Nasza polska tajemnica

klys

– Jeżeli będziemy mówić: „to nie my” to prędzej czy później… utoniemy w tym kłamstwie. Bo ile można wypierać? W końcu ta woda będzie już tak wysoko, że nas zaleje – z Anną Kłys o jej najnowszej książce „Tajemnica Pana Cukra” rozmawia Magdalena Kicińska

Napisała Pani książkę o tym, co działo się w Polsce lat trzydziestych. Przewodnikiem po niej jest Zvi Cukier.

.

Anna Karolina Klys

Znalazłam go przez Internet, przypadkiem. Zawarliśmy umowę: ja spiszę jego wspomnienia dla dzieci i wnuków, on przetłumaczy mi z jidysz Księgę Sefer, księgę pamięci ocalałych z jego rodzinnego Kałuszyna, typowego polskiego, przedwojennego sztetla z przewagą żydowskich mieszkańców.

Chcę na głos powiedzieć sobie i wszystkim żydowskim dzieciom urodzonym przed wojną w Polsce, które od teraz mają dla mnie twarz i głos osiemdziesięcioletniego Pana Cukra, ze zaniedbane gratowiska albo puste place na miejscach kirkutów, baseny, sklepy i magazyny w synagogach (…) to nie w moim imieniu”.

Należę do tej grupy naiwniaków, która naprawdę nie rozumie jak to możliwe, że w 2015 roku w Polsce nadal na murach można przeczytać „Jude Raus”. I, że kiedy tyko pojawi się cień podejrzenia, że Polak–katolik przydzwonił w zęby Polakowi-Żydowi, to dla przeciwwagi należy na tym samym oddechu powiedzieć: ale w UB byli sami Żydzi, którzy mordowali „prawdziwych Polaków”… Żeby zrozumieć nasze uprzedzenia, stereotypy trzeba próbować zrozumieć, jak one powstawały.

Pisze pani: „żeby zrozumieć potem, trzeba poznać przedtem”?

Kiedy pracowałam nad poprzednią książką – „Brudnymi sercami”, która opisuje historię po 1944 roku, w dokumentach znajdowałam wątki dotyczące „stosunków polsko-żydowskich”. A to ktoś był oskarżony o to, że kolaborował z Niemcami, pracował jako strażnik w Obozie Pracy przymusowej dla Żydów i zachowywał się nikczemnie, a to inny, że wzbogacił się na „pożydowskim” złocie. No i morderstwa. Na przykład, 13 marca 1946 roku, w Praszce, w czasie napadu żołnierzy niezłomnych na młyn ginie kobieta i mężczyzna – oboje narodowości żydowskiej, 29 listopada 1946 w Bolesławcu żołnierze niezłomni z KWP zabili osiem osób (w tym trzy kobiety) narodowości żydowskiej (nie znalazłam żadnych śladów, że byli to pracownicy lub współpracownicy UB). Postanowiłam więc cofnąć się w czasie, nie do wojny tylko do lat przed nią. Bo nie wierzę w zjawiska, które biorą się z niczego. Wystarczy sięgnąć do źródeł, żeby to zobaczyć.

To?

tajemnice pana cukraTo, że nie było tak, że w Polsce żyliśmy jak jedna, wielka rodzina, w zgodzie i tolerancji, aż przyszedł hitlerowski okupant i zaszczepił nienawiść do Żydów. Że Niemcy wkraczają do Polski, już jesienią 1939 roku wprowadzają antyżydowskie zarządzenia i całe społeczeństwo przyjmuje to z pokorą i bez słowa sprzeciwu. Nie wierzę, że to tak prosto można wytłumaczyć. Bo my, Polacy, jedną mamy cechę wspólną, niezależnie od swoich poglądów – nie poddajemy się łatwo żadnym narzuconym przepisom. To tak, jak z pierwszą dyskusją o Jedwabnem: Polacy, zmuszani przez Niemców i pod kolbami ich karabinów zagonili swoich sąsiadów do stodoły i podpalili. Mnie takie wyjaśnienie nie przekonuje. Trzeba zobaczyć, jak wyglądała sytuacja w latach trzydziestych, co spowodowało, że kilka lat później, kiedy trwała już okupacja, z jednej strony byliśmy gotowi do najwyższych poświęceń, do działań, które wymagały wielkiej odwagi w imię kiełbasy i rąbanki, ulotek czy broni, ale nie stać nas było podobną odwagę w obronie mordowanych żydowskich sąsiadów. Coś w tej opowieści nie grało. Chciałam dowiedzieć się jak mogło dojść do tego, że ludzie żyją ze sobą, mieszkają koło siebie, chodzą razem po tych samych chodnikach, jedzą ten sam chleb, piją tę samą wodę i pewnego dnia jedna grupa staje przeciwko drugiej grupie. Gdzieś musiał być początek tego, jaka manipulacja, jaka propaganda rozdzieliła tych ludzi tak dokładnie? Jeśli przyjmiemy, że te zachowania były konsekwencją przedwojennego antagonizmu pomiędzy Polakami a Żydami, wszystko staje się łatwiejsze do zrozumienia.

Łatwiejsze?

No, nie łatwiejsze, ma pani rację. Ale może bliższe prawdy. Nie da się tego rozpatrywać w oddzieleniu, te trzy elementy: przedwojnie, okupacja i okres tuż po wojnie muszą stać obok siebie. W trakcie dokumentacji trafiłam na taką historię: było dwóch chłopaków – jeden należy do Stronnictwa Narodowego, chodzi na zebrania, po 1935, biega z kijem i obija zęby żydowskim sąsiadom, rozwala ich stragany. Po drugiej stronie jest chłopak, który przed tym kijem się broni. Wybucha wojna, ten drugi ucieka z getta, znów się spotykają, tym razem w lesie – jeden jest w Gwardii Ludowej, drugi w Narodowych Siłach Zbrojnych. Trzeci raz spotykają się po wojnie, jeden będzie w UB, drugi będzie z nią walczył. Dopiero, kiedy zobaczymy wszystkie etapy ich historii będziemy w stanie ją jakoś ogarnąć. Nie w kawałkach, bez początku i końca, ale jako proces, jako konsekwencję – do czego prowadzi manipulacja. Ideologia.

Wróćmy do pana Cukra. Opowiada o swoim Kałuszynie, sennym miasteczku Mazowsza, o chederze, mamusi, która na szabas gotowała jojch. W jego wspomnieniach jest dużo nostalgii, ale nie ma antysemityzmu.

A ja jestem tą złą, która zmusza go, żeby wrócił, przypomniał sobie jaka ta Polska była dla niektórych swoich obywateli, konkretnie tych wyznania mojżeszowego.. Że nie było bezpiecznie na wiejskich drogach, że z powodu „bojkotu ekonomicznego” ludzie pozostali bez środków do życia. Pan Cukier kocha Polskę tak bardzo, że ani fakt, że jego tatuś miał bliznę na twarzy, po napadzie w latach trzydziestych, ani to, że jego dziadek został zabity w 1940 roku przez polskich chłopów z powodu paru złotych – nie łączy mu się z antysemityzmem.

Jest w książce taki wasz dialog. „ – Przed wojną w Kałuszynie było 10 tysięcy ludzi. Polaków. Pan Cukier patrzy na mnie zaskoczony. – Jak Polaków? Żydów było jakieś 7 tysięcy, a Polaków 3 tysiące. – Nie. Polaków było 10 tysięcy z czego siedem narodowości żydowskiej. Pan Cukier milknie”.

Tak. Konstytucja kwietniowa wprowadzała równość wszystkich obywateli, bez względu na wyznanie i pochodzenie. A pan Cukier nie myślał o sobie w kategoriach obywatela Polski. To też o tym książka – dlaczego jedni tak siebie nie postrzegali, a drudzy im tego obywatelstwa odmawiali. Wprowadzam postać Pana Cukra, wtedy małego chłopca ze sztetla, żebyśmy nie mogli schować się za suchymi faktami, tabelkami z zestawieniami liczb, jakimiś ogólnymi: „wysokie bezrobocie”, „nożyce cen”, „ludzie zbędni”, którymi historycy opisują dwudziestolecie międzywojenne. Taki zabieg, nadanie przeszłości wyraźnego obrazu, postaci, stosowany w opisywaniu przeszłości sprawdza się, ale jest dość kosztowny. Czytelnik, chcąc nie chcąc, podświadomie zaczyna współodczuwać. I zaczyna się mój problem, jako autorki – bo każdy kto poczuje ten powiedzmy „dyskomfort” bitych i poniżanych- czuje, że ci którzy bili i poniżali nie postępowali elegancko. I podnosi oczy znad książki i gniewnie pyta: to jak to? To Żydzi to byli ci dobrzy, a Polacy ci źli?! I już nie chce zobaczyć, że ja tego nie napisałam. Że elementarne poczucie przyzwoitości nie pozwoliłoby mi na przywdziane skóry zebry i biało-czarne przedstawienie świata. Że w tej opowieści jest wszystko, tylko trzeba się wczytać. Uczucia pana Cukra: miłość, tęsknota, strach, przerażenie są prawdziwe, nie można ich podważyć. Opowiedział mi swoje życie, a ja uzupełniłam tę opowieść o to, o czym on nie chce albo nie umie pamiętać. Dodaję brzydkie rzeczy do historii.

Uzupełnia Pani jego opowieść o kronikę… no właśnie: czego? „Zajść”, „wydarzeń”, „wystąpień antyżydowskich”, „hec”, które wydarzyły się na przestrzeni ostatnich czterech lat przed wybuchem drugiej wojny?

Słowa… to, jak sobie opowiadamy naszą historię jest dla mnie bardzo ciekawe. Wystarczy niebacznie powiedzieć „pogrom”, „antysemityzm” albo „on ma żydowską babcię” i już jest błysk w oku. Sformułowania takie jak „heca” dla określenia aktu przemocy, okrucieństwa mają służyć naszemu dobremu samopoczuciu narodowemu, redukcji dysonansu poznawczego. Przecież my, Polacy, nie byliśmy nietolerancyjni, nie występowaliśmy przeciw drugiemu… A już na sto procent nie powszechnie. Może jakieś jednostki, może jakieś małe grupy, ale na pewno nie codziennie i nie powszechnie.

Pierwsze „duże zajście” było w 1935 roku w Grodnie. Najpierw przypadkowe zabójstwo w bójce o dziewczynę, któro skończyło się na zdemolowaniu domów i sklepów żydowskich i dwóch ofiarach śmiertelnych. W następnych latach podobne wydarzenia miały miejsce m.in. w Przytyku, Brześciu nad Bugiem, Mińsku Mazowieckim, Odrzywole, Mławie. Od czego się zaczęło? Można znaleźć jeden moment?

Szukałam go bardzo długo. I na pewno jest więcej niż jedna odpowiedź na takie pytanie. Druga połowa lat trzydziestych – ogólnoświatowy kryzys, w Polsce też, potworny, ogromne bezrobocie i pauperyzacja. Co miesiąc w gazetach drukowane są długie listy samobójców, skrajna bieda jest i na wsi i w mieście. Po śmierci Józefa Piłsudskiego nie ma też silnego przywódcy. Zaczyna być coraz głośniejszy populizm polityczny ruchów narodowych, które określają, kto jest za to odpowiedzialny, pokazuje palcem: oto przyczyna – Żyd! Ten wróg obraża naszego Pana Jezusa, porywa na macę nasze dzieci. Zabiera nam pracę. Jest, w zależności od okoliczności, albo komunistą, który chce zabrać naszą własność albo krwiopijcą kapitalistą, który nas wyzyskuje. W gazetach ciągłe doniesienia o przestępczej działalności osób narodowości żydowskiej. Niewolą panienki, zajmują się „handlem żywym towarem”, folgując swoim zboczonym popędom… Pismo „Orędownik” w 1935 pisze: „… dwaj żydowscy zwyrodnialcy zniewolili dziewczynę wiejską –Wolną. Nasyciwszy swe zwyrodniałe instynkty Żydzi dziewczynę zamordowali”. I informacje o zaginionych chrześcijańskich dzieciach. Nie, nie w XIV wieku, tylko w latach trzydziestych dwudziestego wieku pojawiają się aluzje, ze słyszano płacz zaginionego dziecka dobiegający z mieszkania żydowskiego. Kiedy w jednej z miejscowości w łódzkiem piach zasypał dzieci bawiące się na żwirowisku doszło do „zajścia”: pobito Żydów, zniszczono domy, ponieważ rozeszła się błyskawicznie pogłoska o tym, że dzieci przerobiono na macę. Przed sądem stawali ludzie oskarżeni o rozpowszechnianie fałszywych informacji o mordzie rytualnym, ale plotka miała się świetnie.

Na tego samego wroga wskazują wtedy też faszyści w wielu innych krajach.

Oczywiście. Każdy ma swój własny rasizm. Polscy narodowcy z całą mocą podkreślali odrębność naszego, polskiego. „Na pociechę żydowskiemu „Głosowi” i „Republice” podajemy, ze Związek nie szedł śladami Hitlera (…) pierwsze Stowarzyszenie w Polsce o wyraźnej klauzuli aryjskości nadano w 1932 roku, czyli na długo jeszcze przed dojściem Hitlera do władzy” – pisano, też w „Orędowniku”, po awanturze, która towarzyszyła wprowadzeniu „paragrafu aryjskiego” w Związku Lekarzy w 1936 roku. Niemcy, później Austria, Czechosłowacja, Rumunia, Włochy, Francja… Każdy ma swój kawałek historii, i chyba nie wpadnie nikomu do głowy tłumaczenie się ze swoich świństw tym, że „inni też tak robili”? Ponieważ Niemcy kazali wywieszać na tablicach w środku miasta nazwiska osób, które siedziały przy jednym stoliku i grały w karty z Żydami, albo co gorsze byli żydowskimi kochankami – to w Wieluniu albo Łodzi należy naklejać na placach kupujących w żydowskich sklepach karteczki „ta świnia kupuje u Żyda”?! Nie rozumiem, o co chodzi z tą histerią.

Histerią?

Z szukaniem usprawiedliwienia, czegoś, co pozwala na uznanie prawa do poniżania, bicia
czy zabijania ? Znajdowano przeróżne, na przykład: Żydzi to komuniści, witali bolszewików kwiatami. Już oni święci nie byli, o nie! I to wystarczy jako usprawiedliwienia dla bicia dzieci? Podkładania bomb pod sklepy, synagogi, domy?
  Wie Pani, ilu ludzi zginęło w ramach „odpowiedzialności zbiorowej” po zakończeniu wojny polsko-bolszewickiej? W samej Częstochowie,  27 maja 1919 ranne zostały 32 osoby, a zabito siedem. Ale zginęli dlatego, że „Żydzi sprzeciwiali się odrodzeniu Państwa Polskiego”? A nie dlatego, że byli Żydami? Można przeczytać wydany w 1920 roku „The Jews in Poland: official reports of the American and British Investigating Missions”, jest zdigitalizowany, nie ma problemu z dotarciem do dokumentów. W tych raportach jest próba opisania tego, co działo się w Polsce w latach 1919-1920, na tyle na ile to było możliwe technicznie dla międzynarodowej komisji, która miała wyjaśnić przypadki zabijania Żydów. I można, bo wszystko można, w imię dobrego samopoczucia, natychmiast wyprzeć tę wiedzę i stwierdzić, że realne zagrożenie żydowskim komunizmem usprawiedliwia pobicia i morderstwa z lat trzydziestych, a nawet, zachowania w czasie okupacji i po wojnie. Nie pójdziemy do przodu nie rozliczając się z własną przeszłością. Bo jeżeli wszyscy zawsze jesteśmy po jasnej stronie i wszyscy zawsze robimy tylko dobre rzeczy i nikt z nas nie ukradł koleżance pachnącej gumki do mazania w podstawówce, a już na pewno nie doprowadził do łez otyłego kolegi w klasie pokazując go palcem to też, oczywiście, nikt z nas nie kolaborował z okupantem, obojętne jakim, nikt z nas nie donosił, nikt z nas nie był tajnym współpracownikiem, nikt z nas nigdy nie atakował osób innej narodowości, czy innego wyznania… Możemy trwać w takiej iluzji i nieprzystającej do rzeczywistości narracji, to wygodne. Tylko, że hamuje też krytyczny ogląd sytuacji, również obecnej, a dziś jesteśmy w podobnym momencie.

To znaczy?

Ciągle powtarza się, że ruchy narodowe to margines. Odpuściliśmy, zajęliśmy się innymi sprawami. I doprowadziliśmy tym samym do tego, że dziś marsze ONR-u przechodzą przez centra największych miast, pod policyjną ochroną, z pochodniami. Ataków na mniejszości jest coraz więcej. A ja ciągle mam nadzieję, że jesteśmy przed tym momentem, w którym ktoś pierwszy rzuca kamień… Później taka lawina naprawdę szybko się toczy. W trakcie pracy nad książką przeanalizowałam, ile czasu potrzebowano, żeby przejść od słów do czynów. Na przykład: w Poznaniu były koszary, naprzeciwko, w jednym z budynków młodzież chalucowa wynajęła dom. Mieszkali tam przygotowując się do wyjazdu do Palestyny. We wtorek, w jednej z gazet pojawiła się informacja, że to są Żydzi i że prowadzą tam agitacje komunistyczną, a przy okazji lupanar, że mieszkają tam kobiety z mężczyznami bez ślubu, że zapewne chadzają tam też i żołnierze…. Następnego dnia wydrukowano zdjęcie budynku i adres. W czwartek w gazecie pojawiła się już informacja, że dom „odwiedziła” młodzież akademicka, i „w zdrowym odruchu” całkowicie zniszczyła wyposażenie i pobiła dziewczynę, która gotowała obiad dla grupy. Trzy dni. Tyle wystarczy, w dobrze zindoktrynowanym społeczeństwie, żeby zareagować na hasło: tu jest obcy! Dlatego tym bardziej uważam, że powinniśmy o tym mówić. Żeby pamiętać, żeby się nie powtórzyło. Jest taka instalacja Natalii LL: “TONIEMY, TO NIE MY, TO NIEMY”. I coś w tym jest, bo jeśli będziemy mówić „to nie my”, to utoniemy w tym kłamstwie. Bo ile można wypierać? W końcu ta woda będzie już tak wysoko, że nas zaleje. Będziemy niemi w sytuacji, w której trzeba krzyczeć, wołać. I za chwilę ten chłopak, który podpala drzwi sąsiadowi romskiemu, uchodźcy czy pobije homoseksualistę na ulicy zrobi kolejny krok, bo mu na ten pierwszy pozwoliliśmy. Pozwoliliśmy na to, żeby wystąpił przeciw drugiemu człowiekowi. Dużo takiego przyzwolenia było też w latach trzydziestych. I jeszcze jedno. Jesteśmy tak wymieszani, że nie będzie nic dziwnego jeśli ten piszący po ścianie o Żydach do gazu młodzieniec, ma żydowską prababcię, o której nie ma pojęcia. I dziadka, który był w ONRze albo Obozie Wielkiej Polski. Jak w „Sławie i chwale” Iwaszkiewicza, kiedy zafrasowana pani Royska mówi do zaangażowanego w „hece i zajścia” syna Walerka, pod portretem swego ojca: ”wiesz, z twoją powierzchownością nie powinieneś wygłaszać haseł antysemickich (…), ja nie żartuję, (…) mój ojciec był Żydem, wszyscy o tym wiedzą, i dlatego proszę cię, żebyś nie mówił takich rzeczy przed tutejszymi ludźmi. Wszyscy się śmieją w kułak…”

Część tych wszystkich „zajść” to mogły to być napady rabunkowe, pobicia bandyckie. Dopuszcza Pani myśl, że część tych wydarzeń nie miała antysemickiego podłoża?

Mogłyby być. I w gruncie rzeczy były napadami rabunkowymi, bandyterką, rozpaczliwą próbą szukania sprawiedliwości na własną rękę. Problemem jest jednak skala zjawiska. I oddając głos świadkom tych wydarzeń, prokuratorom, dziennikarzom, politykom musimy uwierzyć im na słowo, że wiedzieli co mówią, że wiedzieli gdzie jest źródło tej nienawiści. Prokurator w uzasadnieniu swojego żądania najsurowszego wymiaru kary dla oskarżonych o zabicie rodziny Florenców w Woli Kuraszowej mówił, że: „nie można inaczej zatrzymać zdziczenia i zatrucia atmosfery nienawiścią rasową”. Propaganda wymknęła się spod kontroli, okradanie, bicie, niszczenie a w końcu – zabijanie- przestały być w strefie zakazanej. Było przyzwolenie, i znowu, powtarzam z pełnym przekonaniem: powszechne przyzwolenie na poniewieranie innym. Powszechne- nie znaczy to że wszyscy, jak jeden mąż zamieniali się w mściwie zoombie, powszechne to znaczy, że jeśli na jarmarku było np. 10 tysięcy osób, a z zebrania Stronnictwa Narodowego wyszło 400 osób, to tych czterysta osób było w stanie zniszczyć stragany i sklepy żydowskie, bo wśród tych 10 tysięcy świadków nie znalazła się grupa, która by ich przepędziła. Ale bardzo starałam się odnaleźć wszystkie takie przykłady zachowań, w których ludzie mówili: co wy robicie, do cholery, występujecie przeciwko drugiemu człowiekowi, nie można tak. I jeśli tylko znalazłam, to są opisane. Takich głosów było, niestety, niewiele i wypływały głównie ze środowisk lewicowych. Ale jeśli chodzi o nienawiść lub niechęć do Żydów ta nie miała ani klasowego, ani geograficznego charakteru.

W kontekście wydarzeń z lat trzydziestych nie używa pani słowa „pogrom”.

Nie. Absolutnie celowo unikam słów, które wywołują to zaciskanie pięści, to wieczne „ to nie my!”. Silna grupa interpretatorów historycznych mówi: „w Polsce nie było pogromów!”? Proszę bardzo! Nie było! Były pobicia, zabójstwa, morderstwa, kradzieże, podpalenia, bomby, były plugawe wierszyki, rysunki, nagonki. Mówmy o konkretach. Nie ma sprawy.

Apogeum antysemityzmu określa Pani na lata 1936 – 1946.

Samego słowa „antysemityzm” też w książce unikam. Wolę opisywać konkretne wydarzenia, nie pozostawiając niedopowiedzeń: rozbijanie szyb, niszczenie towarów w sklepach, podpalanie domów, bicie, paragrafy aryjski, getto ławkowe, roztrzaskanie czaszki kastetem, ale pozostawić czytelnikowi prawo do nazwania tego tak, jak podpowiada mu sumienie. Dla jednego nienawiść będzie nienawiścią, przemoc będzie przemocą, a dla innego tylko „hecą”. Podobnie jest z tym dziesięcioleciem 36-46, podaje je bardziej pod dyskusję, w tych latach zawierają się te najokrutniejsze, ostateczne sytuacje. Bo ta historia naprawdę zaczyna się jeszcze wcześniej, nawet nie w dwudziestoleciu. Przyjmuje się, że głównym podłożem antagonizmu polsko-żydowskiego była ekonomia. Ale prześledziwszy rzetelnie to, co się działo na ziemiach polskich na przestrzeni wieków zakładam, że zanim podniesiono argumenty ekonomiczne zarzewiem konfliktu była religia. Niedaleko od miejsca, w którym teraz rozmawiamy, tu w Poznaniu, w kościele Najświętszej Krwi Pana Jezusa przy ulicy Żydowskiej 34 wisi obraz upamiętniający pewną sytuację z historii miasta. W 1399 roku oskarżono Żydów o kradzież i zbezczeszczenie hostii – pokłucie jej nożami. W ramach kary i zemsty co roku w procesji z okazji Bożego Ciała przedstawiciel gminy żydowskiej musiał w niej brać udział, iść z nożem. Dopiero w 1722 roku franciszkanie zgodzili się, żeby zamiast tego gmina żydowska mogła „wykupi

się” od tego obowiązku. Ale przez czterysta lat (!), rok po roku, mieszkańcy miasta widzieli: oto Żyd, który podniósł rękę na ciało Chrystusa. Można sobie dobrze utrwalić stereotyp. I nawet przysięgać, że to musi być prawda, skoro Żyd sam z siebie idzie z nożem w procesji…

Przywołuje Pani w książce też inne przykłady: ludowe piosenki, zabawy, teksty antropologów, etnografów, publicystykę. Na przykład pracę Karoliny Smoleńcówny z 1889, w której opisuje zwyczaje mieszkańców wsi Chmielnik w lubelskiem: „winę popełnioną względem żyda i cygana, poczytują za mniejsze przestępstwo, niż takie samo wykroczenie przeciwko Polakowi czy Niemcowi” albo Ludwika Czarnkowskiego o stosunkach społecznych na Podlasiu pod koniec XIX wieku: „o żydzie człowiek prosty nie wyrazi się, że umarł, lecz zdechł”.

Dzieci wychowywane w pogardzie do drugiego człowieka nie otrząsną się same z tej nienawiści. To poczucie wyższości plus odpowiedni moment, kiedy splatają się różne okoliczności, wewnętrzne, zewnętrzne decydują, że łatwo przychodzi rzucić kamieniem. Zbyt łatwo. Przywołałam te piosenki, te opisy dziecięcych zabaw z XVIII, XIX wieku, po to, żebyśmy sobie uświadomili, jak głęboko sięga proces odczłowieczenia Żydów. Bo jeżeli rozmawiamy o Polsce przed 1939 rokiem, to jednego możemy być pewni: żaden z tych ludzi, mieszkańców Przytyku, Grodna, Brześcia, który obserwował tamtą przemoc albo brał w niej udział, nie miał karabinu przy głowie, ani żadnego esesmana, nikogo, kto byłby skłonny zrobić mu krzywdę za to, że powiedziałby: nie bijcie tego żyda, tak nie wolno. I naprawdę wystarczyło tylko mieć odwagę i powiedzieć „ludzie! Co wy robicie!” żeby przyszło opamiętanie… Kiedy szła procesja w Łodzi, z otwartego okna na tłum spadła pusta butelka. W pięć sekund z rozmodlonych wiernych uczestnicy procesji przerodzili się w świadków – że to Żydzi rzucają w katolików śmieciami. Ale znalazł się jeden człowiek, który powstrzymał tłum, który poszedł do mieszkania, z którego poleciała butelka – i okazało się że to mieszkanie chrześcijańskie, przeciąg potrącił butelkę służącą do podlewania pelargonii, a właścicielka butelki, pelargonii i mieszkania nawet nie miała pojęcia, że o mały włos wywołałaby „zajścia antyżowskie”.

A 1946 jako koniec?

Pamiętamy o pogromie kieleckim, ale to tylko symbol, który zresztą też jakoś obnaża, jaki mamy problem ze „stosunkami polsko-żydowskimi”. Bo skoro nie było antagonizmu przed wojną a tylko ten „zaszczepiony” przez okupanta to powinniśmy się cieszyć z każdego powracającego po wojnie, ocalałego żydowskiego sąsiada, prawda? A tu, zamiast radości, była wrogość. „Żydki wracają odebrać mi mój dom” – zamiast: „Żydzi wracają do swojego domu”. Jedna profesor fizyki, którą poznałam w Izraelu – jako trzylatka przechowywana po aryjskiej stronie za pieniądze, a kiedy te się skończyły odstawiona pod bramę getta – zadała mi takie pytanie: dlaczego po wojnie Polacy nie chodzili do gminy żydowskiej zanosić tych wszystkich rzeczy, które „się zaplątały”, tych maszyn do szycia, naczyń, łyżeczek i krzeseł… Uderzająca, można powiedzieć cynicznie, naiwność. A teraz sobie myślę: może w nowo otwartym Muzeum Historii Żydów Polskich powinna znaleźć się taka sala, do której można byłoby przynieść jakiś budzący wątpliwości mebel, który mamy w domu, jakąś singerowską maszynę do szycia…

Prosi pani pana Cukra, żebyście razem: „weszli do Styksu, szli pod prąd rzeki, żeby skończyć z zapomnieniem”. A kiedy już tam Pani weszła – co było najtrudniejsze?

Bardzo trudne było uświadomienie sobie, że to nie były jednostkowe incydenty. Ale przerażające było tak naprawdę coś innego, pytanie, którego staram się sobie nie zadawać zbyt często: czy naprawdę ta historia nie ma dobrego zakończenia? Próbuję sobie wyobrazić: jestem mamą, urodziłam synka, strasznie go kocham i jest 1933 rok, i to nasze życie jest takie jakie jest, a za chwilę się skończy? I naprawdę nie ma żadnej nadziei? Żadnego zadośćuczynienia, żadnej sprawiedliwości, będzie już tylko piekło? A to piekło możliwe było też i dlatego, że doszło wcześniej do takiego znieczulenia. Bardzo chciałam, żeby to, co napisałam miało wymiar osobisty. Jestem kobietą i jako kobieta zabieram głos. Mężczyźni często boją się emocji, starają się, żeby opisywanie historii było ich pozbawione, żeby czasami nie być posądzonym, nie wiem, o histerię, o brak obiektywizmu. Ja nie będę zimno opisywać tego, że ktoś bije dziecko. Ja jestem mamą tego dziecka i ja czuję, że je boli. Jeżeli je boli, to staję w jego obronie i koniec. Nie wstydzę się tego ani nie boję. Więcej, myślę, że warto tak właśnie pisać o takich sprawach. I w porządku, jeśli ktoś przyjmie, że się podkładam, że jestem infantylna, emocjonalna, proszę bardzo. Ale te dzieciaki, którym dorosły rozwalił kamieniem głowę, wyrwał rękę z barku, te kobiety, które były bite drągiem po głowie- są już opisane, mają imię, nazwisko, wiek. Nie da się o nich zapomnieć, mimo, że nie ma nawet nagrobków, które by świadczyły o ich życiu, o tym że były. To dla mnie jest najważniejsze. Bo skoro już będzie Josef i Chaja Minkowscy zabici 9 marca 1936 roku, Miriam, Hersz i mały Izrael z Woli Kuraszowej, albo Szymon Chełminer z Łodzi czy Karol Zellermayer ze Lwowa, to może dzieci ze szkoły podstawowej imienia Przyjaciół Dzieci w Przytyku pójdą z wychowawcą i oczyszczą teren gdzie był cmentarz żydowski? I te masowe groby w Kałuszynie, Mińsku Mazowieckim, Warcie, zostaną choćby ogrodzone?

Udało się Pani odkryć tajemnicę pana Cukra?

Jak można żyć po tym wszystkim? Czy coś takiego można wybaczyć, powiedzieć, jak jego mama: „co było a nie jest nie pisze się w rejestr”? Nie wiem, jak to możliwe, jak się w sobie znajduje taką siłę. Mam nadzieję, że nigdy nie będę musiała stawać przed takim wyzwaniem. Ale tajemnica pana Cukra to tak naprawdę nasza, polska tajemnica: jak to się stało, że byliśmy zdolni do takich, a nie innych zachowań. Im dłużej, im bardziej będzie skrywana, tym stanie się bardziej pokraczna i bardziej niebezpieczna. Na samym końcu, jak to w książkach bywa, i u mnie są podziękowania i dedykacje. Ja dedykuję to wszystko, co napisałam dzieciom, tym, które zginęły przed wojną, w czasie wojny i po wojnie, tylko dlatego, że były dumnymi Żydami. Już nie zostaną wymazane. Jak Romek Strzałkowski w Poznaniu ’56, jak Janek Wiśniewski, tak chciałam, żeby do tej listy dopisać na równych prawach Abramka Szenkera, który zginął w 1937 kiedy narodowcy robili pierwszomajowy pochód Bundu. On, tak jak i oni, dzieci i młodzi, zginęli ”obok” czy raczej „z powodu” ideologicznej przemocy, bo ‘dorośli się bili’. Po to się robi to wszystko, żeby o nich przypomnieć, a nie żeby kogoś przekonać, że się ma rację. Polacy bili Żydów w latach trzydziestych? Bili. Zastraszali? Zastraszali. Działali przeciw konstytucji 1935, która mówiła, że wszyscy obywatele są równi? Działali. Takie są fakty. Ktoś powie: „było inaczej, ty nic nie rozumiesz, nie możliwe, żeby było to tak powszechne, nie możliwe, żeby takie rzeczy się działy bez przyczyny”. Ich nie przekonam. Ale będę dalej opowiadać naszą historię tak, jak umiem. Ktoś powie, że w czarno-białych barwach albo jak nadwrażliwa mama, czy naiwna pacyfistka. Ale ja opowiadam jako człowiek.

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: