Prof. Marek Eisner. Wielki lekarz małych ludzi

Nadeslala Elzbieta Karpowicz

elzbieta Karpowicz

MONIKA ADAMOWSKA 

  • Odsłonięcie tablicy poświęconej prof. Markowi Eisnerowi na kamienicy przy ul. Krzywoustego CEZARY ASZKIEŁOWICZ

Na Kresach w getcie w Borszczowie walczył z epidemią tyfusu plamistego. W czasie wojny blisko dwa lata ukrywał się w bunkrze pod stodołą u polskich gospodarzy. W Szczecinie stał się krajową sławą leczenia karłowatości.

W latach 70. z całej Polski do Szczecina zjeżdżają nastolatki i dorośli, którzy marzą, by urosnąć do „normalnego wzrostu”. Mają po 120-130 cm. „Karzeł, liliput, krasnal – to słowa, które nie pozwalały mi normalnie żyć. Byłem zbyt młody i słaby, aby pić z rozpaczy, więc często beczałem po kątach”, wspominali po latach.

Prof. Marek Eisner jest ich ostatnią nadzieją.

– Jako pierwszy w Polsce wprowadzał innowacyjną metodę leczenia karłowatości przysadkowej ludzkim hormonem wzrostu – mówi prof. Anhelli Syrenicz, obecny kierownik Kliniki Endokrynologii, Chorób Metabolicznych i Chorób Wewnętrznych PUM.

Aby zdobyć hormon, podejmował współpracę z Amerykanami i Włochami.

– Był lekarzem, który reprezentował medycynę jako sztukę spotkania z człowiekiem połączoną z medycyną jako nauką opartą na dowodach. Liczyły się dla niego najnowsza wiedza, ale i bycie z pacjentem, atmosfera przeżywania cierpienia przez chorego – mówi znany szczeciński neurochirurg prof. Ireneusz Kojder. To pod jego redakcją w ubiegłym roku ukazała się książka* o profesorze Marku Eisnerze otwierająca cykl „Monumenta Medicorum Pomeraniae”. Kiedy w październiku 2014 r. przy ul. Krzywoustego 16 trwała uroczystość odsłonięcia tablicy upamiętniającej najsłynniejszego mieszkańca tego domu, prof. Kojder został poproszony o przedstawienie prof. Eisnera. Powiedział: – Był docenianym i szanowanym na całym świecie endokrynologiem. Mógł skorzystać z wielu ofert pracy za granicą, ale wybrał Szczecin, w którym spędził 48 lat życia.

We Lwowie go nie chcieli

Pochodził z pogranicza przedwojennej Polski – z Borszczowa w obwodzie tarnopolskim (dziś Ukraina). Urodził się 18 sierpnia 1907 r. w rodzinie urzędnika Jakuba Eisnera. Jeszcze przed wojną ukończył z wyróżnieniem studia medyczne w Wiedniu.

„Rodzina Eisnerów należała do zamożniejszych w miasteczku (…) Mama mówiła mi, że Marek Eisner nie mógł podjąć studiów medycznych we Lwowie ze względu na swoje żydowskie pochodzenie, ponieważ niechętnie wówczas przyjmowano Żydów na studia” – wspomina w książce o profesorze Marian Kamizelich także urodzony w Borszczowie, w latach 1982-1988 kierownik Studium Wychowania Fizycznego i Sportu Pomorskiej Akademii Medycznej (dziś PUM).

Marek Eisner był wolontariuszem w szpitalach w Wiedniu i Warszawie, ale po nostryfikacji dyplomu wrócił do rodzinnego miasta. Kiedy wybuchła II wojna światowa, pracował w miejscowym szpitalu i poliklinice.

„Przez okolice Borszczowa położonego 40 km od Rumunii rozpoczął się istny exodus, od rana do wieczora pędziły limuzyny prominentów” – wspominał początek wojny.Borszczów najpierw zajęły wojska radzieckie. Następnie żołnierze węgierscy. W końcu Niemcy.

Rodzice zmarli przed wojną. Marek z siostrą Esterą próbowali ją przetrwać, blisko dwa lata spędzając w kryjówkach, głównie w wykopanym w ziemi bunkrze.

Jak podaje sztetl.org.pl – portal opisujący historię Żydów – początkowo w Borszczowie działało getto otwarte. W listopadzie 1941 r. miała tam miejsce pierwsza akcja eksterminacji starców i chorych. We wrześniu 1942 r. odjechał transport z 800 osobami do obozu w Bełżcu. A z końcem roku getto zostaje zamknięte.

„Serce mi zamierało”

Prof. Eisner po latach nazwie siebie „szczęśliwcem, któremu ukrycie zaproponowali Polacy i Ukraińcy”.

Jego wspomnienia z okresu wojny są niezwykle poruszające: „W nocy nie zmrużyłem oka myśląc o losie najbliższych, pozostałych w rękach oprawców. Nad ranem usłyszałem tupot pędzonych jak stado bydła na rzeź, na cmentarz, który oddalony był zaledwie kilkaset metrów od Polikliniki. Po pewnym czasie odezwały się salwy karabinów maszynowych. Serce mi zamierało na myśl, że każda kula zabija kogoś z mieszkańców, z którymi byłem zżyty od dzieciństwa”.

Zamieszcza także opis (zbyt drastyczny, bo przytaczać go w całości) tego, jak trzy dni później musiał asystować przy ekshumacji na cmentarzu. Trzeba było odkopać rozstrzelanych i na nowo pochować, bo dwa przygotowane przed egzekucją doły okazały się za małe. Ziemia pękała, co groziło epidemią. Nazywa to „makabryczną pracą”.

– Na początku lat 80. znów musiał przeżyć poruszającą ekshumację – mówi Róża Król, przewodnicząca Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów w Szczecinie. – Jego ukochana siostra pochowana była na Cmentarzu Żydowskim przy ul. Gorkiego w Szczecinie. Cmentarz ten likwidowano, a szczątki przenoszono na Cmentarz Centralny do kwatery żydowskiej nr 62 przy trzeciej bramie. Przy ul. Gorkiego z macew utworzono symboliczne lapidarium.

Marian Kamizelich: „Wiem, że doktor Eisner mieszkał przez pewien czas w getcie, a następnie wraz z siostrą ukrywał się w Borszczowie u rodziny Boguckich”.

W pamiętniku profesora są obrazy z tego czasu: „Do stodoły, pod którą mieścił się nasz bunkier, węgierska kawaleria wstawiła wojskowe konie, które zaczęły tupać nogami tak, że niezbyt utłuczona ziemia ze stodoły zaczęła się wysypywać w narastającym tempie, zasypując do połowy nasze skromne pomieszczenie”.

– Opowiadał mi o dzieciństwie, studiach w Wiedniu. O tym, co przeżył w czasie wojny. Myślałam, że szkoda byłoby, gdyby te historie nie przetrwały – mówi dr Idalia Gołębiowska, która blisko 14 lat współpracowała z prof. Eisnerem i kontynuowała znajomość, kiedy już przeszedł na emeryturę. Namówiła go do spisania wspomnień. – Ale zrobił to dopiero pod koniec życia w latach 90. Mieszkał w Szczecinie, ale często bywał w Trzciance u przyjaciół Kosowiczów. Był już słaby. Najpierw pisał sam. Później dyktował swojej przyjaciółce Marii Kosowicz. Gdy Maria zmarła siedem lat po profesorze, jej rodzina przekazała mi jego pamiętniki i dokumenty po nim.

Zgromadzone przez Idalię Gołębiowską materiały stały się inspiracją do książki o profesorze. A teraz już opracowane przez nią mają być przekazane do muzeum Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego.

Oni przyjęli, niech oni zwolnią

Po wojnie Borszczów nie jest już w Polsce, a w Związku Radzieckim. 38-letni wtedy Marek Eisner jako repatriant trafia do Bytomia. A w 1946 r. przenosi się do Szczecina. Tu rozwija się jego kariera zawodowa od pediatry i opiekuna noworodków w klinice położnictwa m.in. przez internistę, szefa kliniki chorób zakaźnych, po twórcę i kierownika Kliniki Endokrynologii Chorób Przemiany Materii.

W klinice (wtedy przy ul. Arkońskiej) chciał mieć własne laboratorium. Zaproponował Idalii Gołębiowskiej, wtedy farmaceutce, by przeszkoliła się także w analityce medycznej i podjęła się prowadzenia laboratorium.

– Zgodziłam się i nigdy nie żałowałam – opowiada dr Gołębiowska. Przyklinicznym laboratorium kierowała od 1965 r. aż do przejścia na emeryturę w 1992 r. – Nadawaliśmy na tych samych falach. Potrafił docenić pracowników i bronić przed zarzutami z zewnątrz. Przyznać mi rację, gdy ją miałam nawet wtedy, kiedy miałam inne zdanie niż lekarze. No i przede wszystkim chciał jak tylko się da pomagać ludziom. To był z urodzenia dobry człowiek.

Szczególnie zapamiętała rok 1968 r., gdy po antysemickiej nagonce Żydzi masowo wyjeżdżali z Polski.

– Profesor został wezwany do rektoratu, kazano mu złożyć wypowiedzenie. Przyszedł później do mnie do laboratorium i opowiadał ze łzami w oczach – wspomina dr Gołębiowska. – Mówił, co im odpowiedział. Że skoro oni go przyjęli, niech oni go zwolnią i podadzą przyczynę. Że nie zostawi swoich pacjentów i kliniki. Przetrwał.

Był z pacjentami

Róża Król doskonale rozumie, co prof. Kojder ma na myśli, mówiąc o prof. Eisnerze jako o kimś, kto posiadł nie tylko fachową wiedzę, ale i sztukę bycia z człowiekiem.

– Jako młoda dziewczyna poznałam prof. Eisnera osobiście – opowiada Róża Król. – Gdy chorowałam, trafiłam na krótko do jego kliniki. Pamiętam, że przysiadał na łóżkach i rozmawiał z chorymi. Potrafił przytrzymać za rękę. Z szacunkiem odnosił się do nas i do personelu.

Potwierdza to prof. Anhelli Syrenicz. W 1983 r. jako młody asystent zaczął pracę w Klinice Endokrynologii, Chorób Metabolicznych i Chorób Wewnętrznych PUM. Wprawdzie prof. Eisner w 1977 r. przeszedł na emeryturę, ale spotykali się często.

– Jako senior profesor pojawiał się w klinice regularnie – pamięta prof. Syrenicz. – Raz w tygodniu sam lub z ówczesnym kierownikiem prof. Stanisławem Czekalskim przeprowadzał wizyty u chorych.

Prof. Syrenicz zapamiętał znanego poprzednika jako wnikliwego lekarza, który niezwykle trafnie stawiał diagnozy. Ciepłego człowieka. Bardzo przyjaźnie traktującego personel.

– Prezentował niezwykłą mądrość. Np. uznawał, że niezależnie od wieku chorych należy operować. Wówczas było to nowe podejście do starszych pacjentów. Jak pokazał czas, miał rację – mówi prof. Syrenicz.

Prof. Kazimierz Ciechanowski, prorektor Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego: – Pacjenci wspominali, że czasem ci, którzy mieli problem z dojazdami do Szczecina, nocowali u niego w domu.

Marek Rudnicki, dziennikarz „Głosu Szczecińskiego” wychowywał się przy ul. Krzywoustego. Pamięta tę ulicę z lat 60. i 70.

– Wszyscy się wtedy znali. Kłaniali się sobie – mówi Rudnicki. – Zwłaszcza osoby z wyższym wykształceniem, a takich jeszcze wtedy było niewiele, dobrze się znały.

Rudnicki przez całe lata przy różnych okazjach słyszał od rodziców, jak prof. Eisner go uratował.

– Jako dziecko ciężko zachorowałem – opowiada dziennikarz. – Rodzice wozili mnie po lekarzach, ale było coraz gorzej. W końcu poszli do prof. Eisnera. Postawił dobrą diagnozę. Zaaplikował mi lek, potwornie drogi. Rodziców wtedy nie było na niego stać. Profesor dał im karteczkę do aptekarza na Niebuszewie. I na podstawie tej karteczki dostali ten lek bezpłatnie.

Odmienił ich życie

Profesor bardzo dbał także o swoje zdrowie. Z ul. Krzywoustego do szpitala przy ul. Arkońskiej codziennie biegał albo szybko chodził.

– Wracając niósł jeszcze dwa litry wody. Uważał, że na Arkońskiej jest lepsza woda niż u niego – mówi Idalia Gołębiowska.

Znał kilka języków. Nieustannie się kształcił.

– Wielu zapamiętało, że niemal codziennie do zamknięcia pracował w uczelnianej bibliotece – mówi prorektor Ciechanowski.

Autorzy książki o profesorze nie mieli problemu z zebraniem wspomnień pacjentów. Ludzie chętnie opowiadają, jak odmienił, poprawił ich życie.

Jedna z kobiet: „Urosłam, rozwinęłam się fizycznie i psychicznie pod okiem wspaniałego lekarza, prawdziwego człowieka, który widział i rozumiał kłopoty swoich małych pacjentów”.

Prof. Syrenicz: – Leczył z sukcesem. Niektórzy urośli nawet ponad 20 cm. Do dziś mamy jego pacjentów, którzy nadal podlegają leczeniu hormonalnemu i przyjeżdżają do nas na kontrole.

1 października 1992 r. Pomorska Akademia Medyczna przyznała profesorowi Eisnerowi tytuł doktora honoris causa. Dwa lata później 18 maja 1994 r. zmarł podczas pobytu w Trzciance.

* Korzystałam z: książki „Marek Eisner” pod redakcją prof. Ireneusza Kojdera (wszystkie cytaty ze wspomnień pochodzą z tej książki); „Trylogii 60-lecia PAM” oraz ze zbiorów dr Idalii Gołębiowskiej.

„Marek Eisner” to pierwsza książka z cyklu „Monumenta Medicorum Pomeraniae” wydawnictwa Pomorskiego Uniwersytetu Szczecińskiego. Książki w tym cyklu mają prezentować ludzi, którzy na Pomorzu, w Szczecinie tworzyli medycynę na – jak to określił prof. Kojder – „uniwersyteckim i światowym poziomie”. Postaci ważne w powojennym okresie. Ale i słynnych lekarzy niemieckich działających na tym obszarze, jak XIX-wieczny patolog Rudolf Virchow.

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: