Fragment ksiazki Powrót Do Ziemi Praojców cz.12

Była jesień 1949 roku. Panowało dłuższe zawieszenie broni, przerywane od czasu do czasu zbrojnymi akcjami Arabów. Mimo licznych ofiar i codziennych dramatów życie powoli normalizowało się. Ludzie szukali pracy, mieszkań, chcieli jakoś urządzić się.

Nadchodziła zima. Upłynęło kilka miesięcy, odkąd przybyliśmy do Jaffy. Adam otrzymał powołanie do wojska. Wtedy posiadaliśmy już sumę pieniędzy, która starczyłaby na wpłacenie „kluczowego”. Ale Adam nie spieszył się. Zbyt mu było wygodnie u Heńka, aby chciał to zmienić, dopóki nie musi. Szkoda pieniędzy! Na uwagę Prajsowej, że nie wypada zostawiać mnie samej w mieszkaniu z drugim mężczyzną, odburknął, iż nic złego mi się nie stanie, a ludzie niech gadają, co chcą, on się tym nie przejmuje! Myślałam z lękiem o jego mobilizacji. Bałam się samotności, bałam się zmian i wstrząsów, związanych z jego odejściem. Nie dowierza¬łam mu, i to właśnie napełniało mnie niepokojem. Przykro mi było także wobec Heńka, że poniewiera się we własnym mieszkaniu, podczas gdy my zajmujemy tak długo duży pokój. Teraz Adam nie będzie zarabiał, służba potrwa dwa lata — kiedy więc zwolnimy mu miejsce? Nie chciałam czekać, aż sam będzie zmuszony nam to powiedzieć. Jednakże na pytanie Adama, czy gotów jest trzymać nas u siebie dalej — Heniek okazał zdumienie, że w ogóle przychodzą nam na myśl jakie¬kolwiek wątpliwości. Odpowiedź zadowoliła Adama. Mógł spokojnie odejść. Byłam zdenerwowana i roz¬czarowana jego postawą. Widziałam w tym obojętność, lekceważenie, które obrażało mnie. W głębi duszy miałam jeszcze jeden powód, żeby wyprowadzić się stąd przed odejściem Adama do wojska. Ostatnio bowiem obudziło się we mnie jakieś dziwne uczucie do Heńka, które wydawało mi się wzajemne. Pragnęłam zapobiec temu zawczasu, aby nikomu nie komplikować życia.
Pewnego dnia szłam do kredensu, który znajdował się w wąskim przejściu. Heniek stał obok, nie było więc miejsca, aby wyminąć go. Mimo woli nasze ciała zetknęły się. Heniek przycisnął mnie mocno do siebie. Po chwili zaśmiał się serdecznie, przyjmując żartobliwy ton. Poczułam jego siłę i własną słabość. Dobrze było czuć wsparcie jego silnych ramion. Wszystko to trwało
chwilę, ale wspomnienie wciąż wracało i za każdym razem uderzało mi do głowy. W takich chwilach bałam się samej siebie, czułam się winna, jakbym zdradzała Adama, i dlatego tak nalegałam, żeby wynająć miesz¬kanie. Chciałam także mieć dziecko, które mocniej związałoby mnie z Adamem. On jednak nie chciał nawet słyszeć o tym, tak jak nie chciał żadnych zmian przed ukończeniem służby wojskowej.
Nastał dzień rozstania. Usmażyłam jajko z klopsi- kiem z wczorajszego obiadu, aby jajecznica była więk¬sza, i podałam na jednym talerzu, myśląc, że będziemy jeść razem na pożegnanie. Ale Adam sprzeciwił się temu ostro. Wyrusza w drogę i sam zje swoją porcję… Po tych słowach jedzenie utkwiło mi w gardle.
Odprowadziłam go do autobusu. Następnie pojecha¬łam do pracy. Bez życia, bez chęci. Ogarnęła mnie pustka, żal. Jakbym nie miała po co jechać i po co wracać do domu. Przyszłość stała się niepewna, a teraź¬niejszość nieznośna, zwłaszcza po tak chłodnym pożeg¬naniu. Opadły mnie przykre myśli. Kto wie, kiedy Adam wróci na urlop? I czy wróci do mnie, czy do Sary i jej córki? Jak potoczy się dalej moje życie? Dzień dłużył mi się w nieskończoność, a praca nie szła.
Powrót do Jaffy, do domu, także mnie nie pociągał. Nie ma tam nikogo. Ostatnio Heniek często zostawał na noc w wojsku. Zresztą, nie mógł mi teraz pomóc. Nie wiedział nic o moich zmartwieniach i urazach. Na zewnątrz moje życie z Adamem przedstawiało się jako harmonijne i zgodne. Heniek nigdy nie słyszał moich żalów i gwałtownycli reakcji Adama. Nie podejrzewałby go o podobne. Może nawet specjalnie zostawał ostatnio w wojsku, aby udowodnić, że nie zamierza krępować mnie swoją obecnością, gdy Adama nie będzie?
Przed wieczorem znalazłam się wreszcie w domu. W pokoju było ciemno i zimno. Rzuciłam się na łóżko. Było mi tak strasznie na duszy! Nie tylko samotność i pustka dokuczały — ale niepewność, brak wiary w jutro. Leżałam nieruchomo, jak martwa. Zasłuchałam się w ciszę, którą chwilami przerywało żałosne miaucze¬nie kota, daremnie poszukującego jakichś „skarbów” w śmietniku. Obojgu nam było źle… Z rzadka na ulicy odzywały się czyjeś kroki i znikały pospiesznie w dali. Nikt nie spieszył do mnie. Wzmagało się we mnie przekonanie, że Adam nie wróci… Właściwie dawno już odszedł ode mnie i licho wie, co go tu jeszcze dotychczas trzymało. Może ten ślub u rabina, przyzwyczajenie? Dawniej starałam się odpędzić od siebie takie myśli, więcej — walczyłam o zmianę jego stosunku do mnie… Nagle przyłapałam się, że wyławiam z tej ciszy odgłosy kroków za oknem. Ogarnęło mnie uczucie denerwu¬jącego wyczekiwania. Na co? Na kogo? Nie zwol¬nią przecież Adama zaraz pierwszego dnia… Zdawało mi się jednak, że ktoś musi przyjść. Pomyślałam o Heń- ku. Dlaczego nie ma wrócić? Dawno już go tu nie było. Może wpadnie niespodziewanie? Powinien! Prze¬rwałby tę przytłaczającą pustkę w domu. Ale dlaczego miałby przyjeżdżać z tak daleka? Późno już. Napięcie moje wzrastało. Czekałam. Pragnęłam obecności ja¬kiejś bliskiej duszy. Z jednej strony chciałam, żeby Heniek wrócił dziś do domu, z drugiej zaś byłam zła na samą siebie, że o nim myślę, że czekam na niego…
Menachem i Edyta wrócili, a raczej wtargnęli, jak nawałnica, do domu. Kłócili się, trzaskali drzwiami. Irytowały mnie despotyzm Menachema i upokarzająca pokora Edyty. W końcu umilkli. Zasnęli chyba. A ja nie mogłam zasnąć. Nie przestawałam nadsłuchiwać, łudzić się… Wtem zbliżyły się czyjeś szybkie kroki. Serce zabiło mi mocniej. Tak, to tutaj. Zgrzyt klucza i energiczne szarpnięcie drzwi, a po chwili już przyjazny, pełen zdziwienia głos Heńka: „Dobry wieczór, dlaczego tak leżysz w ciemności?!” I nie słuchając nawet mojej odpowiedzi, poszedł do kuchni. Zaparzył herbatę i za¬grzał jedzenie, które przyniósł z wojska. Następnie przyszedł do mnie i zabrał do kuchni. Tam wetknął mi ‚ łyżkę do ręki, a sam zaczął jeść drugą z tego samego talerza… Zapomniałam o wszystkim. Wróciło życie.
Rano pojechałam do Tel-Awiwu, do Jony i Chawy. Znów ogarnął mnie lęk przed pustką w mieszkaniu wieczorem. Zwierzyłam się z tego Jonie. Zresztą sama zauważyła zmianę we mnie, smutek. Była mądrą, bardzo zrównoważoną kobietą. Potrafiła słuchać — rozumiała więcej, niż mówiła, co szczególnie ceniłam. Wiedziała, kiedy wtrącić się, a kiedy milczeć.
Heniek przyjechał do domu niemal od razu po moim powrocie z pracy. Nie tracił czasu na namysły, czy wypada wrócić, czy raczej pozostać w wojsku. Ewen¬tualne plotki nic go nie obchodziły.
Minął miesiąc. Adam nie dawał znaku życia — nie przyjeżdżał, nie pisał. Menachem dowiedział się w końcu od kolegi, który został zmobilizowany razem z Ada¬mem, gdzie się znajdują i że Adam czuje się dobrze.
Pracowałam, jak zwykle, i zajmowałam się domem w Jaffie. Heniek wracał z wojska codziennie. Jedliśmy razem kolację, pomagał mi sprzątać, wychodziliśmy załatwiać sprawunki na mieście. Nieraz wyciągał mnie do kina, gdy pokazywano jakiś ciekawy film, czasami czytał mi na głos, a ja szydełkowałam. Okazywał mi serdeczność i szacunek.
Zaczęłam zwracać więcej uwagi na swój wygląd ze¬wnętrzny. Życie nabrało znów sensu. Ktoś troszczył się o mnie, komuś zależało, abym czuła się dobrze. Często porównywałam zachowanie Heńka i Adama. Przekona¬łam się raz jeszcze, jak bardzo uzasadnione były moje żale i zarzuty wobec Adama. Nie przestawałam myśleć o tym nawet w pracy. Wspominałam słowa Heńka, jego spojrzenie i uśmiech, gdy odzywał się do mnie, gdy na mnie spoglądał. Zastanawiałam się, komentowałam. Ab-sorbowało mnie to coraz bardziej. Z radością wracałam teraz do domu, czekałam niecierpliwie na ponowne spotkanie z Heńkiem, gdyż nigdy nie byłam pewna, czy nie zatrzymają go w wojsku. Starał się jednak wracać. Nie chciał, abym była samotna i smutna jak owego pierwszego wieczoru po odejściu Adama. A przecież nie znał prawdziwego powodu tego smutku i przygnębienia.
Pewnego dnia wyjawiłam mu wszystko. Opowiedzia¬łam o przyjęciu u Bati, o zajściu z dziewczyną w Szaar- -Hagolan, o zachowaniu się Adama wobec mnie. W tra¬kcie opowiadania zapomniałam, że Heniek siedzi na¬przeciw mnie i słucha zaszokowany. Wydawało mi się, że mówię sama do siebie, że rozliczam się z dotych¬czasowego życia. A może Adam jest już na urlopie i siedzi sobie u Sary? Powiedziałam to na głos. Roz¬pierała mnie gorycz. Niespodziewanie Heniek pochylił się nade mną i pocałował w usta. Powiedział, że lubi mnie jak siostrę. Pragnął mnie uspokoić. A może siebie samego? Tej nocy ani ja, ani on nie zmrużyliśmy oka. Wsłuchiwaliśmy się w każdy szmer zza ściany.
Nazajutrz rano Heniek przyciągnął mnie do siebie w pośpiechu i ucałował mocno przed wyjściem z domu. Byliśmy sobie teraz jeszcze bliżsi. Łączyło nas coś wielkiego, niewypowiedzianego, o czym nie było potrze¬by mówić. Szłam do pracy jakaś lżejsza, młodsza. Kochałam teraz wszystkich! Nie wstydziłam się swoich uczuć. Nie czułam się winna wobec nikogo. Od tego czasu coraz częściej spędzałam z Heńkiem każdą wolną chwilę. Spacerowaliśmy po ulicach Tel-Awiwu, Jaffy. Rozmawialiśmy. Przesiadywaliśmy nad morzem. Było nam dobrze ze sobą. Każde spotkanie zbliżało nas do siebie. Z trudem rozstawaliśmy się późnym wieczorem. Myślami pozostawaliśmy jednak razem.
W tym czasie Heniek przypadkowo odnalazł adres ciotki w Paryżu, siostry matki. Z Francji nadszedł serdeczny list. Ciotka podała w nim adres kuzynostwa mieszkających w Tel-Awiwie. Heniek pamiętał krew¬nych z dzieciństwa. Starsza Nadzia wyszła za mąż i jeszcze przed wojną wyjechała z mężem do Palestyny, a jej brat, Szymon, przyjechał z. armią Andersa. Nadzia była właścicielką dwóch sklepów w Tel-Awiwie. Brat z początku pracował w jednym z nich, a potem odkupił go i rozwinął. Ożenił się z „sabrą”, mieli kilkuletniego syna. Heniek i jego krewni ucieszyli się niezmiernie tym spotkaniem. Odtąd często odwiedzał ich wieczorami. Nie towarzyszyłam mu w tych odwiedzinach, ale wie¬dzieli, że mieszkam u niego.
Często odwiedzali nas koledzy, dawni towarzysze z kibucu, szczególnie Władek z Leną i dzieckiem. My także zachodziliśmy do nich, tym bardziej że nie widzieli w tym nic złego, że Heniek towarzyszy mi wszędzie w czasie nieobecności Adama. Nie domyślali się niczego, a jeżeli nawet coś podejrzewali, nie okazywali tego. Byli przyjaźni, cieszyli się naszymi odwiedzinami. Nie mieli innych bliskich. Łączyły nas lata pobytu w kibucu, droga do Palestyny. Wiedzieliśmy o sobie niemal wszystko.
Był styczeń 1950 roku. Któregoś dnia postanowiłam z Heńkiem pójść do jednego z kin w Jaffie. Nie mieliśmy ochoty siedzieć w domu, mimo że na dworze dął silny wiatr, a niebo pokryło się ciężkimi chmurami. Deszcz wisiał w powietrzu. Okazało się jednak, że nie deszcz, ale… śnieg! W Tel-Awiwie, w Jaffie! Wyszliśmy z kina i nagle nie widziana tu nigdy biel! Wszystko pokryła warstwa prawdziwego śniegu, jak kiedyś — w Polsce…
Trzęsłam się z zimna. Byłam w lekkim ubraniu i płytkich, zamszowych pantoflach. Heniek śmiał się ze mnie. Nie znosił tutejszych upałów, zimno nie przeszkadzało mu. Nieraz wspominał syberyjskie mrozy i śnieżne zawieje — burany.
Heniek wziął mnie za rękę i pobiegliśmy szybko do domu. Dopadliśmy wreszcie drzwi. Podłoga korytarza pokryła była śniegiem i błotem. W pokoju panowało przenikliwe zimno, bo cienkie ściany i wysoki sufit (arabski styl budowy), chroniący od gorąca, zapewniały zwykle tak konieczny w tutejszym klimacie chłód.
Wpakowałam się natychmiast do łóżka pod kołdrę. Dawno nie odczuwałam takiego zimna. Heniek zapalił naftową lampkę i przygotował herbatę, którą następnie podał mi do łóżka. Siedział obok mnie popijając gorącą herbatę. Nie było jeszcze późno i nie chciało mu się spać. Pochylił się nieco ku mnie. Zarzuciłam mu brzeg kołdry na plecy. Żal mi było, że marznie, nie przeczuwa¬łam, dokąd nas to zaprowadzi. Nagle objął nas ogień. Nie można było obronić się przed tym uczuciem. Zlaliśmy się w jedno. Wiedziałam, że nie potrafię już żyć bez Heńka. On czuł to samo. Powiedział, że wszystko zależy tylko ode mnie. On nie zrezygnuje!
Odtąd z lękiem wyczekiwałam powrotu Adama. Co¬dziennie z niepokojem spoglądałam na drzwi wejściowe. W końcu przyjechał! Miał na sobie mundur, buty żołnierskie. Zdrętwiałam na jego widok. Przycisnął mnie do siebie triumfująco. Nie zwrócił uwagi, że stoję przed nim jak martwa. Od razu pobiegł do Menachema i do Edyty, a potem do kuchni i do skrytki w szafie. (Lodówkę kupiliśmy przed jego odejściem do wojska. Stanowiło to wtedy wielkie osiągnięcie, mimo że nie była elektryczna. O elektrycznej nie można było nawet ma¬rzyć)- Chodził po mieszkaniu, sprawdzał, dotykał. Na szczęście, nie miał czasu, aby mi się przyjrzeć. Potem przyszli koledzy. Heniek powrócił. Adam witał każdego, opowiadał o swych doświadczeniach z wojska, wraże¬niach.
Obserwowałam Heńka. Był swobodny i opanowany. Nie patrzył na mnie. Niczym nie zdradzał swoich uczuć. Unikał mnie. Wobec kolegów był przyjazny, pełen zainteresowania, wesoły. Wydawało mi się, że zrezyg¬nował. Wszystko oddaliło się ode mnie, znikło w jednej chwili, jak piękny, nierealny sen. Znów poczułam się stara, niepotrzebna, odepchnięta. Nie mogłam już być z Adamem, ale nie potrafiłam mu tego powiedzieć. Bałam się. Nieraz przecież wygrażał mi nożem, gdy skarżyłam się na jego zły stosunek do mnie…
Rano, przed wyjściem do pracy, spotkałam Heńka w drzwiach. Bez wahania wpadliśmy sobie w objęcia. Tuliliśmy się do siebie rozpaczliwie. Heniek sądził, iż wczoraj pogodziłam się z Adamem. Planował nawet przeniesienie do innej jednostki, aby jak najszybciej znaleźć się daleko ode mnie… Pojęłam, że nic już nas nie rozłączy!
Nasza sytuacja była trudna. Obecnie Adam służył niedaleko Jaffy i wracał co wieczór do domu. Wreszcie zauważył moją oziębłość i smutek. Zaczęło go to irytować. Z początku złościł się na mnie, a potem zaczął mnie obserwować. Stał się bardziej serdeczny, opiekuń¬czy. Chętnie też towarzyszył mi na spacerach. Teraz był takim, jakim pragnęłam. Zwiększało to tylko moją udrękę. W końcu powiedziałam mu, że go już nie kocham. Musimy się rozstać. „Nie, nie odejdziesz — odpowiedział — możesz być ze mną nie kochając, ale nie odchodź… Znów wszystko będzie dobrze”.
Jak może być dobrze, jeżeli dotychczas było tak źle! Nie wierzyłam już, że cokolwiek można zmienić w na¬szym wspólnym życiu. Przypomniałam mu jego „wy¬bryki” z dziewczyną w Szaar-Hagolan, z Batią… Ale Adam nie chciał o tym słyszeć. Albo wpadał we wściekłość i — jak kiedyś — wygrażał mi nożem, albo błagał o przebaczenie. Coraz częściej zarzucał mi, że ze wszystkim zwracam się do Heńka. Widocznie zapom¬niał, iż dawniej sam mnie do niego odsyłał…
Moje długie rozmowy z Adamem utwierdzały Heńka w przekonaniu, że jednak nie będę dość silna, aby zerwać z Adamem. Znów starał się ode mnie oddalić. Udawał, że jestem mu obojętna. Stał się twardy i niedo¬stępny. Opowiedziałam o wszystkim Jonie. Drwiła ze mnie. „Masz zamiar poświęcić się dla kogoś, kto cię stale krzywdził? Być związana z kimś, kogo nie kochasz? I to mając 20 lat?!”
Pewnej nocy zastukano do drzwi. Adam poszedł otworzyć. Po chwili wrócił i oświadczył mi drwiąco, że jacyś mężczyźni przynieśli Heńka. Ułożyli go na łóżku. Jest nieprzytomny. Był na jakimś przyjęciu i wypił za dużo. Adam patrzył na mnie, jakby chciał powiedzieć: „Widzisz, jaki on jest naprawdę?!” Heniek rzadko pił. Nigdy też nie upijał się. Zrozumiałam, co dzieje się w nim, gdy udaje obojętność i omija mnie. Ale nie byłam tego pewna. Może jednak nie czuje już do mnie niczego? Nazajutrz oświadczyłam Adamowi, że nie idę do pracy, muszę zająć się Heńkiem, nie mogę zostawić go samego w takim stanie. Nie sprzeciwiał się. Odszedł do wojska, jak co dzień.
Doszłam nieśmiało do łóżka Heńka. Leżał z przy¬mkniętymi oczami. Nie wiedziałam, czy zechce mówić ze mną. Objął mnie z całej siły. Załkał. Pierwszy raz widziałam go płaczącego. Rzadko kiedy załamywał się.
Kilka dni później Adam zrobił mi awanturę przy ludziach w przejściowym pokoju. Szarpał mnie, wyzy¬wał. Dlatego, że czytałam książkę, gdy on wszedł do domu. Wszyscy zaniemówili zdumieni i zaskoczeni. Mnie było to znane od dawna. Wciąż przecież wal¬czyłam z tym, od samego początku w Warszawie… Tym razem postanowiłam położyć temu kres. Igor, kolega Heńka, który był obecny przy tym zajściu, zapropono¬wał, żebym pojechała z nim do jego żony, Nataszy, do Benjamina. Mieszkali tam w Bet-Olim jako imigranci z Francji. Zgodziłam się na jego propozycję. Zapakowa¬łam trochę koniecznych rzeczy. Przed wyjściem zawia¬domiłam Jonę, że przez jakiś czas nie będę przychodziła do pracy.

Przyslala Halina Birenbaum

birenbaum

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: