Nasz czlowiek w Hawanie

Napisal i przyslal

Krzysiek Bien

reunion 69

 

 

Wrazenia z pobytu
Kontrola paszportu na lotnisku Jose Marti, egzekowowana przez mloda policjantke w mundurze khaki oraz czarnych, koronkowych ponczochach, to moj pierwszy kontakt z Kuba. Ze zmarszczonymi brwiami dlugo studiuje moje zdjecie w paszporcie, porownujac je ze zdjeciem kontrolnym, wykonanym przez kamere zawieszona nad jej glowa. Najwyrazniej studia antropomorficzne wypadly zadawalajaco, bo policjantka przechodzi do konkretnych pytan:
– Hunveibincubaefór?
-??
-HUNVEIBINCUBAEFÓR?!!
krzysiek BienLekko spanikowany rewiduje moja wiedze o swiecie wspolczesnym, i przypominam sobie, ze hunveibini to raczej rewolucjonisci Mao niz z Kuby, i wybieram odpowiedz ”NO”(pozniejsza konsultacja z innymi w oczekiwaniu na bagaz wyjasnia mi, ze te pytanie z historii w rzeczywistosci znaczylo ”Have you been to Cuba before?”). Odpowiedz negatywna okazuje sie byc trafna, bo juz moge isc do dalszej kontroli, tym razem security check, ktory wszedzie indziej odbywa sie przy odlotach. Po stwierdzeniu, ze nie jestem w posiadaniu broni palnej, siecznej ani larw stonki ziemniaczanej, (weapon of choice zachodnich imperialistow), udaje sie po wymiane waluty. W pierwszym okienku zabraknie waluty lokalnej, drugie zostanie zamkniete, ale juz trzecim stane sie szczesliwym posiadaczem kilkuset pesos convertibles, po kursie ca. 1 peso = 1 euro. Nalezy tu dodac, ze Kuba operuje podwojnym obiegem pieniedzy, jeden dla Kubanczykow, tzw. moneda nazionale i drugi, te przed chwila wspomniane peso covertible. W teori sa one w parytecie, w rzeczywistosci kurs tej ostatniej, dla turystow, jest 25 – krotnie sztucznie zawyzony. Ale nie na nas, na marzeniach o bonach dolarowych wychowanych takie strachy…
Chwile pozniej mkniemy nowoczesna taksowka do odleglej o kilkanascie kilometrow Hawany. Mkniemy to moze duzo powiedziane, bo droga z lotniska jest oprocz samochodow uzytkowana w rownym stopniu przez rozliczne jednoslady (glownie motocykle marki Jawa, czasem nie tylko z koszem, ale I z przyczepka z tylu), furmanki, rowerzystow itd. Pierwsze, rozrzucone wsrod zieleni domki sa troche jak brazylijskie favellas. Ale pojawienie sie betonowych budynkow mieszkalnych, przypominajacych z wygladu akademiki z poczatku lat 60 w Polsce zwiastuje, ze to juz przedmiescia stolicy. Mijamy jeszcze betonowa pustynie, Plaza de la Revolucion, z obeliskiem w srodku, w cieniu ktorego Fidel mial zwyczaj adresowania wielogodzinnych pep-talks do niezliczonych tlumow swoich poddanych na 1-szegu maja. Zwrocmy uwage, ze temperatura w Hawanie o tej porze roku ksztaltuje sie w okolicy 35 stopni w cieniu, ktorego na tym placu akurat ani za grosz (ni za centa convertible). Wiadomo, ze rewolucja pozera wlasne dzieci, ale ta kubanska ewidentnie najpierw je piecze. I juz blisko centrum, mase dosc niskich, 2-3 pietrowych domow w stylu kolonialnym, o ciemnych oczodolach okien, z koronkowymi, zeliwnymi balustradami balkonow. Trudno powiedziec, ktore zamieszkale, ktore opuszczone, tylko bielizna suszaca sie na sznurze wskazuje na jakies zycie.Facady czasami w pastelowych kolorach, najczesciej zas szare, o roznorakim stopniu rozsypki. Czasem zgola li-tylko fasada, jak potemkinowska kulisa. Mase podcieni i galeryjek. Ulice waskie, duzy halas, bo Kubanczycy najwyrazniej preferuje klakson nad hamulec. A oto I one, cala flotylla amerykanskich klasykow, z reguly 50-60 lat starych, we wszystkich kolorach teczy. Ciagna za soba czarna chmure toksycznych prawie spalin, przy ktorych wdychanie smog’u w Los Angeles down town to prawie jak pobyt w Swidrze. Kopia budynku Kongresu USA, troszke jednak wieksza niz orginal, lezaca w samym centrum – to parlament Kuby. Jak na system jednopartyjnej dyktatury, moze zdziebko przesadna w swoich rozmiarach.
Nasz neoklasycystyczny Hotel Seville, tuz kolo, bulwaru Prado nosi objawy dawnej swietnosci. I nie dziwota, bo byl to ulubiony hangout amerykanskiej mafii z okresu, kiedy oni to rzadzili w tych okolicach. Meyer Lansky, Lucky Luciano i ich entourage wynajmowali cale 6 te pietro tego hotelu w czasie ich wizyt na Kubie. Dzis poziom tego hotelu podupadl, co bylo raczej nie do pomyslenia za czasow wizyt bossow z Murder Incorporated. Wyobrazam sobie, ze w przypadku niedociagniec fotel w biurze menadzera Hotelu Seville znaleziono by pusty, a na jego biurku duza rybe, z niedwuznacznym przekazem – “no toilet paper in room 616 – senior Gomez sleep with fishes”. Niestety tego typu reklamacje nie sa dzis w uzyciu, wiec musialem tolerowac cieknacy kran, nieprzewidywalna temperature i cisnienie cieplej wody w prysznicu, niedomykajace sie drzwi do lazienki, jak I reczniki z ostrym zapachem karbolu. Sniadanie oferowane przez hotel to zestaw serow o smaku I wygladzie szarego mydla, szaro- sina wedlina oraz z buleczkami z waty w otoczce skorupki, oraz kawa przywolujaca rzewne wspomnienia o kawie “Turek”. Jedyna smaczna oferta na sniadanie bylo omleto con hamon, co stalo sie moim codziennym wyborem przez caly czas pobytu. Mysle, ze moj cholesterol po tych wakacjach osiagnal rekordowy poziom, i gdybym w najblizszym czasie padl ofiara fatalnego wylewu lub zatoru, prosze o epitafium na mojej plycie “Maritirio de la revolucion cubana”.
Kubanczycy, narod pelen czaru, muzykalnosci i pogody ducha maja tez wyjatkowy talent do psucia jedzenia. Ze mnie zaden gourmet, ale nawet ja nie bylem kilkakrotnie w stanie przelknac posilkow serwowanych tam w restauracjach. To co w menu opisane jest jako ryba z grila, jawi sie na talerzu jako sino-blady pulpet o gumiastej konsystencji, na ktorej cynowy wiedelec przy probie uzycia go przybiera ksztaltu sztuccow Uri Gellera. Dodaj do tego i ryz, i sweet potato, I platki anemicznych ogorkow jak i stado much, z ktorymi trzeba konkurowac o ten krolewski posilek, a osiagniesz obraz typowego posilku, nawet w eleganckich na pozor lokalach.

Nie chce zabrzmiec jak stary, upierdliwy mizantrop, Hawana, mimo uderzajacej biedy I fizycznej degradacji, ma z pewnoscia wielki potencjal w przyszlosci, a i obecnie duza malowniczosc i urok. Wsrod zaniedbanych domostw nagle pojawi sie istna perelka architektury Art Deco, albo kolonialnego baroku. Wieczorami ulice rozbrzmiewa ogromna iloscia rytmicznej muzyki kubanskiej, glosnych rozmow, nawolywan, rozbieganych I wesolych dzieci. Ludzie sa zyczliwi, estetycznie i modnie ubrani, dzieci zadbane I radosne. Zycie odbywa sie w duzym stopniu na ulicy, na progach domow. Poprzez otwarte drzwi domostw z zaluzjami (malo jest okien na parterze) widac salon, z reguly gesto umeblowany, skromnie oswietlony, z glosno grajacym telewizorem, a nie rzadko tez I zaparkowanym motocyklem na srodku kamiennej podlogi tego pomieszczenia. Zadziwiajaca ilosc nowowczesnych telefonow komorkowych. Mysle, ze gdy nastapia tu polityczne zmiany, i wejdzie zagraniczny kapital inwestycyjny to bedzie tu poprostu fantazja, choc zapewne za cene niejakiej uniformizacji, w skutek wtragniecia sieci miedzynarodowych detalistow jak MacDonald itp. Ale potrzeby sa chyba kosmicznie wielkie, bo gdzie jeszcze dzisiaj w cywilizowanych krajach jest np. potrzeba na beczkowozy rozwozace pitna wode do domow w centrum metropolii?
UWAGA INWESTORZY! Jestem gotow oddac za darmo pomysl na murowany sukces (Julek Fl.- czy ty slyszysz te prorocze slowa?). Zapomnijcie o nieruchomosciach!

T-SHIRTY Z NADRUKIEM:
NO GRAZIAS, I don’t need:
– a taxi
– a rickshaw
– cohiba cigars (good price)
T-shirty te, sprzedawane w lobby hoteli, stana sie poprostu standartowym ubiorem kazdego turysty, ktory musi kwitowac niekonczaca sie ilosc tego typu ofert od najrozniejszych jinteros, dzielac jednoczesnie swa uwage pomiedzy zasadzkami w formie niezakrytych studzienek w trotuarze, polmetrowej wysokosci kantow trotuaru lub psich fekali a turystycznymi atrakcjami Hawany.

Do tych ostatnich naleza niewatpliwie muzyczna kulisa miasta. Kazda wieksza restauracja, albo lobby hotelu ma swoj kubanski zespol muzyczny, i nie spotalem jeszcze takiego, w korym nie byloby starszego, czarnoskorego gentelmena w sixpensie, jednego z orginalnych czlonkow – zalozycieli Buona Vista Social Club. Role wokalistki spelnia na czele takiej orkiestry z reguly piekna, mloda kobieta, potrzasajaca do rytmu wrzecionowata grzechotka , tzw. carracas. I nie tylko tym. Na temat ksztaltow Kubanek nie bede nawet sie silil na opis, bo na to moje pioro zbyt ubogie, a po za tym potrzeba do tego obu rak… Na jednej z glownych handlowych ulic, Avenida Allende, w okolicy jednych ze szpitali zaobserwowalem spora ilosc mlodych pielegniarek, chyba akurat na przerwie na lancz, o dosc charakterystycznych mundurach, a mianowicie; mala, kokieteryjna biala czapeczka na szczycie glowy, biala bluzka z krotkimi rekawkami i biala spodniczka mini. Do tego nieodzowne koronkowe ponczochy, w przeciwienstwie do policjantek – biale. Mowi sie, ze kubanska sluzba zdrowia jest second to none w calej Ameryce Poludniowej i Lacinskiej. Zaczynam rozumiec dlaczego.
W czasie jednej z moich samotnych wedrowek po centrum Habbana Vieja zblizyla sie do mnie mloda, czarna dziewczyna. Na jej standartowe pytanie “Where are you from?” odpowiedzialem nieopatrznie Danimarca (a nie Dinamarca), poczym rozmowa potoczyla sie juz dalej po wlosku. Marbelia, dotrzymujac mi kroku, roztoczyla wachlarz karnalych uciech, ktorych moglbym doswiadczyc za przystepna cene. Jej bieglosc we wloskim byla imponujaca. Kiedy jednak nie uleglem pokusie, Marbelita zmienila taktyke, I zaczela sie uskarzac na dotkliwy glod (io ho fame da Madonna). Wykupiwszy sie za cene bulki z szynka I kawe, udalem sie na dalsza wedrowke sam. Przypadek chcial, ze pol godziny pozniej, na rogu Obrapia I Habanna, moja dobra znajoma znow mnie zaobserwowala, pogodnym glosem wolajac z drugiej strony ulicy: “Christopher, sei sicuro di non voler pompino?” (czy aby napewno nie chcialbys blow-job?). Chwile pozniej podbiegla do mnie, i uwodzicielsko patrzac mi w oczy wyszeptala: voglio stare con te… Znajac notorycznie fatalna sytuacje z nadprodukcja cukru na Kubie, odrzucilem jednak oferowana mi role sugar daddy.

 

Ciekawym przezyciem byla wizyta w fabryce cygar, jednej z 60 ciu tego typu zakladow na Kubie. Juz po banalym polgodzinnym okresie oczekiwania, aby nasza guide skonczyla wazna rozmowe z kolezanka, ruszylismy stromymi schodami w gore, w kierunku hal produkcyjnych, rozlokowanych na kilku wyzszych pietrach. W pol drogi nasza cicerone zawrocila nas spowrotem, w celu zdeponowania wiekszych toreb, plecakow, oraz, ze wzgledu na ryzyko szpiegostwa przemyslowego – aparatow fotograficznych. W trakcie ponownej wspinaczki odwrocila sie nagle w kierunku naszej grupy, i z oskarzycielsko wycelowanymm w naszym kierunku palcem wskazujacym wykrzyknela: TICKETS! Byly one na szczescie raz juz sprawdzone przy wejsciu, a drugi raz zarekwirowane przy kolejnej kontroli. Tak uspokojona doprowadzila nas do duzych okien miedzy podestem a hala produkcyjna, skad widac bylo mase drobnych, ciasno ustawionych pulpitow, przy ktorych pracownicy roznej plci, barwy i wieku roluja cygara. Widziale jedynie “montaz” ostatniego, zwierzchniego liscia, najpierw zrecznie wycietego na ksztalt sierpa. W sumie moze 4-5 roznych ruchow, i tak, automatycznie przez 9 godzin, 6 dni w tygodniu. Placa pono nedzna, ale robotnicy maja prawo do dziennej gratyfikacji w formie 5 cygar (napewno nie tych najdrozszych, cohiba, za 30 euro sztuka). To czyni zatrudnienie w takiej fabryce atrakcyjnym. Jeden z pracownikow jest oddelegowany do czytanie na glos gazety reszcie zalogi. Zauwazylem jedna mloda robotnice, ktora wylamala sie z tego grupowego muzgoprania, zasluchana w cos rytmicznego na wlasnym telefonie mobilnym (krotko mowiac: rock and roll-cigar). Uwazam ze maz zaufania albo sekretarz zakladowej organizacji partyjnej powinni przyjrzec sie blizej tej dywersantce.
Wizyta w Muzeum Rewolucji, mieszczacego sie w opulentnym palacu bylego prezydenta Batisty udostepnia jako oltarz glowny rycine Fidela Castro, oraz szereg karykatur w stylu Krokodila kolejnych prezydentow USA, z napisem “grazias cretino que,…” (tu specyfikacja ich partykularnych podlosci w stosunku do rewolucji, ktore i tak szczezly na niczym). Na wyzszych pietrach artefakty typu zapalniczka Che Gevary, ktory, jak wiadomo, leczyl swoja wrodzona astme przy pomocy cygar rozmiarow nogi od sredniej wielkosci drewnianego taboretu. Plus masa plakatow, kopi gazet na temat roznych dramatow z historii rewolucji etc. Kryzys kubanski w 62 roku dyskretnie przemilczany. Probe naszej ucieczki z tego muzeum zniweczyl umundurowany kustosz, ktory rozlozywszy ramiona zagrodzil wyjscie bez uprzedniego zapoznania sie z ekspozycja na zewnatrz muzeum, gdzie zaparkowane jest militarny hardware rewolucji, w tym T-34, z ktorego Comendante Fidel oddal strzal do wrazej barki desantowej.

 

Po lekcji historii czas nas drinka, i gdzie nam bedzie lepiej, niz w oslawionym cocktail barze La Floridita, ongis ulubionym wodopoju Ernesta Hemmingwaya. Dumna historyka tego baru podnosi ceny serwowanych tam cocktaili og 50%. Lokal wypelniony po brzegi przez mase turystow i lokalnych, zdominawany jest przez bardzo dlugi bar, na koncu ktorego, skromnie w kacie stoi nasz bohater wiernie odlany w bronzie w skali 1:1. Na ladzie baru przed nim lezy manuskrypt i jego okulary, wykonane w tym samym materiale. Zdaje sie, ze Papa Hemingway, gdy jeszcze frekwentowal te miejsce in flash and blood, nie zadawalal sie manuskryptem na barze. Pono jego rekord za jednym posiedzeniem to 13 podwojnych daquiries! Zaczynam sie domyslac, kiedy zrodzil sie tytul “Komu bije dzwon?”. Mysle, ze bylo to nastepnego ranka po osiagnieciu rekordu.
Grzechem bylyoby chyba nie obejrzec Hawany z perspektywy otwartego pink cadillack’a, takze tego typu cruize zostal dnia ktoregos zaliczony. Z braku cadillacka musielismy sie zadowolic otwartym Chevy, ktory mimo tego, ze byl 5 lat ode mnie mlodszy ( z 1953 roku) – byl w znacznie gorszym stanie. Nie dziwota, jak sie tyle pali… ( 5 kilometrow na litr). Kosztem trzech roztopionych lodowcow na Grenlandii dojechalismy do przedmiescia Casablanca, skad ladna perspektywa calej Hawany. Hawana to miasto ambitne, i chce byc nie gorsze od Swiebodzina, takze tez ma pomnik Chrystusa. 20 metrowej wysokosci posag z bialego marmuru, ulokowanej wlasnie na szczycie tego wzgorza, skad ta wyz wzmiankowana vista. Niestety pomnik w dzien zdobycia Hawany przez barbudos komendanta Fidela, zostal trafiony przez piorun, odnoszac powazna trepanacje czaszki. Moze jest cos w powiedzeniu “Jak Kuba Bogu – tak Bog Kubie”.

 

Na lotnisko w drodze powrotnej jedziemy znowu nowowczesnym yellow cab, za kierownica ktorej siedzi dystyngowany siwowlosy senior, ktory byl z wyksztalcenia inzynierem elektrykiem. Mimo akademicznych laurow, okazuje sie, ze he no speak americano, ale mozemy przecie konwersowac asymetrycznie – on po hiszpansku ja po moim rachitycznym wloskim. Opowiada, ze jego miesieczna pensja w jako inzynier byla rownowazna z cena butelki szamponu, wiec zmienil zawod na taksowkarza, gdzie kontakt z turystami gwarantuje jakis tam dostep do zyciodajnych peso convertibles. Nadal zarabia grosze, ale mysle, ze tu na Kubie poprostu wciaz dziala ekonomiczna paradygmat, kiedys obowiazujacy w PRL’u: Robotnik polski zarabia 2.000 zl. miesiecznie, wydaje 3.000 – a reszte oszczedza!

Kristof Bien, 01 maj 2015

9 komentarzy to “Nasz czlowiek w Hawanie”

  1. Adam Konski 11/05/2015 at 23:19

    Link do zdjęć zamieszczony pod komentarzem MarysiaS nie działa.

  2. Adam Konski 11/05/2015 at 11:53

    No to po lyzwiarstwie, gdzie jesteś swietny to jeszcze jeden talent. Umiejetnosc obserwacji i przelewania tego na komunikatywny tekst. Gratuluje.

  3. Wspaniałe,waniałe!

  4. Tekst super. A to moje komentarze fotograficzne do HAVANY w roku 2012.

    https://picasaweb.google.com/109827304734045817153/Havana?locked=true

  5. – Czy sam napisalem ten tekst?
    Marian, ja nie chce zabrzmiec jako chwalipieta, ale nawet nie mialem skonczonych 40-tu lat, jak nauczylem sie czytac, a w dwa lata pozniej umialem juz pisac (drukowanymi)…

  6. Krystyna Szymczak 09/05/2015 at 09:50

    Krzysiu! Czytalo się świetnie. Masz talent pisarski. Na Kubie co prawda nie byłam, ale Twoje porównania do dawnej Polski są wyśmienite! Te jeszcze pamiętam, choć dzisiaj już troche się w Polsce zmieniło.

  7. Krzysiu, zmysl obserwacji i dowcip ! Sam to pisales ? MW

  8. Gabrys Wroblewski 09/05/2015 at 08:21

    Wysmienite.Ale talent.Powinienes pisac czesciej!
    Pozdrawiam
    Gabrys

  9. Jan Krzysztof Melchior 09/05/2015 at 07:56

    Czesc
    Bardzo mi sie podobal Twoj artykul o Havanie.Identyczne wrazaenia jak moje.Ja bylem na Kubie 2 tygodnie w styczniu.Jesli Cie interesuje material fotograficzny to mam do dyspozycji ponad 300 zdjec ktore doskonale ilustruja Twoj text.
    Pozdrowienia
    Krzysztof Melchior
    jan.melchior@telia.com

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: