Tomaszek

Zenon Rogala


        – Ale nie w jednym czasie, mój chłopcze. Jest wiele ważnych zasad, a ta jest najważniejsza,  w jednym czasie dwie rzeczy nie mogą zajmować tego samego miejsca.

Męski spokojny głos dochodził do mnie przez kurtkę, w którą owinąłem głowę siedząc pod oknem  w przedziale drugiej klasy pociągu relacji Kraków-Szczecin.

         – A nieprawda – usłyszałem głosik kilkuletniego chłopca – w mojej kieszeni mam i scyzoryk i kulkę szklaną, i muszelkę od wujka Fredka, i pudełko po zapałkach, a w nim dwa kawałki bursztynu…

         – Jak będziesz trochę starszy zrozumiesz, że twoja kieszeń jest tak wielka jak cały wszechświat i owszem pomieści wiele przedmiotów, ale choć nie wiem jakbyś się starał, nie zmieścisz jednego ziarnka maku w miejscu, które zajmuje już drugie ziarenko maku…

         Już nie spałem, słowa ojca i syna brzmiały w mojej ciemności głośniej niż stukot kół. Ciekaw  byłem widoku rozmówców, ale to jeszcze przede mną, więc po co się śpieszyć.

         – Tato, a jak mama bierze mnie na kolana, to też nie jestem w tym samym miejscu co mama? – chłopiec był wyraźnie nie przekonany.

         – Teraz sam się nad tym zastanów, a jak już będziesz wiedział to mi powiesz, – ojciec wypuścił syna na wędrówkę w nieznane, ale cały czas był gotów go wspierać.

         – Po co pan miesza chłopcu w głowie, takie cacane dziecko, a tata chce zrobić z niego jakiego uczonego, a już  nie daj Boże filozofa, – tak, to głos tej kobiety siedzącej od strony drzwi, w grubym swetrze i wielkim kokiem na głowie.

         – Nic mu nie będzie – ojciec bronił ni to siebie ni to syna.

         – Trochę gimnastyki umysłowej mu nie zaszkodzi – dodał.

         – Dzisiaj, panie to są takie mądre dzieciaki, że podobno jednego co ma jedenaście lat, zapisali na uniwersytet, ale już nie wiem gdzie – włączyła się ta obok mnie. Była już aktywna zanim coś powiedziała, trącała mnie, a to łokciem, a to biodrem.

         – W Ameryce,  na pewno w Ameryce – to tylko tam, panie, są takie historie. Świat się kończy.

         – Już niedługo nasze dzieci będą mądrzejsze od nas,- powiedział sweter.

         – I oto chodzi proszę pani, o to chodzi – ojciec miał głos spokojny – to my musimy się starać, żeby naszym dzieciom dać takie warunki rozwoju, żeby jak najwcześniej poznały zasady życia społecznego. Jednym słowem, żeby wyrastały na porządnych i uczciwych ludzi. To zależy w dużej mierze od nas samych – ojciec poszerzył dyskusję i uogólnieniem wciągnął resztę pasażerów. Wiedziałem, że sąsiadka zabierze głos, bo wpierw poczułem, że się kokosi.  

         – Mój wnuczek też  ma wielki talent umie naśladować Majkela  Dżeksona, no mówię pani, że jak zacznie śpiewać do tłuczka do ziemniaków, to wypisz wymaluj ten murzynek co w telewizji skacze po ekranie.

         – Mam, tato!! Mam… – to był na pewno głos cacanego dziecka.

         – To już nie murzyn tylko przerobiony na białego, takie są postępy  medycyny. Jeszcze dojdzie do tego, że z białego zrobią murzyna.

         – Co też pani takie rzeczy, kto by chciał takiego upokorzenia…

         – Mam, tato, dowód, że można być nie tylko dwie, ale trzy osoby w jednym miejscu…

         Zrobiło się podejrzanie cicho. Maja sąsiadka,  poczułem, że chce zabrać głos, ale jakoś nie wiedzieć czemu się powstrzymała.

         – Ksiądz na religii powiedział i mam to nawet zapisane: Trójca Święta, to Bóg Ojciec, Syn Boży i Duch Święty. Wszyscy razem, a każdy osobno, czyli jednak może być czegoś dużo w jednym miejscu.

         – Mówiłam, że to cacane dziecko, a jakie mądre… – sweter był mocno podniecony…

         – To, Tomaszku, nie jest  dobry przykład – ojciec dalej był bardzo spokojny…

– Ksiądz mówił o dogmacie wiary, czyli o czymś czego nie ma w świecie  materialnym. Tutaj na ziemi są trochę inne prawa. Nawet nie trochę, ale całkiem inne prawa. Na szczęście na tym świecie  nie ma nic podanego bez naukowego udowodnienia, nic w co musisz wierzyć zanim pojmiesz to swoim rozumem.

         – Czyli jeśli  Pan Bóg jest w Niebie w trzech osobach, to już na ziemi nie może tak występować? – syn zaczynał być dociekliwy.

         – Dla jednych jest w Niebie, a dla innych jest tutaj na ziemi  – powiedział ktoś nowy.

         – Faktycznie pan Bóg jest chyba tylko w niebie, bo gdyby był na ziemi to na pewno nie dopuściłby do tylu nieszczęść wojen, draństwa, bandytyzmu, złodziejstwa, gwałtów. Na pewno nie dopuściłby do takich pogromów, obozów pracy, zsyłek na Sybir, setek zamarzniętych w śniegu dzieci, spalanych w obozach koncentracyjnych ludzi, chyba nie dopuściłby do rzezi, bo jakże tak mordować niewinnych po nocach, albo w dzień strzelać w tył głowy…

         Ciekawe, tego głosu nie znałem. Brzmiał miękko, ale stanowczo i przyjemnie. Moja sąsiadka wierciła się i parła do dyskusji.

         – Ale to nie pan Bóg strzelał w tył głowy i nie  palił przed chwilą zagazowanych, to nie pan Bóg planował  i zabijał całe narody, robili to ludzie, w których głowach i sumieniach pan  Bóg siedział, bo siedział w tych ludziach, którzy robili to jakby z jego przyzwolenia, bo przecież zostali stworzeni na obraz i podobieństwo Boga, więc pan Bóg był na ziemi, ale tyle był wart, co ludzie, którzy w niego wierzyli, tak jak wierzyli w to co robią. – słychać było, że mówi z przekonaniem, że wiedział co chce powiedzieć, że miał to jakby przygotowane. Słowa wypowiadał powoli i choć nie widziałem, wiedziałem, że skupił na sobie uwagę reszty pasażerów.

         – Niech pan nie zwala na pana Boga. Poczułem łokieć – „… Ojcze nasz, który jesteś w Niebie…” zaczęła modlitwę moja sąsiadka… słyszy pan „…w Niebie…”

– i niech pan nie mówi przy dziecku takich bredni, rozkazywała. Pan Bóg jest w niebie i tyle.

         – Ojciec siedzi i nic, ładne mi wychowanie. O kamieniach w kieszeni to mówi, a o panu Bogu jakoś nic…

         – Pan Bóg, – proszę pani – głos stawał się dominujący – to nie jest ten brodaty dziadek z obrazka, wyglądający zza chmury na niebie, ani nawet ten, co na suficie Kaplicy Sykstyńskiej dotyka palcem Adama – kontynuował spokojny głos.

         – Taki Bóg może wystarczyć, żeby zawładnąć wyobraźnią Tomaszka, ale przecież dla pani to chyba za mało.     

         – Pan Bóg jest w pani i we mnie i we wszystkich ludziach i jest go tam tyle, ile miłości jest we mnie, w pani i w pani bliźnich. To miłość jest Bogiem. Sensem życia jest miłość. Dążymy w życiu do  miłości, czyli dążymy do Boga. Miłość to jedyne przykazanie. Jedyny warunek udanego życia. Miłość do sąsiada, współpasażera, dziecka, ale również wroga i przeciwnika. Miłość jako akceptacja bliźniego, jako współistnienie, jako tolerancja. Powiedz mi jak kochasz, a powiem ci czy będziesz zbawiony, ale to nie znaczy, że siądziesz na chmurce obok tego dziadka z brodą, tylko znaczy, czy jesteś po prostu Boski. To takie najprostsze  i takie najtrudniejsze. A co najprostsze i najtrudniejsze to jest po prostu Boskie. I tylko, jeśli nie robisz tego dla nagrody, tylko jeśli nie zależy ci na tak zwanym zbawieniu, znajdziesz Boga w sobie, bo on tam na pewno jest. Trzeba go tylko znaleźć. A znajdziesz go, jak zapomnisz skrywanej urazy do kogokolwiek, jak zaakceptujesz sąsiada z jego wadami, jak znajdziesz wyrozumienie dla wszelkich odszczepieńców. I tylko wtedy masz prawo oczekiwać anulowania skrywanych do siebie urazów, akceptacji siebie przez swoich sąsiadów i wyrozumienia dla swojej odmienności. Tak, tak ,tak…

Stukot kół mieszał się z jego tak, tak , tak…

Moja sąsiadka już nie tylko trącała mnie biodrem, ale wręcz poczułem jej rękę na ramieniu i wyraźnie zaczęła mną tarmosić,

         – Panie… panie…  albo pan śpi, albo pan udaje, że pan śpi…proszę bilet do kontroli, albo pana wysadzę na najbliższej stacji.. – głos konduktora był stanowczy.

         – Pusty przedział, a pan jeszcze schował się za tę kurtkę, może myślał pan, że pana nie zobaczę?

Wszystkie opowiadania Zenona Rogala

TUTAJ

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: