MORDECHAJ, CZY TY NIGDY NIE CHCIAŁEŚ PRZYJECHAĆ DO POLSKI?

Chciałam przełamać strach. Napisałam do burmistrza i szybko dostałam odpowiedź, a wraz z nią kilka historycznych opracowań, mapy i zdjęcia. Najważniejsze było zaproszenia od społeczności jego miasta. Z takim prezentem poleciałam do Izraela na 90. urodziny Mordechaja.

Nim to nastąpiło, były nasze wcześniejsze spotkania i wielogodzinne rozmowy, smutek w oczach i potrzeba wspomnień. Mordechaj szukał słów, aby w języku, którego uczył się zaledwie przez trzy lata szkoły powszechnej, znaleźć odpowiednie zwroty i wypowiadać je tak, aby nikogo nie bolały jego słowa.

Mordechaj mieszka w kibucu założonym przez członków Haszamer Hacair, żydowskiego skautingu. To jeden z ostatnich tak ideowych kibuców w Izraelu. Jego dom jest miejscem spotkań pokoleń. Siedzimy na tarasie zatopionym w egzotycznych kwiatach. Wśród roślin siedzi drobny pan o twarzy jaką może mieć tylko anioł. Możemy milczeć, a i tak siedzenie w jego towarzystwie będzie czymś niecodziennym. Wystarczy jednak zadać pytanie dotyczące przeszłości, a niebieskie oczy Mordechaja dostają blasku i powietrze, które i tak jest nieruchome, zatrzymuje się, by nie przegapić nawet jednego słowa z jego opowieści.

– Znasz przecież całe moje życie, napisałaś o tym książkę, co jeszcze chcesz usłyszeć? – Mordechaj stawia zaporę, ale nie może się doczekać pytania i aż przebiera palcami, aby jak najszybciej je usłyszeć i móc wspominać.

Nie mam konkretnego pytania, chcę, aby opowiedział o tym, co najgłębiej siedzi w jego sercu, o czymś, co ciągle go boli i z czym do tej pory nie może się pogodzić.

Sądziłam, że teraz nastąpi długa cisza, że osoba z tak bogatym i długim życiorysem będzie miała problem z wybraniem jednego motywu z własnego życia, że będzie to historia, do której nie chce się wracać, że lepiej nie pamiętać i nikomu o tym już nie mówić, bo po co to rozdrapywać.

Cisza nie zapadła, tylko niebieskie oczy Mordechaja, które do tej pory błyszczały, przesłonił smutek, a szklanka z kolorowym napojem nagle wylądowała na trawniku.

-Wiesz, jak i gdzie przeżyłem, że uciekłem z bratem do Rosji, a moja cała rodzina została tutaj… Do Polski wróciłem w 1945 r. Z pociągu wysiadłem na Dolnym Śląsku, zawieźli nas do Bielawy, gdzie było pełno takich jak ja, ludzi, którzy przeżyli w ZSRR. Byli też tacy, co przeżyli obozy, ale ani oni, ani my, nie rozumieliśmy swoich historii. To był zupełnie inny los i inne doświadczenia – mówi Mordechaj.

– Miałeś brata, trzymaliście się razem – dopytuję.

– Tak, ja byłem z bratem, inni nie mieli nikogo i wiedzieli, że nikt z ich rodzin nie przeżył. A ja ciągle nie wiedziałem, co z moją rodziną. Ostatni list, jaki dostałem od rodziców, pochodził z 1941 r.

– Przecież szukałeś rodziców i siostry przez Czerwony Krzyż, szukałeś ludzi ze swojego miasteczka, którzy mogliby opowiedzieć, co się stało i czy ktoś z nich miał szanse przeżyć.

-W Rosji nie wiedzieliśmy nic o tym, co się działo w Polsce. Do wojny Niemiec z Sowietami otrzymywałem listy od rodziców. Oni pisali, że wszystko jest dobrze, że mają co jeść, że są razem. Rodzice nawet nam chcieli przysyłać jedzenie… Teraz wiem, że nie mogli pisać inaczej, a to, co przeszli, było okrutne.

– Mordechaj, ale chyba nie o tym chciałeś mi opowiedzieć?

-Tak, chcę opowiedzieć, że do mojego miasta odważyłem się pojechać dopiero w 1946 r. Jechałem po wypis z księgi urodzenia, ale miałem też nadzieję, że od sąsiadów dowiem się czegoś o mojej rodzinie.

– Jechałeś kilka dni, znalazłeś się w mieście, w którym się urodziłeś i gdzie spędziłeś dzieciństwo. Wysiadasz i co widzisz?

– Widzę ludzi, ale ich nie poznaję. Poznaję miasto i miejsca, ale nie osoby. Idę prosto do magistratu, biorę papiery… Powinienem wracać od razu na Dolny Śląsk, ale to było silniejsze niż ja. Idę do mojego domu. Jest taki sam jak wtedy gdy go opuszczałem… Drzwi są zamknięte, ale obok otwierają się inne i polski sąsiad wita mnie słowami: „To Ty żyjesz?”. Wiem, że nie miał nic złego na myśli, był zdziwiony, że mi się udało, bo innym niestety nie… Nikt nie chce mówić, co stało się z moimi rodzicami i innymi Żydami z miasta. Zasłaniają się niepamięcią, tym, że mieli własne sprawy i ciężkie życie. Mówią, że ich nie było, kiedy wyganiano Żydów z domów. Nie wiedzą, kiedy i gdzie ich zabrano. Z dnia na dzień zniknęła prawie połowa mieszkańców miasta, a oni tego nawet nie zauważyli. Nie widzieli, jak zniknęli ludzie, ale szybko zauważyli puste mieszkania, do których się wprowadzili.

– Nigdy nie mówisz, że rodzice i siostra z mężem i dziećmi zostali zamordowani. Ciągle wierzysz, że może spotkał ich inny los?

-Nie mówię tego głośno. W Rosji, a potem w Bielawie i Dzierżoniowie, cały czas czekałem, że się odnajdziemy. Nawet jak wyjechałem do Izraela, to ciągle czekałem.

Jeszcze raz spróbował wejść do własnego domu. Tym razem drzwi się uchyliły. Nowi mieszkańcy, ludzie, którzy weszli do domu kilka godzin po tym, jak rodziców Mordechaja wygnano na śmierć, nie chcieli go wpuścić. Mordechaj prosi i tłumaczy, nie chce nic. Chce jedynie wejść i poczuć się jakby znów była tam cała jego rodzina, gdy on był małym chłopcem. Nie pozwolono. Po latach przyznaje, że jednak chciał zabrać jedną rzecz – kryształkowe radio, które sam skonstruował, a zimą 1940 r. ukrył w ścianie domu. Pewnie radio jest tam do tej pory.

Przed wyjazdem Mordechaj spotkał szkolnego kolegę sprzed wojny, Polaka. – Błagał, abym poszedł z nim do jego domu. Tam wyciągnął wódkę. Ja wojnę przeżyłem w Rosji, więc potrafiłem pić tak, aby się nie upić, on nie umiał i szybko był wstawiony. Zabrał mnie, aby opowiedzieć swoją historię i miał do mnie ogromną prośbę. On całą wojnę trzymał u siebie w domu naszą koleżankę, Żydówkę, w której kochał się jeszcze w szkole. On ją uratował, ale nie wiem, jak między nimi było, bo jak tylko do miasta weszli Rosjanie, to ona od niego uciekła. On mnie błagał, abym dał jemu jej adres, że on ją kocha i chce odnaleźć. Potem przyszli inni mężczyźni, jeden miał siekierę, krzyczał, że nic mi się już nie należy, że nas już tu nie ma, a wszystko jest ich… Chcieli mnie związać… Udało mi się uciec… Już nigdy nie wróciłem do mojego miasta.

– Czy oni chcieli Ciebie zabić?

– Nie wiem tego. Bałem się i uciekłem. Ale potem dowiedziałem się, że kilka tygodni wcześniej też wrócił jeden Żyd i zarąbali go w jego własnym domu… Miałem więc chyba znów szczęście.

– A co z tą dziewczyną?

-Spotkałem ją potem w Izraelu. Opowiedziała mi o tym, jak przeżyła. Ten polski chłopiec ją uratował, ale ona na siłę nie chciała z nim żyć. Jak przyszło wyzwolenie, nie mógł już dłużej ją zmuszać i ona uciekła. Nigdy nie chciała do niego napisać.

– Mordechaju, czy Ty nie chcesz przyjechać do Polski?

-Do mojego miasta… Nie… Do Ciebie chciałbym, ale wolę jak Ty jesteś u mnie, tu nam się łatwiej rozmawia…

Z Mordechajem odnaleźliśmy siebie dawno, prawie dwadzieścia lat temu. Jest między nami różnica dwóch pokoleń, które straciliśmy i historii, która zmieniła nasze życie. Kiedy się spotkaliśmy pierwszy raz, oboje wiedzieliśmy, że to my mamy wypełnić pustkę, po tych, o których zapomniano. Napisałam do burmistrza dawnego miasta Mordechaja, żeby sprawdzić, czy w jego rodzinnych stronach zachowano pamięć. W zaproszeniu zapewniano, że Mordechaj będzie miłym, oczekiwanym gościem.

HILA MARCINKOWSKA

Kaliszanka z wyboru, która ciągle uczy się tego miasta. Autorka tekstów i opracowań związanych z historią, religią i tradycją kaliskich Żydów.

http://omg.kalisz.pl/mordechaj-czy-ty-nigdy-nie-chciales-przyjechac-do-polski/

Przyslala Janina G

reunion-691.jpg

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: