” – pisał The Guardian.
„Netanjahu uosabia rozkład samej demokracji” – stwierdziło francuskie lewicowe Libération
W maju tego roku – Akta Bibiego. Film, który miał być dokumentem, a stał się narracyjnym mitem. Przytłaczjąca fabuła, w której reżyser zastąpił analizę emocją, a polska publiczność połknęła przynętę bez popicia. „Zobacz, jaki cyniczny morderca” – mówiono o Netanjahu, jakby oglądano thriller, a nie premiera państwa w sytuacji egzystencjalnej.
W Polsce recenzje były niemal jednomyślne: „Bezwzględny”, „zimny”, „narcystyczny”.
Nie filmowano polityka, filmowano demona.
I poszło dalej, już bez hamulców. W mediach społecznościowych Netanjahu został nazwany „faszystą”, „Hitlerem XXI wieku”, „ludobójcą w garniturze”. To już nie była krytyka polityka, to był rytuał oczyszczenia sumień.
Im ostrzejsze epitety, tym większe poczucie moralnej wyższości.
Tymczasem wewnątrz samego Izraela linie podziału biegną równie głęboko.
Znaczna część lewicy – tej intelektualnej, akademickiej, dziennikarskiej – od lat występuje przeciwko Netanjahu. W ich oczach to właśnie on zniszczył wizerunek Izraela w świecie, przekształcając go – jak twierdzą – z państwa prawa w państwo strachu. To on miał zepchnąć Izrael z roli moralnego wzoru do roli „oblężonej twierdzy”. Dla tej części elit Netanjahu jest nie tylko przeciwnikiem politycznym, ale winowajcą globalnego odwrócenia sympatii wobec Izraela. To oni uczestniczyli w kampaniach społecznych i demonstracjach przeciwko reformie sądownictwa, to oni budowali jego wizerunek jako „człowieka ciemnej Izraela”.
Ale prawda jest bardziej złożona i ma dwie strony, jak moneta: w sytuacji egzystencjalnego zagrożenia każdy premier, każdy rząd, musiałby podjąć te same decyzje. Nie ma innej możliwości niż obrona. I właśnie to czyni Izrael państwem tragicznym – bo każda jego reakcja z natury rzeczy zostaje zinterpretowana jako wina.
Tak rodzi się nowy antysemityzm: w białych rękawiczkach, w języku moralności, pod hasłami empatii.
Bernard-Henri Lévy nazwał to „antysemityzmem salonowym – uprzejmym, humanistycznym i tchórzliwym.” W Polsce przybiera inną formę: ironię, uśmiech, dystans, coraz częściej nienawiść: „Nie jestem antysemitą, ja tylko nie lubię polityki Izraela.” W tej formule mieści się wszystko: stary resentyment i nowoczesna poza moralnej wyższości.
Po 7 października świat zachodni odkrył wygodny azyl – symetrię. Zamiast zrozumienia, zaczęło się ważenie: kto bardziej, kto pierwszy, kto winny. Polskie media, powtarzając frazy z BBC i francuskich tygodników, przyjęły ton chłodnej równowagi: „oczywiście Hamas to terroryści, ale Izrael powinien…”. To „ale” stało się przecinkiem, który zmienia sens całego zdania.
Jak napisał Lévy: „To 'ale’ jest nowym kostiumem antysemityzmu.”
Niestety w Izraelu nikt nie ma czasu na europejskie rozważania o tonie i temperaturze. Tam życie codzienne toczy się pomiędzy alertami, a rozmowa o prawach człowieka nie jest teoretyczna. To nie konferencja, to codzienność.
Polska, z całą swoją wrażliwością historyczną, nadal patrzy na Izrael jak na lustro: trochę z podziwem, trochę z lękiem, trochę z niechęcią a czasem z poczuciem niewygodnej bliskości. Bo ten naród, który przeżył wszystko, czego Polska się bała, nie mieści się w żadnej z istniejących zachodnich ram. Z tej samej nieporęczności rodzi się respekt i niechęć.
W tym właśnie lustrze odbija się jednak coś jeszcze – izraelska emocjonalność, często niezrozumiała dla zewnętrznego obserwatora.
Bo obok Netanjahu, chłodnego stratega, stoją ministrowie tacy jak Itamar Ben Gwir – polityk impulsywny, porywczy, którego język często wykracza poza granice dyplomatycznej poprawności.
Media międzynarodowe uczyniły z niego ikonę izraelskiego „radykalizmu” – symbol polityki odwetu, człowieka, którego cytaty trafiają na czołówki gazet szybciej niż jakiekolwiek dementi.
„To nasz kraj, a nie kraj Hamasu” – mówił w jednym z wywiadów.
„Życie moich dzieci jest ważniejsze niż życie Arabów z Gazy” – dodał w innym, wywołując falę oburzenia na Zachodzie.
„Nie cofniemy się ani o krok. Kto nas atakuje, zapłaci za to dziesięciokrotnie.”
W izraelskich mediach jego postać ma jednak więcej odcieni. Dla części społeczeństwa jest głosem frustracji – nie politycznym idolem, lecz uosobieniem gniewu ludzi, którzy od lat czują się pozostawieni poza elitarnym kręgiem Tel Awiwu. Israel Hayom nazywał go „człowiekiem, który mówi głośno to, co inni myślą po cichu”;
Haaretz – „symptomem niepokoju, który zjada izraelską demokrację od środka.”
Jedni widzą w nim niebezpiecznego prowokatora, inni – brutalne lustro społeczeństwa, które nie potrafi już mówić językiem zachodniego komfortu.
Nie trzeba go bronić. Wystarczy go umieścić w kontekście. Bo nie jest ani potworem, ani bohaterem. Jest przyczynowym skutkiem. Produktem epoki, w której krzyk słychać lepiej niż argument, a emocja przebiła rację stanu.
Właśnie na tym gruncie rodzi się dziś język dehumanizacji i wykluczenia – nie tylko wobec Izraela, ale i wewnątrz samego Izraela.
Europa lubi moralny chłód, bo pozwala nie brać strony. Ale ten chłód ma cenę – obojętność. A obojętność to stary język nienawiści, tylko z nowym szalikiem. Teraz antysemityzm nie krzyczy, ale cytuje z troską, wstawia linki, apele, zdjęcia, raporty. Używa słów „zaniepokojenie” i „nieproporcjonalna reakcja”. Mówi zupełnie jak Europejczyk, ale myśli jak jego dziadek.
Nie muszę dodawać konkluzji. Wystarczy spojrzeć, jak łatwo świat zastąpił analizę moralną kukłą. Jak szybko „humanizm” stał się kodem dla nowej nienawiści.
Bo tu nie chodzi o Netanjahu. Nie chodzi nawet o Izrael. Chodzi o lustro, w którym Europa ponownie zobaczyła siebie.
A lustro, jak wiemy – nie kłamie. Nigdy nie kłamie. Tylko pokazuje.
I jeśli patrzy się naprawdę uważnie, można w nim zobaczyć nie tylko Izrael.
Można zobaczyć nas wszystkich.
Trylogia o państwie, które zaczęło się bać własnych decyzji ( 3 )
Kategorie: Uncategorized

