Tajemnica pana Cukra – fragment 12

 

Anna Karolina Klys

Po wejściu niemieckiej armii (1914 rok) mała grupa młodych ludzi wystąpiła do administracji o pozwolenie na otwarcie biblioteki. Grupa zbierała się w każdy piątek u Zindermana, zastanawiano się, jak stworzyć bibliotekę. Najpierw musieliśmy zebrać pieniądze, żeby kupić książki i  wynająć pomieszczenie na bibliotekę. Kiedy zebraliśmy już dość pieniędzy, aby kupić książki, pojawił się problem: w  jakim języku kupować książki? Jedni chcieli kupować polskie, żeby jak najwięcej ludzi uczyło się polskiego i  żeby jak najwięcej ludzi mogło korzystać z  biblioteki. Ale wielu było też ludzi, wiele wiosek, gdzie większość mieszkańców znała lepiej żydowski, więc może lepiej kupić żydowskie książki, bo wtedy będzie wiele osób przychodziło z małych wiosek? To ich muterszpracht, język matczyny, dzięki książkom poznają lepiej kulturę żydowską. Na ostatnim zebraniu miało być głosowanie. Każda z grup zbierała jak najwięcej członków, ostatecznie wygrała frakcja kupowania książek w  jidysz. Wtedy zwolennicy kupowania ksią- żek po polsku odłączyli się. Najaktywniej tajemnica pana cukrana rzecz biblioteki pracowali: Pinkas i Rachel Krasiccy, Dawid Bekerman i Akiwa Hendel. Dzięki ich pracy bardzo szybko zaczęła istnieć biblioteka. Z dnia na dzień rozwijała się kulturalna instytucja w  mieście. W  końcu nawet ci, którzy wcześniej byli przeciw, też zaczęli chodzić do biblioteki. To był promyk światła w Kałuszynie. Zorganizowano też Kinderhojs, Dom Dziecka. Życie było bardzo ciężkie, bezrobocie wielkie. Niemiecka administracja nie pozwalała na rozwijanie interesów. Ludzie byli coraz biedniejsi, nie mieli zarobków, po Kałuszynie krążyły dzieci – obdarte, bose, głodne. Zbliżała się zima. Trzeba było im pomóc. Postanowiono zorganizować Dom Dziecka, aby dzieci mogły się przez kilka godzin dziennie schronić w  ciepłym, bezpiecznym miejscu. Potrzebna była także ciepła odzież i buty. Pieniądze zbieraliśmy, sprzedając kwiaty. W dzień targowy wyszliśmy parami na ulice Kałuszyna i  sprzedawaliśmy kwiaty. A  starzy, pobożni Żydzi szeptali ze zgrozą między sobą: tak oto wychowaliśmy dzieci, i  byli bardzo niezadowoleni z  tego, co robiliśmy, ale nam nie przeszkadzali. Część ludzi była zaangażowana w  pomoc dzieciom. Zorganizowaliśmy też kuchnię robotniczą, Arbeter Kich. Żeby pomóc bezrobotnym, najbiedniejszym, żeby mogli zjeść jeden posiłek dziennie. Potrzebowaliśmy pieniędzy na wynajem lokalu, kupno mebli, naczyń i na produkty. Zastanawialiśmy się, jak to wszystko zorganizować. W podwórzu synagogi był pusty budynek, w którym kiedyś mieściła się jesziwa. Związki zawodowe wystąpiły do gminy o udostępnienie tego budynku. Dzięki temu bardzo szybko mieliśmy miejsce na stołówkę, ale nie mieliśmy środków na gotowanie obiadów, każdego dnia myśleli- śmy, co zrobić. Pomoc przyszła z bardzo dziwnej strony. Pobożni Żydzi byli bardzo zaniepokojeni, że w mieście pojawia się coraz więcej Aprikosen – bezbożnych lewicowców. Szczególnie martwiło ich, że działamy tak blisko synagogi. Obiecali nam, że jeśli się wyprowadzimy z budynku koło synagogi, wskażą nam nowe miejsce i będą nam dawać pieniądze na stołówkę. I faktycznie – dali nam czteropokojowe mieszkanie. Ale pieniędzy nam nie dali. I znowu nie mogliśmy prowadzić stołówki. Mieliśmy tylko jedno wyjście: zmusić chasydów, żeby dali nam to, co obiecali. I dzięki temu stołówka dla bezrobotnych zaczęła działać. Wszystko rozwijało się do czasu, aż zniszczyli to bandyci Hitlera.

Wszystkie fragmenty KLIKNIJ TUTAJ

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: