Uncategorized

Artur Sandauer- Noc praworządności

Nadeslalo FZP

fzp

14 grudnia mija setna rocznica urodzin Artura Sandauera (1913-1989), wybitnego polskiego krytyka literackiego, prozaika, profesora literatury na Uniwersytecie Warszawskim.

Artur Sandauer urodził się w Samborze, ukończył filologię klasyczną na uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie. W roku 1935 opublikował debiutancką pracę Theokritos, twórca sielanki. W latach 1937-1939 współpracował z pismem Nasz Wyraz, oraz uczył w szkołach średnich w Krakowie.

Tak jak wielu niezamożnych polskich Żydów przed II wojną światową rozważał możliwość emigracji do Palestyny. Rozważał, ale przecież polszczyzna była jego warsztatem pracy, dla niego polskość stała się oczywistym wyborem

Wiecej mozna przeczytac jak

KLIKNIESZ TUTAJ

Noc praworządności

Na korytarz! Zbiórka!

W północną ciszę, przerywaną szelestem arkuszy, skrzypieniem piór i żuciem szczęk, okrzyk ten wpada jak chlaśnięcie bicza. Zgarniając w pośpiechu papiery ze stołów, dławiąc się nie dojedzonym chlebem, wybiegają, popychając się, na mdło oświetlony korytarz. Z drugiej sali z tupotem butów wysypuje się ghettowa milicja.

– W dwuszeregu zbiórka! Milicjanci do przodu, urzędnicy do tyłu! Prędzej! Prędzej! Gestapo pod bramą!

U drzwi wejściowych rozlega się potwierdzający warkot motorów.

Więc po to wyrwano ich o północy z łóżek? Nagła kontrybucja, której rozpisaniem i ściągnięciem mieli się jakoby zająć, była tylko pretekstem? Chodziło po prostu o to, aby bez zbytecznego szukania wydać wszystkich urzędników w ręce gestapo?

Stuk butów: gestapowiec. Wysoki, tym wyższy, że w sięgającej do kostek pelerynie, wodzi spod nasuniętego daszka oczyma po zastygłym na baczność dwuszeregu. Wie, że słowa, które padną z jego ust, mają być ostateczne, decydujące o życiu i śmierci. Ale widocznie nic szczególnego nie wpada mu na myśl, bo po chwili milczenia rzuca niespodzianie:

– Wo ist Futschik? (1)

Pytanie zaskakuje. Trzeba chwili namysłu, by odgadnąć, że ów Futschik to znany spryciarz i faktotum, Fucek Poznański, który podczas poprzednich odwiedzin gestapowców, gdy przyjeżdżali jeszcze tylko na pijatyki, załatwiał im wódkę, kupony i dziewczęta. Ktoś odpowiada:

– Futschik ist im Zwangsarbeitslager (2).

Ta krótka wymiana słów wywołuje jednak pewne odprężenie. Rozmawia, szuka Fucka, chce może skóry, może materiałów. Nie jest więc aż tak źle. Niektórzy oswajają się od razu do tego stopnia z położeniem, że stają na spocznij lub nawet wychodzą z dwuszeregu.

Lecz wnet się cofają. Z wejściowych drzwi za gestapowcem sypią się, łomocząc kolbami, esesowcy, niebiescy i czarni, a w ślad za nimi ukraińska policja. Robi się duszno i groźno.

– Uważajcie – mówi gestapowiec po nie miecku – i zapamiętajcie sobie moje słowa do późnej starości, której niewątpliwie dożyjecie. Wasze dotychczasowe życie było jednym wielkim świństwem. Zajmowaliście się handlem, mordem rytualnym i protokołami mędrców Syjonu. Mimo to przebaczam wam i daruję wam życie. Chcę tylko waszego dobra. Trzeba mi trzech tysięcy pięciuset ludzi z waszego miasta. Wy, którzyście się tutaj znaleźli, macie mi ich dostarczyć. Po dwóch was pójdzie z jednym z naszych, wyciągniecie ludzi z mieszkań, zgromadzicie ich u wylotów ulic, a potem odprowadzicie na dworzec kolejowy. Mieszkania pozamykać, klucze zabrać, doczepić do nich karteczkę z dokładnie wyszczególnionym adresem i nazwiskiem i wręczyć mnie osobiście na dworcu. Tyle. A wy – tu zwraca się do esesowców i ukraińskiej policji – stańcie za dwuszeregiem, kryjąc tak, aby jeden z was przypadał na każdą dwójkę.

Podczas tej przemowy nie wiadomo skąd wyrasta prezes rady z papierami pod pachą i wtyka do ręki każdemu z urzędników po arkuszu. Otrzymanie papierka działa na nich od razu uspokajająco. Odnajdują się w znajomej atmosferze, odczuwają praworządność. Mrużąc krótkowzroczne oczy i garbiąc się, czytają w świetle jedynej na korytarzu lampy naftowej: „Gasse… so und so… Alle mit Ausnahme von” (3), po czym następują nazwiska. Ach, więc tak: brać należy wszystkich, prócz wymienionych w spisie. Ogarnia ich radosne poczucie, że jakkolwiek w eskorcie Niemców, idą między swoich jako wybawiciele. Nigdy w życiu nikogo nie skrzywdzili, byli członkami wielu towarzystw filantropijnych, a i teraz przypadła im w udziale zaszczytna rola ratowania bliźnich, nielicznych co prawda, lecz – mój Boże! – lepiej, żeby zginęła część tylko niż wszyscy. Tymczasem stojący z tyłu policjanci repetują karabiny i stukają ich lufami między łopatki: „Kommt’s!”

Trójki wychodzą w noc sierpniową. Blaszane dachy śpią cicho, polerowane księżycem. Wśród przegniłych, poczerniałych ze starości domów wieje tu i ówdzie, jak z piekarni, ciepłym powietrzem, wonią wody i pól, zmieszaną z odorem kanałów. Dalekie samochody tną nożami świateł drzewa. To przyjeżdżają posiłki esesowcom. W jakimś oknie błyska przerażony płomień zapałki i gaśnie po chwili. Trójki rozchodzą się, przyczajone, brodząc po kostki w zielonym, szeleszczącym piachu.

Jedna z nich skręca w boczną ulicę, czy raczej wąwóz, gęsto zarosły na obu stokach dzikim zielskiem. Na szczycie domy. To tu. Pochyleni wspinają się, parząc ręce o pokrzywy. Już każdy stara się iść jak najciszej, by nie obudzić śpiących. Już pragnie wyróżnić się w łowach. Śmiertelna gra wciąga.

Dryzg! Policjant uderzeniem kolby wywala zamkniętą skoblem bramę. Milicjant, porwany chęcią współzawodnictwa, kopie nogą w osiadłe do ziemi okno. I w drugie. I w trzecie.

– Po co? -mówi urzędnik. – Przecież i tak wszystko otwarte.

– A tak sobie… Niech wszystko przepada, kiedy tak…

Wpadają do sieni o podłodze ubitej z gliny, otwierają nie domknięte drzwi. Z pokoju bucha ciężki odór wyziewów i potu. W otworze piekarskiego pieca tli się ogarek. Spod betów wyzierają nieprzytomne oczy dzieci. Ojciec, wysoki mężczyzna z obrzękłą twarzą, ze śliną zastygłą w kącie ust, stoi pośrodku pokoju dyndając bezradnie rękoma. Policjant ukraiński nie wchodząc trąca urzędnika nie kolbą już, lecz łokciem, i zbliżony tym gestem, mówi poufale:

– Wejdź ty, powiedz im, żeby się ubrali i wyszli. Ja poczekam w sieni.

– Ale czemu ja? Mnie nikt nie usłucha. Niech pan wejdzie.

– Ale tam są dzieci! Jakże ja wezmę ich na śmierć? Ja też mam dzieci.

Urzędnik rzuca się na policjanta i zaczyna go ściskać.

– Tyś dobry, powiedz, tyś dobry? Chodźmy stąd. Schowajmy się gdzieś. Po co mamy brać tych ludzi?

– Daj spokój – policjant ogląda się trwożliwie – daj spokój. Co robisz? Ktoś może zo baczyć. Mam rozkaz dostawienia stu pięćdziesięciu ludzi. Jestem za to odpowiedzialny. Ja mam dzieci.

Waha się. Jeszcze chwila, a odejdzie.

Wtem, ojciec rodziny, chcąc wyzyskać sytuację, przypada do nóg policjanta i obejmując je woła:

– Panie łaskawy, nie gub pan niewinnych łudzi. Całe życie pracowałem, podatki płaciłem… Za co? Za co?

Ale czy to, że błagalna natarczywość tego wpółubranego człowieka pobudziła go do oporu, czy też jęczący głos przypomniał mu o własnym autorytecie, dość, że policjant odtrąca go mocno, aż ten upada na wznak i rozjuszony tym nieodwołalnym już gestem, woła:

– Precz! Zbierać mi się natychmiast i wy chodzić. Daję wam trzy minuty czasu, inaczej was tu powystrzelam jak psy.

Tymczasem urzędnikowi zmięty arkusz, który trzyma w ręku, przypomina o funkcji wybawiciela. Na spisie wyłączonych z akcji pod adresem domu, gdzie się obecnie znajdują, figuruje nazwisko Rosenblum.

– Czy pan – woła ożywiony nagłą nadzieją – nie nazywa się Rosenblum? –

Nie – odpowiada tamten uradowany.

– Ja się nazywam Rosenblau. To pomyłka. Państwo szukacie Rosenbluma. Tutaj nie ma takiego. Ja niewinny jestem. Całe życie podatki płaciłem.

– Ale nie o to chodzi. Pod waszym numerem powinna mieszkać taka rodzina i ta jest wyłączona z akcji. Błagam pana, niech się pan nazywa Rosenblum.

– Czego pan chce ode mnie? Co ja panu zrobiłem? Ja się nazywam Rosenblau, a nie Rosenblum.

– Czyż pan nie rozumie, że jedyną szansą ratunku jest, żeby się pan tak właśnie nazywał? No, niech się pan przyzna.

– Panie – szuka tamten obrony u policjanta – czego on chce ode mnie? Ja się nazywam Rosenblau, a nie…

– Rosenblum, czy Hosenblum – ryczy ten nieludzkim głosem – jazda! A ty – zwraca się do urzędnika – nie próbuj mi przekręcać tego, co napisane, bo…

Cale opowiadanie przeczytasz jak

KLIKNIESZ TUTAJ

Kategorie: Uncategorized

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.