Z historii Reunion 69- Podroz do Korei i Japonii cz.2 c

Napisala i nadeslala Elzbieta Ingvarsson

Zdjecia zrobila Katarina.Christenson

elzbieta geyrszorp  katarina christenson

Japonia cd. dzien 11 i 12

Dzień 11, środa 29 października
Autokar wiezie nas tego pięknego ranka w Góry Shigaraki, na pd wschód od Kyoto, do parku narodowego, gdzie usytuowane jest prywatne muzeum sztuki klasycznej Miho. Eksponaty reprezentują kultury Azji, Egiptu, Grecji i Rzymu. Zakupiono je na targach sztuki w latach 90 tych XX w , a muzeum otwarto w 1997 r. Ekspozycję zmienia się co roku. Założycielką muzeum jest jedna z najbogatszych kobiet Japonii, Koyama Mihoko, która odziedziczyła majątek koncernu tekstylnego Toyobo i założyla religijną sektę Shinji. Z muzeum widać wieże jej duchowego centrum, którą zaprojektował światowej sławy, chińsko-amerykański architekt I.M.Pei. Obecnie ma 97 lat. Budował on m.in szklaną piramidę Muzeum Louvre w Paryżu, John F. Kennedy Presidential Library i Museum w Bostonie i wiele innych sławnych budowli. Zaangażowano go do budowy Muzeum Miho. Pomysł na to architektoniczne arcydzieło zrodził mu się z baśni chińskiego poety, /w skrócie/: żył sobie rybak, który pewnego razu wiosłując z biegiem rzeki, dalej niż zwykle, dopłynął do kwitnącego, brzoskwiniowego gaju, do jej źródła. Tam ujrzał górę z wejściem do długiego korytarza. Po drugiej stronie rozciągała się żyzna, piękna kraina i szczęśliwi ludzie w jednakowym odzieniu pracowali w polu. Ugościli rybaka i opowiedzieli mu, że ich przodkowie wywędrowali do tej odosobnionej doliny z chaosu jaki panował w kraju pod panowaniem ówczesnej dynastii. Nie mieli kontaktu ze światem zewnętrznym. Rybak obiecawszy, że nikomu nie opowie o ich krainie, wrócił przez tunel i skąd przyszedł. Słowa nie dotrzymał, ale gdy z innymi chciał powrócić, drogi już nie znalazł. My też przejechaliśmy przez brzoskwiniowe plantacje, aż do prowadzącego pod górą tunelu, który wyprowadzał drogę na most o pięknej konstrukcji, nad głębokim wąwozem. Od parkingu elektryczne, otwarte samochodziki podwoziły turystów pod samo muzeum, jeśli ktoś nie mógł pójść na piechotę. Dwie trzecie budynku obłożonego brązowym, francuskim wapieniem jest wkopana w masyw górski. Dokonano najpierw odkrywki, potem skonstruowano budynki ze szkła i lekkich metali o trójkątnych formach, a następnie przykryto je ziemią i pierwotną roślinnością. Architektowi chodziło o to, by całość zintegrować z naturalnym otoczeniem. Dowiedziałam się, że muzeum posiada bezcenny perski kilim z XVI w z kolekcji księcia Pawła Karola Sanguszko, marszałka wielkiego litewskiego. Był to łup wojenny, zdobyty na Turkach w bitwie pod Chocimiem nad Dniestrem, w 1621 r. Jak kilim znalazł się w rękach zwyciężonego sułtana nie wiadomo. Wzbogacał potem kolekcję rodzinną Sanguszków. W 1904 r był wystawiany w St.Petersburgu. W 1931 stał się sensacją na Światowej Wystawie w Londynie, a do 1995 r , aż do momentu sprzedania go na aukcji przez Romana Sanguszkę, był wypożyczony Metropolitan Museum of ART. Po ca 400 latach wędrówek kilim znalazł bezpieczne miejsce w Miho Muzeum.

Przedstawia piękne sceny z życia zwierząt i ptaków, feniksy, smoki, elementy mitologiczne i tradycyjne perskie motywy. W drodze do Kyoto jedliśmy obiad, gdzie m.in grylowaliśmy luksusową wołowinę o marmurkowej strukturze zwaną Wagyn beef, o wysokim procencie tłuszczów nienasyconych i omegi 3. Można sobie było tylko powiedzieć itadakimasu – smacznego. Koło restauracji sprzedawano różnej wielkości ceramiczne stworki. Po południu udaliśmy się do kompleksu świątynnego Kiyomizu na zboczu zalesionej góry Otowa na przedmieściu Kyoto. W 1994 r obiekt wpisano na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Kilka osób, którym trudno było chodzić tego dnia, Kristina zamówiła taksówkę. Dalej szliśmy stromymi uliczkami wśród tłumu turystów. Nareszcie spotkaliśmy Japonki w kimonach, wdzięczny obiekt do pamiątkowych fotografii. Na szczycie wysokich schodów znajduje się główna brama do świątyni, a po jej bokach stoją kamienne lwy. Przez nią wchodzi się do kompleksu drewnianych budowli i chramów, które były wielokrotnie niszczone i odbudowywane. Buddyjska świątynia odgrywała ważną rolę w historii Japonii przez 1000 lat. Poświęcona jest bogini Kannon. Jej posąg jest niestety niedostępny dla turystów. Świątynię założył w VIII w mnich, który na polecenie cesarza szukał źródła czystej wody. Związane to było z przeniesieniem stolicy do Kyoto. Główny budynek świątyni Kiyomizu-dera z XVII w, usytuowany jest w pięknym parku na krawędzi góry z galeriami podpartymi sześciopiętrową konstrukcją. Dalej ze wspaniałej werandy roztacza się rozległy widok na wzgórza Higashiyama. Pod spodem jest wodospad, z którego trzech strumieni woda wpada do stawu. Turyści piją z nich wodę zapewniając sobie zdrowie, długie życie i wiedzę. Spotykamy duże grupy młodzieży szkolnej w takich samych mundurkach, robiącej sobie zbiorowe fotografie przy różnych obiektach. Przemierzyliśmy tego dnia niezliczoną ilość schodów i nogi nas bolą. Znalazłam filmik pokazujący pokrótce teren świątyni: https://www.youtube.com/watch?v=A2tUc-j-QaISchodzimy ciemnymi już uliczkami, trzymając się Kristiny, aby się nie zgubić w tłoku, do rozrywkowej dzielnicy Gion, kolebki kultury gejsz. Po drodze kuszą liczne sklepiki. Kupujemy wachlarze na pamiątkę i inne prezenty. Mamy zamiar zobaczyć przedstawienie o japońskich tradycjach. Dochodzimy pod teatr, ale nie ma już miejsc na najbliższy spektakl. Niektórzy jednak postanawiają czekać na następny. Część rozchodzi się do knajpek na kolację, a część z Matsem podąża ulicą Ponto-cho, znaną z licznych, tradycyjnych restauracji. Mamy szczęście – z jednego z typowych, niskich domów wychodzi szybko prawdziwa, wypudrowana gejsza w towarzystwie gości. Udało się ją sfotografować. Do hotelu najprościej wrócić taksówką. Trzeba się jeszcze dziś się przepakować, bo rano walizki pojadą osobno do Tokyo. Zdałam sobie sprawę, że w hotelu, w Hiroszimie musiałam zapomnieć mój nierozłączny, puchowy „jasiek”…

Dzień 12, czwartek, 30 października

W czasie gdy piszę sprawozdanie o Japonii /już w Sztokholmie/ słyszę w szwedzkim radio P1, że wyszła książka „Heligt vatten”, przewodnik po japońskich gorących źródłach, Anette Masui i Augusta Eriksona. Takim miejscem, jednym z 3 tysięcy, jest w okolicy Hakone pensjonat Nampu-so, gdzie mamy gościć tej nocy. Narazie jesteśmy w drodze pociągiem z Kyoto do Odawara, z naszymi podręcznymi bagażami. Prawie wszyscy drzemią, gdy nagle przez okno najwyraźniej widzę charakterystyczną sylwetkę świętej góry, wulkanu Fudżi. Budzę Misia i kto może fotografuje. Fudżi jest najwyższym szczytem Japonii, ma 3 776 m n.p.m. W 2013 r został wpisany na listę UNESCO jako obiekt dziedzictwa kulturowego – święte miejsce i źródło artystycznej inspiracji. Leży w miejscu gdzie spotykają się trzy płyty tektoniczne: amurska, ochocka i filipińska. Krater ma średnicę 500 m, a głębokość 250 m. Wulkan i jego masyw jest celem wycieczek turystycznych i pielgrzymek. Do wysokości 2 400 m prowadzi asfaltowa droga, są szlaki turystyczne, a przy nich schroniska. Na szczycie działa obserwatorium meteorologiczne. Zimą na północno-zachodnim zboczu jeździ się na nartach. My z Odawara, autokarem udajemy się nad jezioro Ashi-no leżące w największym i najsłynniejszym Parku Narodowym Fudżi-Hakone-Izu. Mieszkańcy pobliskiego Tokyo przyjeżdżają tu na aktywny wypoczynek. Czekając na statek nad jeziorem, jemy lunch na własną rękę i robimy zakupy. Podobają mi się oryginalne wyroby drewnianego, japońskiego rzemiosła. Płyniemy kolorowym, turystycznym żaglowcem na drugą stronę jeziora, skąd przy dobrej pogodzie jest najlepszy widok na Fudżi. Niestety chmury nie robią nam tej łaski i widok jest piękny, ale na inne szczyty porośnięte cedrami i kolorowymi teraz klonami. Na pokładzie stoimy wśród wesołych, japońskich dzieci w kolorowych kepsach. Na wodzie widać czerwoną bramę do świętego chramu Hakone.

Znów autokarem dojeżdżmy do Owakudani, miejsca znajdującego się po drugiej stronie góry. Jest to wulkaniczny teren, powstały 3 tys. lat temu po erupcji wulkanu Hakone. Stąd też mamy nadzieję zobaczyć szczyt Fudzi, ale chmury nadal zasłaniają. Śmierdzi wokoło siarką. Z wielu miejsc, gdy idziemy pod górę, unosi się para, a w jeziorkach bulgocze mętna woda. Stąd też nazwa Dolina Piekła. Roślinność jednak jest bogata, co nie zdarza się często na innych terenach powulkanicznych. Kolejka linowa nad nami transportuje w górę skrzynki. Okazuje się, że są to kurze jajka. Gotuje się je w metalowych koszach zanużonych przez godzinę w gorącym siarkowym źródle, a potem jeszcze w 100 stopniowej parze przez 15 min. Dzięki dużej zawartości żelaza w wodzie mineralnej i reakcji chemicznej z siarką, jajka stają się czarne. Sprzedawane są w torebkach po 5 sztuk. Mówi się, że po zjedzeniu takiego jajka zwanego kuro-tamago, przedłuża się sobie życie o 7 lat. Zjadłam dwa!? Siarki nie czułam. Wszyscy jedliśmy po parę, więc chyba czeka nas długie życie. Szkoda, że nie można ich było zachować jako wielkanocną ozdobę stołu. Na stoku góry, w zieleni, przed pensjonatem-hotelem Nampu-so dziewczęta z personelu, w pięknych kimonach witają nas przed wejściem i mówią: konnichiwa- dobry wieczór. Pokój hotelowy jest inny niż dotąd, w stylu japońskim. Na środku pokoju dziennego stoi niski stół z nakryciami do herbaty. Siedzi się przy nim na poduszkach, na podłodze. W szafie ściennej są zwinięte materace na wypadek gdybyśmy chciały je rozłożyc i spać jak Japończycy. W alkowie stoją na szęście również łóżka. Przy wejściu do WC, są osobne pantofle, do używania tylko w tym przybytku. No i podgrzewany sedes z programem, do czego jesteśmy już przyzwyczajeni. Tego wieczoru mamy jeść w naszym hotelu tradycyjną, japońską kolację. Do niej mamy się przebrać w stroje, które znajdujemy w szafie, w pokoju i wymieniamy w recepcji na odpowiedni rozmiar. Tak zwana yukata, składa się z długiego niebieskawego szlafroka we wzory, przepasanego czerwoną szarfą, który koniecznie zawija się z lewa na prawo. Odwrotnie zawija się tylko nieboszczykowi w trumnie, poucza nas Mats. Na to nakłada się luźną, żółtą kamizelkę. Tak przebrani za japończyków zjeżdżamy jedną z wind w labiryncie korytarzy, do spa. Jest damskie i męskie. Hotelowe pantofle stawia się na zewnątrz z numerkiem i taki sam numer wkłada do koszyka, w którym zostawia się ubranie. Obowiązkowy jest czepek na głowę. Ręczniki są minimalnej wielkości. Przewodnicy nas już o tym uprzedzali. Do mycia używa się myjki. Wyszorowane, na golasa, zażywamy kąpieli w basenach z gorącą, mineralną wodą, której hotel ma własne ujęcie z pobliskiego żródła. Można też wyjść na dwór, aby się ochłodzić, ale jest już ciemno. Szukam gdzieby się można zanurzyć w zimnej wodzie, co było możliwe w Korei. Niestety tu nie ma takiego basenu. Polewam się w końcu z ogrodowego szlaucha ku uciesze pławiących się dalej, w gorącej wodzie, koleżanek. Nie można się było nie ubawić, gdy nasza liczna grupa w jednakowych yukata posuwała w kapciach na elegancką kolację. Do samej sali jadalnej trzeba jednak wejść boso. Jest udokumentowane jak zabawnie wyglądamy zasiadając na poduszkach na podłodze, w świetlicy pensjonatu, wystawiając nogi spod niskich stołów. Pod napisem „Edelman group”, na scenie, Kristina objaśnia przez mirofon co będziemy jedli życzy nam itakimasu – smacznego. Personel w kimonach roznosi tace z różnej wielkości miseczkami, a w nich przekąski, zupa. Potem pojawia się przed każdym kuchenka, a na niej ma się gotować coś pod pokrywką co jest trudne do zidentyfikowania. Jakieś grzyby zawinięte w liście ułożone na kamieniach. Kolejno przynoszą półmiseczki z mięsem i surowe rybne kotleciki. Rozpoznałam tuńczyka i zjadłam na surowo, jak Japonka. Potem jednak wpadłam na pomysł, że zawinę resztę w te liście i upiekę. Inni piekli wprost na kamieniach i potem przyznali, że mój pomysł był lepszy. Ryż pojawił się na deser, a ja chciałam go sobie wcześniej włożyć do zupy. Takie to atrakcje mieliśmy z japońskim jedzeniem. Fakt, że byliśmy zawsze najedzeni i tylko trochę tęskniliśmy do słodkiego deseru, którego się nie jada. Różnokolorowe ciasteczka, głównie zielone, były w kioskach po drodze, ale jakoś do nas nie przemawiały. Bardzo podobała mi się poduszka wypełniona ryżem i myślę, że do spania na niej najprędzej bym się przyzwyczaiła. Może śnią się wtedy pola ryżowe, oglądane z okien pociągu?

.Jutro cd

Album Kasi

KLIKNIJ TUTAJ

wszystkie czesci znajdziesz jak

KLIKNIESZ TUTAJ

 

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: