Filmy i ksiazki

Fragment ksiazki Powrót Do Ziemi Praojców cz. 11

W Tel-Avivie i Jaffie

Odtąd Adam stał się serdeczny i troskliwy, jak nigdy przedtem. Patrzył mi wciąż w oczy, czuwał nade mną, starał się odgadywać każde moje życzenie. Widocznie czuł, że zawinił. Nie mogłam wrócić do siebie, otrząsnąć się z przygnębienia i apatii. Wydawało mi się, że wszyscy jakoś dziwnie na mnie patrzą. Znałam przecież zwyczaje kibucu, pasję plotkowania. Zdawało mi się, że wszyscy czytają z mojej twarzy, wstydziłam się wchodzić do jadalni. Adam był gotów zrobić dla mnie wszystko, aby mnie wyrwać z tego stanu. Miałam dwa życzenia: wziąć oficjalnie ślub u rabina i opuścić kibuc. Dotychczas na te dwie rzeczy nie chciał się zdecydować. Tym razem jednak zgodził się. Tylko w ten sposób byłam gotowa zacząć wszystko od nowa.
Zrozumiał to i nie zwlekał dłużej. Wzięliśmy ślub u rabina w pobliżu Tyberiady. Kilku kolegów towarzy¬szyło nam w tej skromnej ceremonii. Potem oświadczy¬liśmy sekretariatowi, że opuszczamy kibuc. Wysłannik z centrali przyjechał specjalnie, aby nas odwieść od tej decyzji. Mówił, że społeczeństwo w mieście jest amoral¬ne i zdemoralizowane, ludzie w kibucu są na wyższym poziomie, żyją dla szlachetnych ideałów itp. Powiedzia¬łam, że te ostatnie zdążyłam już poznać — pragnę teraz żyć w mieście i przekonać się sama o wszystkim. Spakowaliśmy się i pojechaliśmy do Tel-Awiwu, do przyjaciół Adama.
Meira nie spotkałam nigdy więcej. On także opuścił kibuc, ożenił się i zamieszkał w Beer-Szewie. Został nauczycielem w szkole.

W Tel-Awiwie i Jaffie

Sara i jej córki przyjęły nas życzliwie. Z początku było mi trudno przyzwyczaić się do małego pomieszczenia, do jedzenia tylko we dwoje… Jadło się w wąskiej kuchence, w której ledwie mogliśmy pomieścić się. Sara i Ora nie gotowały razem i używały kuchni na zmianę. Matka wyróżniała młodszą córkę, ale bardzo kochała Nurit, córeczkę Ory. Adamowi okazywała wiele sym¬patii i zainteresowania. Szykowała mu specjalne przy¬smaki, dawała większe porcje. Przeważnie przyrządzała makaron i mrożone lub konserwowe ryby. Smażyła z nich kotlety, gotowała klopsy. O mięso było trudno, na czarnym rynku osiągało wysokie ceny i mało kto mógł sobie na nie pozwolić. Ponadto Sara ze swoim wzniosłym idealizmem nie kupiłaby niczego na czarnym rynku.
Nauczyłam się trochę gotować, obchodzić z „ptylią” — naftową maszynką do gotowania. Nie znałam tych czynności przedtem. Sprzątałam codziennie mieszkanie, zmywałam naczynia. Pragnęłam odwdzięczyć się Sarze za przytułek, a także pozyskać sobie nieco jej sympatii. Starałam się zorientować w jej logice, dopasować do jej wymagań i kaprysów, nie przeszkadzać, milczeć. Bałam się jej- Byliśmy wszakże tak zależni od jej dobrej woli i łaski!
Sara nie mówiła dużo. Jej wypowiedzi były twarde, ostre, jak cięcie nożem. Była bardzo wymagająca. Malu¬tka, szczupła, miała żółtą, pooraną zmarszczkami twarz. W cienkich, bezkrwistych wargach sterczała ciągle długa fajka. Ciemne, małe oczka świdrowały każdego na wylot, jakby wiecznie coś podejrzewały. Nigdy nie można było poznać po niej, czy jest zadowolona, czy gniewa się, czy myśli o kimś dobrze, czy źle. Jako nieprzejednana lewicowo-syjonistyczna „patriotka” nie była zachwycona porzuceniem przez nas kibucu, bo w kibucnikach widziała budowniczych państwa. Starała się jednak usprawiedliwić nas. Przecież dwa lata praco¬waliśmy w kibucu — wnieśliśmy więc jakiś wkład w budowę kraju… Tym rozumowaniem na głos, jakby do siebie, rozgrzeszała nasze i własne sumienie. Przy tym odnosiła się z większą pobłażliwością do Adama. Jak się okazało niebawem, nawet mnie znosiła — dla niego. Dla innych nie była wyrozumiała. Nie tolerowała niko¬go, sprzeciwiała się żarliwie wszelkim teoriom i opiniom, które nie licowały z jej własnymi. Była zawzięta, pełna nieugiętych pryncypiów, graniczących z wrogością i za¬wiścią do ludzi o innych przekonaniach.
Zastanawiałam się nieraz, dlaczego właśnie ludzie tak ograniczeni i zawistni lgną do partii politycznych, mających na celu niesienie światu szczęścia i postępu?
Rozpoczęłam pracę w mieście jeszcze w tym samym tygodniu. Sara znalazła mi zajęcie w domach swoich
towarzyszy z „Histadrutu”. Sprzątałam, trzepałam wiel¬kie dywany, prałam bieliznę. W każdym mieszkaniu pracowałam po dwa razy w tygodniu, ale miałam już spis na cały tydzień, tak więc kończyłam sprzątać jedno mieszkanie i zaczynałam następne… Ostatnie było to u Sary. Pracowałam po 4—5 godzin w jednym miesz¬kaniu. Płacono mi co dzień od godziny.
Zarobione pieniądze — choć małe — sprawiały mi dużą satysfakcję. Miałam teraz większą swobodę. Sama wybierałam miejsce pracy, nie budził mnie przerażający gong nad ranem… Nie musiałam biegać wieczorem w ciemnościach, w błocie, aby sprawdzić na tablicy w jadalni, do jakiej pracy raczyli mnie wyznaczyć… Nie musiałam prosić ani zabiegać o wolny dzień.
Podobało mi się miasto. Przyjemnie było wyjść z mie¬szkania-i znaleźć się od razu na szerokiej, ludnej ulicy, widzieć sklepy, samochody, rozmaitych, coraz to innych ludzi. W kibucu zawsze widziało się to samo, spotykało tych samych towarzyszy, wiedziało się o nich wszystko. Mogłam spacerować po ulicach, oglądać wystawy, od¬wiedzać Prajsową, pójść do kina, a — co najważniej¬sze — w Tel-Awiwie nie słyszało się strzelaniny, syreny alarmowej, nie musiałam biec do schronu, jak w Szaar- -Hagolan, co dla mnie było prawdziwym szczęściem!
W pracy odnoszono się do mnie z szacunkiem i zain-teresowaniem. Niektóre gospodynie bywały bardzo ser¬deczne, częstowały mnie mięsem oraz innymi produk¬tami, będącymi wówczas rzadkością. Wysłuchiwały opowieści o moich przeżyciach. Były zadowolone z mo¬jej pracy, ale zdumiewały się i żałowały mnie, że nie mogę znaleźć sobie innego zajęcia. Na ogół bowiem jako pomocnice domowe pracowały Jemenki, a nie kobiety z krajów europejskich. Często moje „klientki” mówiły mi; że jestem godna czegoś lepszego i szkoda, że marnuję swoje możliwości. Nie miałam jednak widoków na inne. Nie znałam tu nikogo, mój hebrajski pozos¬tawiał jeszcze wiele do życzenia. A Adam nie pracował… Sara zwlekała ze znalezieniem dla niego zajęcia. Nie chciała, żeby się przemęczał… Niech odpocznie trochę po kibucu, jeszcze się dosyć napracuje w życiu, nie pali się! Mamy na razie gdzie spać i co jeść… Ona nie wyrzuca nas i niczego od nas nie żąda. Można poczekać, aż nadarzy się coś odpowiedniego… Ale dość długo nie nadarzało się. Milczałam, aby nie wprowadzać jej w złość, o co było nietrudno. Tym bardziej Adam nie przejmował się. Czuł się w tym domu wyśmienicie, jak król. Majstrował, reperował różne rzeczy, pomagał mieszkającej blisko Bati, która była w ciąży. Sara wciąż posyłała go do niej z rozmaitymi poleceniami. Uśmiech zadowolenia rozlewał się po jej twarzy, gdy mówiła z nim. Gawędziła z nim, prowadziła do swoich znajo¬mych. W soboty, gdy przychodzili do niej goście, zamykała się z nimi w pokoju, podawała im wino, słodycze i zapraszała Adama do stołu. Ja zostawałam w kuchni… Adam cieszył się tym wyróżnieniem, o mnie nie dbał. Nie widział w tym nic złego, że mnie nie zapraszała! Nie znam wszakże jej gości i nie muszę przesiadywać z nimi. Mam co robić, a później będziemy mogli wyjść sobie razem… Czasami w takich okolicznoś¬ciach wchodziłam do pokoju starszej córki. Ale ona nie wtrącała się do spraw matki. Sara nie patrzyła na to dobrze, starałam się więc trzymać z daleka od Ory, żeby nie posądzono mnie o intrygi czy plotki. Tym bardziej że obie siostry nie rozmawiały ze sobą, a Sara wciąż donosiła jednej, co dzieje się u drugiej. Batia rzadko odwiedzała dom matki i jakby zakradała się, żeby Ora jej nie widziała. Miała zawsze taki łobuzersko-fałszywy uśmiech na twarzy. Zwracała się do Adama z wielką poufałością, jak do bardzo bliskiego, zażyłego przyjacie¬la. Mnie obserwowała ukradkiem. Byłam chyba dziwną istotą w jej oczach — a może nie pojmowała, co właściwie łączy mnie z Adamem, dlaczego mnie akurat wybrał?
Batia mówiła, że urządzi specjalne przyjęcie z okazji przeprowadzki do pięknego mieszkania swego męża, ale wciąż z rozmaitych powodów zwlekała z tym. Dotąd nie zaprosiła mnie do siebie, choć Adam był u niej codzien¬nym gościem, chciała zrobić to oficjalnie… Mnie też nie spieszyło się. Często odczuwałam przemęczenie, ponad¬to nie miałam z nią o czym mówić. Dużo więcej wspólnego znajdowałam z jej siostrą, która była bardziej rozumna i ludzka. Batia wciąż tylko zaśmiewała się i obserwowała. Ale matka była z niej dumna. Batia pracowała bowiem jako urzędniczka (Ora jako pomoc domowa w domu pewnej nauczycielki w pobliżu) i zro¬biła tak zwaną dobrą partię. Wyszła za mąż za aktora, zamożnego, cieszącego się sławą. Weszła do towarzyst¬wa znakomitych ludzi. Batia nie była, co prawda, jego pierwszą żoną — miał już syna w jej wieku, ale to nie liczyło się.
W tym czasie Ora porzuciła długoletnią pracę u wspo¬mnianej nauczycielki. Poszłam tam na jej miejsce. Orze nie podobało się, że jej gospodyni zaczęła remontować mieszkanie i wprowadzać luksusy, jakie do tej pory nie były akceptowane w społeczeństwie budowniczych ży¬dowskiego państwa. Dotąd panowała tu skromność, oszczędność i wyrzeczenia, ostatnio jednak kraj ogar-nęła żądza bogactwa oraz wygodnego życia.
Ora była tym oburzona. Mówiła, że nie znosi dorob¬kiewiczów, nie będzie pracować więcej u Jony.
Lubiłam ten dom. Znajdował się blisko domu Sary, nie musiałam więc tłoczyć się w autobusach, aby dojechać na miejsce. Gdy sprzątałam u Jony, ona przebywała w szkole, a gdy wracała w południe, koń¬czyłam właśnie pracę. Płaciła mi natychmiast, wyrażając zadowolenie ze mnie. Mąż Jony był kierownikiem szkoły, dziesięcioletni syn uczył się w czwartej klasie. Jona jako dziecko przyjechała do Palestyny z rodzicami, którzy pochodzili z Rumunii. Rodzice odwiedzali ją często, przywozili kury, nabiał i owoce ze swego go¬spodarstwa w Pardes-Chana. Dla mnie było dziwne, że ktoś mniej więcej w moim wieku ma jeszcze rodziców!
Adam zaczął wreszcie pracować w warsztacie, w któ¬rym wyrabiano story do wystaw i parasole przeciw¬słoneczne. Nie znalazł nic lepszego. Sara orzekła, że to nie jest ważne, może na razie przyjąć tę robotę — na początek. Odtąd otoczyła go szczególną opieką, pil¬nowała, żebym dawała mu wypocząć, żeby zjadł dobrze, gdyż ciężko pracuje… Ja także podjęłam dodatkową pracę u sąsiadki Jony, aby więcej zarobić i szybciej zebrać sumę na zapłacenie „kluczowego” za mieszkanie. Obie moje klientki miały trzypokojowe, własne miesz¬kania, z łazienką i dwiema dużymi werandami z wido¬kiem na morze, w owym bloku dla zasłużonych z ,,Hi- stadrutu”. Ludzie podobni do mnie nie mogliby wtedy nawet marzyć o czymś takim! Chawa, moja druga gospodyni, była sekretarką w szkole, „sabrą”, czyli urodzoną w Izraelu, mąż jej był nauczycielem. Mieli troje dzieci. Najmłodszą, Nawą, opiekowałam się czę¬sto, gdy rodzice musieli wyjechać lub wyjść razem. Przywiązałam się do dziewczynki. Również i w tym domu gospodarze odnosili się do mnie serdecznie, z sympatią. Nic dziwnego, że czułam się tutaj jak w rodzinie. Interesowali się moją przeszłością, moimi losami — zapraszali do stołu w czasie obiadu, służyli dobrą radą. Moje przeżycia wojenne były im zupełnie nie znane i nie do pojęcia. Ale przynajmniej gotowi byli słuchać i nie prawili mi morałów o braku bohaterstwa, o powinności suszenia błot, malarii i budowie państwa żydowskiego, o którym nie chcieliśmy wiedzieć w galucie…
Pracę u Jony i Chawy objęłam po opuszczeniu willi pewnego dygnitarza izraelskiego. Natknęłam się tam na upokarzający stosunek do mnie, jakiego nie zaznałam w żadnym innym domu. Ci, którzy mnie skierowali do tego domu, opowiadali cuda o tej idealistycznej rodzi¬nie. Myślałam, że to jest rzeczywiście niezwykła szansa. Dom — jak się okazało — prowadziła siostra owego gospodarza, ponieważ jego żona była zajęta działalnoś¬cią społeczną. Na początku mojej pracy nie spotykałam jej w ogóle. Aż pewnego razu otworzyła mi drzwi i od razu — na progu — zapytała: „Ty jesteś Halina? Idź, oczyść mi szybko buty!” Zatkało mnie. Poszłam jednak posłusznie zrobić to, co mi kazała. Potem zabrzmiał następny rozkaz, w podobnie ostrym tonie. „Zapal natychmiast prymus!” Potrząsnęłam przecząco głową — nie wiem, jak się to robi… „Cooo?! Nie umiesz nawet zapalić prymusa? Więc co ty w ogóle umiesz?!” Czułam, że krew uderza mi do głowy. Co ja w ogóle umiem?!… A koszmarne doświadczenia mojego osiemnastoletniego życia? Co umiałam, że potrafiłam przeżyć, zachować swe człowieczeństwo?!
Po latach otrzymałam stypendium na wydanie książki z fundacji imienia jej wielkiego męża — dla pisarzy, artystów i uczonych. Nie żyła już wtedy, a ja w duszy mówiłam do niej: „Widzisz, że można coś umieć, nawet gdy się nie potrafi zapalić prymusa?!”
Odeszłam stamtąd bez uprzedzenia. Nie poszłam nawet po należną mi zapłatę, bo nie chciałam widzieć ich więcej. Śmiałam się, gdy czytałam mowy tych dwojga „wielkich” ludzi o potrzebie ratowania Żydów na świecie i sprowadzenia ich do Izraela… Tylko czy umieją aby dobrze czyścić buty i zapalać prymus?
Batia zaprosiła wreszcie Adama, mnie i matkę na obiecaną kolację. Oprócz nas byli obecni jej mąż i jakiś jego kolega. Mąż Bati miał już ponad sześćdziesiąt lat, trochę nie dosłyszał, ale był miłym, wesołym człowie¬kiem. Wysoki, dobrze zbudowany. Batia utyła ogromnie z powodu ciąży, stała się nie do poznania. Wciąż śmiała się z czegoś i mrugała poufale do Adama. Widać było, że jest wtajemniczony we wszystkie tajniki tego domu.
Sara zerkała na mnie raz po raz wskazując mi głową kuchnię… Oburzało mnie to. Nie ruszałam się z miejsca. Nie zostałam zaproszona, aby tu usługiwać. Byłam bardzo zmęczona po ciężkim dniu pracy w kilku do¬mach. Nie przyszłabym tutaj, gdybym wiedziała, że mam pomagać w kuchni. Twarz Sary zasępiła się. Moja chyba także. Ale udawałam, że niczego nie spostrzegam. Wtem Batia zwróciła się do Adama, by zamknął drzwi od werandy, bo wiał chłodny wiatr od morza. Powie¬dział, że nie trzeba zamykać, nie zmarznie… Na to Batia wybuchła wściekle: „Tobie zawsze jest gorąco! Ilekroć spałam z tobą, miałeś ciepłe nogi — a ja zimne jak lód… Zamknij te drzwi!” Sara spoglądała na córkę roz¬promieniona. Mąż nie dosłyszał, a kolega był człowie¬kiem dyskretnym i kulturalnym… Adam spojrzał na mnie. Nie wiem, jak wyglądałam, ale podniósł się natychmiast, przeprosił i wyprowadził mnie na dwór.
Chodziliśmy po ulicach bez celu. Z początku żadne z nas nie wypowiedziało słowa, mimo że tutaj nikt nie przeszkodziłby nam rozmawiać czy nawet kłócić się do woli. Ale o czym było jeszcze mówić? Teraz pojęłam, dlaczego nie chciał brać mnie ze sobą, gdy jechał do Batii z produktami z Ejn-Szemer! Dokąd będziesz się wlokła? Nie ma tam miejsca dla dwojga na nocleg!… Powiedzia-łam to na głos. Zaprzeczał. Nic nie było między nimi. Nie odpowiadał więcej na moje zarzuty, jakby nie jego dotyczyły, jakby mnie wcale nie słuchał. Najważniejsze, że zabrał mnie w porę z domu Batii i nie doszło do skandalu…
Późną nocą wróciliśmy do mieszkania Sary. Jak długo mogłam się włóczyć z nim po ulicach? Dokąd mogłam pójść?
Odtąd Sara prawie nie odzywała się do mnie. Patrzyła na mnie z nie ukrywaną nienawiścią i wzgardą. Ale nie atakowała mnie, nie robiła wymówek, jak przedtem. Nie posyłała też więcej Adama z poleceniami do Batii.
Dusiłam się w tym domu. Nie odwiedzałam też Prajsowej, gdyż nie chciałam się zdradzić przed nią ze swej życiowej klęski i upokorzeń. Byłam zgnębiona, wszystko wydawało mi się stracone, bezsensowne, bez¬nadziejne. Pracowałam jak automat. Adam krzyczał nieraz, dlaczego chodzę wciąż taka markotna, aż przy¬kro na mnie spojrzeć?! Niby nie wiedział o niczym, nie pojmował. A może naprawdę nie rozumiał albo nie widział nikogo oprócz siebie — jemu zaś nie brakowało tu niczego, było mu dobrze. Na razie nie mieliśmy dość pieniędzy, aby stąd odejść.

Pewnej soboty ktoś zapukał do drzwi. Na progu stał Heniek! W mundurze wojskowym, w czapce. Bez chwili namysłu rzuciłam mu się na szyję. Odżyłam. Adam też okazał radość. Jak nas znalazł? Tak dawno straciliśmy kontakt! Sara przypatrywała się z zaciekawieniem, ale moja radość wzbudziła w niej od razu wrogość do nie znanego gościa. Zapanowała ciężka atmosfera. Bąk¬nęłam po polsku, że mam wiele do opowiadania. Heniek nie podejrzewał niczego złego, myślał, że dobrze nam jest w Tel-Awiwie, Zaproponował spacer po mieście. Wyszliśmy na ulicę. Tutaj można było swobodnie od¬dychać. Adam poszedł szukać otwartej budki z papierosami — w soboty na ogół wszystko musi być zamknięte, nie działa też komunikacja miejska; religijni nie ze¬zwalają. Długo nie wracał. Zdążyłam więc opowiedzieć Heńkowi o stosunku Sary do mnie i warunkach życia u niej. O przyjęciu u Bati i jej zażyłości z Adamem przemilczałam. Wstydziłam się powiedzieć o tym komu¬kolwiek. Heniek był wzburzony do głębi tym, co ode mnie usłyszał. Natychmiast zaproponował nam przyjazd do niego, do Jaffy. Adam nie mógł się zdecydować, ja natomiast przyjęłam propozycję Heńka jak zbawienie. Umówiliśmy się, że za kilka dni Heniek przyjedzie po nas.
Z widoczną niechęcią Adam pakował nasze rzeczy. Sara trzęsła się z powstrzymywanej złości. Ale tym razem była bezradna. Nic nie zatrzyma mnie tutaj dłużej. Adam wiedział o tym dobrze. Jego stosunek do mnie zmienił się, stał się bardziej życzliwy.
Heniek uśmiechał się serdecznie, pomagał dźwigać paczki. Cieszył się szczerze, że zamieszkamy u niego. W autobusie Adam zaczął mi robić wymówki, że tak brzydko uciekliśmy od tych dobrych ludzi, że w Tel-Awiwie jest lepiej mieszkać niż w Jaffie. Przypom¬niałam mu Batię i jej zimne nogi… Zamilkł. Jasne, że w Tel-Awiwie było mu lepiej. Byłam szczęśliwa, że nie będę musiała dłużej mieszkać u Sary. Nie liczyłam w ogóle na taki cud.
Miałam teraz daleko do pracy — Adam bliżej, gdyż jego warsztat, w którym pracował, znajdował się na granicy Jaffy. Musiałam dojeżdżać dwoma autobusami do północnego Tel-Awiwu; trwało to ponad godzinę w jedną stronę. Autobusy były stale przepełnione, kursowały rzadko. Długie kolejki oczekujących znie¬chęcały mnie do korzystania z tego środka lokomocji. Dlatego wolałam chodzić pieszo, jak tylko czas na to pozwalał.
W Jaffie mieszkali przeważnie nowi imigranci z roz¬maitych krajów, mówiący różnymi językami, i Arabo¬wie. Wszyscy niemal pracowali w Tel-Awiwie bądź jego okolicach. Mieszkali w starych arabskich domach, bez łazienek i innych udogodnień. W krótkim czasie po¬wstały w zaułkach Jaffy, w różnych poarabskich rude-rach, zbudowanych jeszcze w średniowieczu, warsztaty, fabryki i sklepy. Ludzie pracowali tam w okropnych warunkach i zarabiali niewiele.
Na ulicach smażono różnorakie mięsiwa, wędził się w dymie szaszłyk, a nad kotłami kukurydzy unosiła się bez przerwy para. Istny Orient. Żydzi z krajów arabs¬kich i Arabowie handlowali tymi potrawami, pootwierali także liczne kawiarnie. Nieraz spacerowaliśmy we troje w tym dziwnym, wielobarwnym tłumie. Jak różne było to wszystko od tego, czym żyłam kiedyś w War-szawie, a nawet w kibucu i w Tel-Awiwie!
Pracowałam wiele godzin. Brałam dodatkowe prace, takie jak sprzątanie po remontach, byle tylko szybciej zebrać konieczną sumę na wynajęcie mieszkania, na wpłacenie „kluczowego”. Marzyłam o tym. Pragnęłam urządzić się — być gospodynią we własnym domu, jak kiedyś moja matka. Chciałam — tak jak ona — sprzątac, gotować i piec te same potrawy… Wprowadziłam to — w miarę możliwości — u Heńka. Powitał to z prawdziwą radością. Nie zapominałam jednak, że jest wolny, że może już niedługo spotkać dziewczynę, w któ¬rej zakocha się — a wtedy będziemy mu przeszkodą. Wolałabym wyprowadzić się stąd, nim to nastąpi. Heniek śmiał się, gdy mu o tym wspominałam.
Pensję Adama odkładaliśmy całkowicie, utrzymywaliśmy się z tego, co ja zarabiałam. Heniek wracał tylko na noc, jadł w wojsku. W domu nie było niczego — żadnych naczyń, mebli… Tak niewiele potrzebował dla siebie! Mieszkanie znajdowało się na bocznej, nie bruko¬wanej uliczce. Składało się z trzech pokoi, długiego, wąskiego korytarza bez dachu, podwórka wyłożonego kolorowymi kafelkami, ubikacji i jeszcze jednego pokoi¬ku na drugim końcu korytarza. Wiatr znosił tu liście z drzew, różnorakie śmiecie. Jedno drzewo rosło w kącie korytarza, pod ścianą. Nie było elektryczności, prysznica. Wodę czerpaliśmy z kranu znajdującego się na podwórku. Z czasem Heniek z Adamem zainstalowali prysznic, a w bocznym pokoiku-komórce zbili ze skrzy¬nek od warzyw prowizoryczne szafki, na których usta¬wiłam dwie naftowe maszynki do gotowania. Tam też jadaliśmy. Potem dostałam od Prajsowej stół, do które¬go dorobiliśmy blat. Od znajomej dostałam trochę naczyń kuchennych, a kolega z Tel-Awiwu podarował mi dwudrzwiową szafę koloru kremowego. Z pieniędzy otrzymywanych każdego dnia po pracy kupowałam garnki, talerze, nakrycia. W owym okresie ciężko było dostać tu cokolwiek. Długo musiałam chodzić po mie¬ście, aby cos znalezć w sklepach. Ale kupowanie tych drobiazgów sprawiało mi wiele przyjemności, było ja¬kimś urozmaiceniem, dawało mi także poczucie samodzielności… Przedtem o wszystko dbał kibuc — my, jego członkowie, musieliśmy jedynie wykonywać nakazaną nam pracę. Teraz sama troszczyłam się o wszystko.
Jeden pokój w mieszkaniu Heńka zajmował Menachem i jego przyjaciółka, Edyta. Brat Menachema, Józef, służył razem z Heńkiem w Palmachu. Pochodził z Rumunii. Zaprzyjaźnił się z Heńkiem i w czasie urlopów z wojska sypiał u niego, gdyż nie miał dokąd pójść. Heniek mieszkał sam, więc nie brakowało tu miejsca. Dlatego też Menachem sprowadził Edytę, która mieszkała z rodzicami w pobliżu. Spali w pokoju od strony podwórka, Józef w środkowym, a Heniek w po¬koju od frontu. Do obydwu pokoi wchodziło się przez ten środkowy. Teraz Heniek oddał nam swoje miejsce, a sam ulokował się w tym środkowym, gdzie od czasu do czasu sypiał Józef. Stał tam duży stół i arabski kredens. W mieszkaniu zawsze było pełno ludzi — kolegów z kibucu, wojska, z sąsiednich domów. Menachem i Edyta byli zaskoczeni naszym przybyciem, ale nie mogli sprzeciwić się, gdyż Heniek był tu gospodarzem. Dotąd czuli się tutaj wyłącznymi gospodarzami. Niemal wszystko, co należało do Heńka, można było u nich znaleźć… Heniek odnosił się do tego pobłażliwie, nie zależało mu na niczym. Nie miał rodziny, nie czuł przywiązania do pustego domu.
Po naszym przybyciu zaprowadziłam w domu po¬rządek. Sprzątnęłam gruntownie, Menachem i Edyta musieli nauczyć się, że nie wszystko do nich należy. Tryb życia zmienił się. Heniek był rad. Życie nabrało dla niego sensu, miał teraz do kogo wracać ze służby. Ktoś go witał, przygotowywał mu posiłek, dbał o niego… Nauczyłam się gotować, piec. Wszystko na tej prymity¬wnej maszynce naftowej. Brakowało wielu produktów. Marmolada zastępowała cukier, amerykański proszek jajka, ryba mięso. Mimo tego potrawy były smaczne, ich przygotowanie wymagało tylko więcej trudu i inwencji.
W drodze powrotnej z pracy robiłam zakupy, stałam w długich kolejkach po odbiór przydziałów żywności. Heniek często pomagał mi w tym, gdy przychodził wcześniej ze służby. Zamawiał mi kolejkę, pomagał dźwigać kosze. Przeważnie nie jadł otrzymywanego w wojsku obiadu i przynosił go do domu, Doprawiałam to i jedliśmy we trójkę… Otrzymywał porcję mięsa, gotowane jarzyny, jajka. Był szczęśliwy, gdy mógł nam coś przynieść. Wieczorami, zwłaszcza w soboty, wy¬chodziliśmy razem na spacery, do kina. Odwiedzaliśmy Władka i Lenę, u których spotykaliśmy towarzyszy z kibucu. Fela z mężem mieszkała tymczasowo u Leny. Oboje zarabiali nieźle. Sypiali w kuchni i płacili za to. Heniek nie chciał słyszeć o żadnej zapłacie z naszej strony. Wzbudzało to zazdrość, a także złośliwe plotki. Menachem i Edyta byli w tym pierwsi. Drwili z Heńka. Wchodziliśmy właśnie w okres „dorabiania” się. Każdy chciał zaimponować drugiemu materialnymi osiągnię¬ciami, większym zarobkiem, co zatruwało przyjazną atmosferę i stosunki między nami. Z początku ta walka o byt, zdobycie środków do egzystencji była zrozumiała i słuszna, ale z biegiem czasu jeden pragnął tylko prześcignąć drugiego, zaimponować. Zmieniały się war¬tości, a raczej zanikały w wielu wypadkach te praw¬dziwe, ludzkie.
W domu Heńka Adam odnosił się do mnie niewiele lepiej niż w mieszkaniu Sary. Nie odpowiadał, gdy zwracałam się do niego. Musiałam powtarzać kilkakrot¬nie pytania, gdyż nie słuchał mnie, nie zwracał na mnie uwagi. Nie pomagał mi także w pracach domowych. Przesiadywał najczęściej z Menachemem i grał z nim w karty. Czułam się lekceważona, jak ktoś, kto żyje u boku człowieka dawno znudzonego moją obecnością. Dobijało mnie to. Kłóciłam się często z Adamem, wymawiałam mu jego chłodny stosunek do mnie. Kiedy nie miał co mi odpowiedzieć, krzyczał, a nawet wygrażał mi. W takich sytuacjach pragnęłam tylko jednego: aby sąsiedzi nie usłyszeli naszych awantur. Nikomu nie opowiedziałabym o nich. Jeżeli tak traktuje mnie naj¬bliższy człowiek, to jaki sens ma moje obecne życie?
Nie mogłam też otrząsnąć się ze wspomnień owego przyjęcia u Bati i jej niedwuznacznej wypowiedzi. Tym bardziej że Adam często wracał późno do domu. Podejrzewałam, że odwiedza Sarę i jej córkę…
Ale w Jaffie przynajmniej nikt nie wtrącał się do mnie, nie wyróżniał Adama. Nie czułam też świdrujących mnie bezustannie oczu Sary, śledzącej każdy mój krok i ruch. Heniek ufał mi, szanował, był życzliwy nam obojgu. Dzielił się z nami wszystkim, co miał.
Zarobione przez siebie pieniądze Adam wkładał do skrytki, którą specjalnie zrobił w szafie. Nie pojmowałam, przed kim tak je chowa, ale nie sprzeciwiałam się temu, gdyż pragnęłam jak najszybciej uzbierać na miesz¬kanie. Ani koledzy Adama, ani nasi współlokatorzy nie orientowali się w naszej sytuacji finansowej. Adam utrzymywał w sekrecie swoje zarobki. Sądzę, iż chciał, aby jedni sądzili, że zarabia więcej niż w istocie, a drudzy, że mniej… Nawet Heńka, który był dla nas jak brat, nie pozwalał wtajemniczać w nasze sprawy finansowe. Denerwowało mnie to i krępowało, bo przecież Heniek życzył nam jak najlepiej i pomagał we wszyst¬kim, nierzadko wspierając nas swoim niewielkim żołdem wojskowym bądź pieniędzmi zarobionymi podczas krótkich urlo¬pów. Adam, niestety, przyjmował to jako coś oczywi-stego, co mu się słusznie należy…

Przyslala Halina Birenbaum

birenbaum

Kategorie: Filmy i ksiazki

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.