Ciekawe artykuly

Miłość w czasach Tindera

Jest lato, niedziela wieczór, kiedy ściągam Tindera na telefon. Ten, którego kocham, nie kocha mnie, więc zainstalowanie Tindera wydaje się rozsądne. Kiedyś, w tak zwanych dawnych czasach, poszłabym pewnie do zakonu albo utopiłabym się w stawie, ale w 2015 roku mogę sobie założyć Tindera.

Pierwszego wieczora łączę się w pary z kilkunastoma chłopcami. Chłopcami właśnie, bo mężczyźni w moim wieku na Tinderze wyglądają jak dinozaury. Na potrzeby Tindera sama się odmłodziłam. Teraz jestem cztery lata młodsza, a mimo to i tak wszystkie moje „match’e” to dużo młodsi mężczyźni. Chłopcy właśnie. I wszyscy pytają o to samo: „dlaczego lubisz młodszych?”, „czego oczekujesz od młodszych?” i „czy często „robisz to” z młodszymi?”. Są bardzo pewni siebie i są nieśmiali, są wulgarni i są delikatni. Raczej nie chce im się pisać. Po kilku dniach zaczynam robić print screeny.

Na początku Tinder to świetna zabawa, trochę jak gra w bingo. Przeglądam ogromną ilość zdjęć, tak, że później wydaje mi się, że wszystkich mężczyzn, jakich spotykam na ulicy, znam z Tindera. Nazywam to „efektem tindera”. Potem widzę swoich znajomych z „reala”. To trochę tak, jakbym przyłapała ich na gorącym uczynku (Tinder nie cieszy się dobrą sławą, przynajmniej w Polsce), a nawet trochę tak, jakbym spotkała ich w burdelu. Od razu zaczynam sobie myśleć, co oni sobie myślą o mnie, ale szybko w ogóle przestaję myśleć. Tinder to gra, lepsza niż flappy bird. Pomiń, pomiń, pomiń, serduszko, pomiń, pomiń, pomiń, pomiń, pomiń, pomiń, serduszko. Pomiń, raczej pomiń. No i: „Szukaj dalej”, które po kilku tygodniach mojego pobytu na Tinderze zmienia się na: „Graj dalej”. A więc gra. A wiec gram. Dalej.

Rzeczywistość Tindera szybko zaczyna przytłaczać. Przeglądam profile i dochodzę do wniosku, że w ogóle nie chcę już nigdy z nikim być. To jest straszne, myślę sobie, i jest to rzeczywiście straszne. Modlę się, żeby spłynęła na mnie łaska Boża i żebym została lesbijką. Łaska Boża nie spływa. Wreszcie pojawia się za to informacja: „Nie ma nikogo nowego w twojej okolicy.” oraz: „Użyj opcji Paszport, aby wybrać nową lokalizację”. Jest to kuszące, zwłaszcza, że taka „opcja” kosztuje jedyne 19,99€. Miłość nie zna żadnej ceny, myślę sobie, po czym wyłączam Tindera.

Zdjęcia. Z kotem, z dziewczyną („byłą” albo wypożyczoną na potrzeby Tindera), z uciętą osobą (płci obojga), z wysokim budynkiem w tle w kształcie fallicznym, z papierosem, z samochodem, z gitarą, z piwem, z dobrze wyglądającym kolegą, z gorzej wyglądającym kolegą, no i oczywiście w windzie. I że aktywny, że na motocyklu i że ze strzelbą, i że z butlą tlenową pod wodą, i że na rowerze, i że na wspinaczce wysokogórskiej, i że strzelanie z łuku, i że skakanie na spadochronie. No ale przede wszystkim na siłowni, z obowiązkowo gołą klatą. W ogóle chęć pokazania gołej klatki piersiowej jest największa, jeśli nie ma siłowni w okolicy, to może być łazienka albo chociaż zdjęcie klatki piersiowej w miejscu, które pretenduje tu do roli sacrum, czyli w windzie. A także, że opiekuńczy, to znaczy, że z dzieckiem, swoim albo pożyczonym oraz że z kwiatkiem, a także, że z pluszowym misiem. Poza tym, że majętny, czyli że w garniturze, że w firmie, że przy komputerze, że przed swoim domem, że na wycieczkach, że był tu i tam i jeszcze więcej był, tyle, że maksymalnie można wstawić 5 fotek, więc wszystkiego pokazać nie może, chociaż przecież mógłby, gdyby tylko mógł, no ale nie może. I wreszcie bez żadnego zdjęcia. Tomasz, 35. No przecież tyle wystarczy. Od razu każda kobieta chciałaby poznać takiego faceta. W końcu Tomasz. W końcu lat 35.

Trzymam się kilku zasad. „Nie lubię” nikogo, kto wrzuca tylko jedno swoje zdjęcie, nawet jeśli świetnie na nim wygląda. Nie lubię znajomych i kolegów z pracy, nawet jeśli ich bardzo lubię. Nie lubię tych z dziećmi i tych z dziewczynami. Nie lubię z kotami. Nie lubię dupków, a przynajmniej takich, którzy wyglądają na dupków. Doświadczenie uczy, że ten, co wygląda na dupka raczej jest dupkiem, a ten, który nie wygląda na dupka, może być dupkiem, ale przynajmniej istnieją szanse, że nim nie jest. Nie lubię tych ze zdjęciem w windzie i tych ze zdjęciem na siłowni. Nie lubię tych, którzy ukrywają swoją twarz. Nie lubię tych, którzy piszą, że szukają „niezobowiązujących znajomości”, bo uważam, że każda znajomość jest zobowiązująca. Nie lubię czarnoskórych, bo po prostu mnie nie kręcą, a nie dlatego, że jestem rasistką. No chyba, że jestem rasistką, skoro mnie nie kręcą. Czy jestem rasistką?, zastanawiam się i postanawiam, że od jutra będę lubić wszystkich czarnoskórych na Tinderze. W ramach mojej miłości do ludzkości oraz w ramach silnego poparcia dla równouprawnienia, zamierzam od teraz, myślę sobie teraz, robić wbrew sobie i lajkować czarnoskórych. Trzeba ze sobą walczyć, myślę sobie, i nie walczę.

Szybko zaczynam rozumieć, że poza tymi, którzy są na Tinderze, bo naprawdę chcą kogoś poznać (a nawet zakochać się), jest cała masa tych, którzy chcą się z kimś po prostu przespać. Są wreszcie tacy, których nazywam „tinderowymi onanistami”. Po prostu gromadzą sobie „match’e” i dowartościowują się samą świadomością, ile osób uważa je za atrakcyjne. Dla nich takie „match’e” są lepsze od lajków na facebooku.

Internet jest wspaniałą maszyną, umożliwiającą kreowanie własnego wizerunku, wiadomo. Facebook bywa pod tym względem wadliwy, bo w większości po drugiej jego stronie mamy do czynienia z tymi, którzy nas spotkali w rzeczywistości chociażby raz (oczywiście nie zawsze, ale w większości przypadków tak sprawy się mają). Tinder jest pod tym względem doskonalszy, bo jest idealny do manipulowania swoim wizerunkiem. Możesz dobrać serię zdjęć, z których wynika, że jesteś zwykłą dziewczyną z przedmieścia albo stworzyć wizerunek siebie jako femme fatale, albo wykreować profil sportowej dziewczyny, albo udawać intelektualistkę (no dobra, akurat intelektualistek nikt na Tinderze nie szuka). W każdym razie możesz być kimkolwiek chcesz, wystarczy odrobina sprytu. A łączyć w pary możesz się tylko z tymi, z którymi nic cię nie łączy – ani znajomi, ani miejsce zamieszkania, ani nawet język. Nareszcie! Nareszcie możesz być tym, kim zawsze chciałeś być. Jeśli nie mogłeś być nim w rzeczywistości, a nie mogłeś, to możesz być nim na Tinderze. 

Ciag dalszy jak KLIKNIESZ TUTAJ

Przyslala Ewa Warnet

reunion-691.jpg

 

 

Kategorie: Ciekawe artykuly

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.