.Jestem znów Zydem cz 20

Szlomo Adler

Książka ta opiera się na moich wspomnieniach. Piszę tylko o tym co sam przeżyłem, widziałem lub słyszałem. Większość imion wspomnianych w tekście jest prawdziwa.

Przez wiele lat odkładałem opisanie moich wspomnień, ponieważ praca nad tym była dla mnie bardzo ciężka, otwierała jeszcze niezabliźnione rany. Po wojnie czułem się jakbym był w koszmarnym śnie.  Często myślałem, że to nie jest jawa, a moje prawdziwe życie zacznie się dopiero wtedy, gdy obudzę się z okrutnego koszmaru, zobaczę moich rodziców, siostrę, krewnych i kolegów.
Na początku próbowałem zbudować nowe życie, pod przybraną polską tożsamością. Przyjąłem polskie maniery, ale komunistyczny reżim w Polsce sprawił, że zostałem aresztowany. Oskarżono mnie o zdradę i faszyzm. Ostatecznie okazało się, że mój areszt korzystnie wpłynął na moje życie. Wróciłem do żydostwa i uciekłem z Polski. Ale nawet po przyjeździe do Izraela, moja depresja nie zniknęła.

Byłem nieszczęśliwy, nie miałem ochoty na budowanie rodziny i nowego pokolenia w tym okrutnym świecie. Nie chciałem, aby i moje dzieci były nieszczęśliwe.  Ale los chciał inaczej.   W 1949 roku, gdy odbywałem służbę wojskową, spotkałem moją wybrankę serca, Ester. Ester przeżyła Holocaust na Syberii, dokąd ja wygnano wraz z rodziną, co uratowało im życie. Ester pragnęła dużej rodziny. Pobraliśmy się i urodziło się nam dwóch synów.


 

Pierwsza kryjówka i druga wielka Akcja. cz. 1

 


Ciotka Luba i moja siostra miały jeszcze pieniądze, i mogły szukać dla nas ratunku. Umówiły się z panią Raduchowską ze wsi Gerynia, że znajdzie ona dla nas jakąś kryjówkę.  Pewnego dnia stawiliśmy się w młodym lesie, w pobliżu strumienia, w umówionym miejscu. Było nas czworo: ciocia Luba, Józik, Miriam i ja.  Państwo Raduchowscy mieli wykopać dla nas w ziemi jamę-schron, do którego mieliby nam przynosić jedzenie.  Zacząłem planować, jak to będzie, gdy będziemy ukrywać się w lesie. Wyobrażałem sobie, że będziemy z Józikiem szukać grzybów, jagód i orzechów laskowych czego nauczyła nas Zosia, nasza służąca, będziemy też mogli łowić ryby w strumieniu.  To co zdobędziemy w lesie będzie dobrym dodatkiem do żywności, którą mieliśmy dostawać od pani Raduchowskiej. Co prawda nie wiedzieliśmy, czy jama będzie w pobliżu strumienia, ale liczyliśmy na to, że tak, bo przecież woda jest potrzebna do mycia, do gotowania i do gaszenia ogniska.  Planowałem nazbierać dużo suchego drewna, które pali się bez dymu i iskier.  Gotowalibyśmy w nocy, zasłaniając ognisko kocami, żeby nikt nie zauważył płomieni. Jednak nic z tych planów nie wyszło. Pani Raduchowska przyszła do nas bardzo zmieszana i smutna. „To bardzo przykre dla mnie” powiedziała, „ale mój brat dowiedział się, że planujemy pomóc wam się ukryć. On jest skrajnym nacjonalistą i nienawidzi Żydów. Nic mi nie powiedział wprost, ale boję się, że jest w stanie, wraz ze swoimi kolegami, wydać Was Niemcom, a może nawet jeszcze gorzej”. Pani Raduchowska uzgodniła z mężem, żebyśmy wrócili do naszego domu, a oni przygotują dla nas nową kryjówkę, w tajemnicy przed bratem. Gdy wróciliśmy do domu, mojego psa Lorda już nie było. Po prostu zniknął. Nie wiem, czy zdechł z głodu, czy został schwytany przez hycla. Pomyślałem wtedy, że jego los przypominał ten żydowski.  Tak jak moi rodzice, został pozbawiony wiecznego spokoju. Nie miał nawet grobu w rogu naszego sadu, tam, gdzie inne nasze psy, Mika i Nela, były już pogrzebane.

Żydowscy mieszkańcy miasta byli przerażeni i przygnębieni. Wszyscy szukali jakiegoś sposobu by przetrwać albo przynajmniej znaleźć kryjówkę na czas następnej akcji, na którą wszyscy z wielkim strachem czekali. Armia niemiecka była daleko w głębi terytorium ZSRR, na przedmieściach Moskwy i oblegała Stalingrad. Perspektywy wyglądały beznadziejnie. Zaglądałem do różnych zakamarków w opuszczonych budynkach naszej fabryki i szukałem miejsca, w którym moglibyśmy się ukryć w razie nagłego niebezpieczeństwa.  Nie było już pracowników, którzy w pierwszej akcji ukryli nas na poddaszu, a swoją obecnością dodawali nam otuchy. Miałem kilka świetnych pomysłów, gdzie się można ukryć. Ale wszystkie te miejsca były odpowiednie tylko dla dzieci, małych i zwinnych, jak Józik i ja.  Nie nadawały się dla mojej siostry i ciotki Luby. Gdy 3 września 1942 zaczęła się druga Akcja, nasza czwórka uciekła do domu sąsiada, pana Eisensztaba. Podejrzewam, że siostra i ciocia załatwiły to z nim wcześniej.  Kryjówka u rodziny Eisensztab znajdowała się w dużym, długim budynku na ich podwórzu. Ten budynek składał się z kilku komórek.  Każda miała sześć metrów długości na trzy metry szerokości i oddzielne drzwi. Pan Eisensztab wybrał jedną ze środkowych, która służyła do przechowywania drewna na opał. Skrytka powstała w ten sposób, że po wyjęciu drewna z komórki, dodatkową ścianą podzielił ją na dwie części. Później z powrotem ułożył w niej kawałki drewna tak, żeby wyglądało, że jest całkowicie wypełniona.  Nawet jeżeli ktoś usunąłby trzy lub cztery warstwy drewna, nadal by widział kolejne. W środku została utworzona pusta przestrzeń, trzy na trzy metry.

Pan Eisensztab kazał nam być absolutnie cicho i szybko wytłumaczył, jak wejść do środka.  Wspięliśmy się po drabinie na ciemny długi strych. Pan Eisensztab był ostatni i kiedy wszedł na górę wciągnął za sobą drabinę. Potem posuwaliśmy się cichutko, na palcach, schyleni, za panem Eisensztabem, który oświetlał sobie drogę przyciemnioną latarką. W końcu zatrzymał się, spojrzał na małą szparę w desce, wsadził palec do otworu i podniósł mały fragment podłogi.

Otwór, przez który musieliśmy się dostać do schronu miał około 70 na 40 centymetrów. W pustej przestrzeni pod nami było zupełnie ciemno. Pan Eisensztab spokojnie opuścił drabinę w dół. Jedno po drugim zeszliśmy i po cichu usiedliśmy pod ścianami. Zanim pan Eisensztab zamknął za sobą pokrywę, małą miotełką przyciągnął trochę siana i posypał nim właz. Później usiadł na drabinie i powiedział: „ta ściana o którą drabina jest oparta, jest ścianą zewnętrzną i jest bardzo cienka.  Nie ma na niej tynku, jest tylko pobielona z zewnątrz. Ściany przylegające do innych komórek też są z desek. Jeżeli ktoś wejdzie po cichu do sąsiedniej komórki albo będzie stał na zewnątrz, usłyszy nas”. Dodał jeszcze, że pod drabiną stoi beczka, która ma służyć za ubikację.  Było nas w sumie 14 osób: czworo członków rodziny Eisensztab, jakaś pani z małą córeczką, troje z rodziny Helfgot, ciocia Rózia i nasza czwórka.  Najstarszego syna Pana Eisensztaba akurat nie było w domu, gdy zaczęła się akcja i dlatego nie zdążył wejść do kryjówki.  Baliśmy się o niego.  Koło południa usłyszeliśmy strzały dochodzące od strony miasta.  Wewnątrz schowka panowała zupełna cisza.  Rozmawialiśmy szeptem. Było nas dużo a ludzie musieli korzystać z ubikacji. Po kilku godzinach smród stał się nie do zniesienia. Nagle usłyszeliśmy głosy z daleka: „Józik, Salek!”  Na początku nie mogliśmy zrozumieć o co chodzi. Głosy zbliżały się. I znowu: „Józik, Salek! Gdzie jesteście? Chodźcie się bawić z nami.” Poznaliśmy głosy Edzia i Zbyszka Poźniaków, naszych polskich sąsiadów. Po wycofaniu Rosjan ci chłopcy powiedzieli nam: „Wasi czerwoni przyjaciele uciekli. Nikt teraz nie będzie już Was chronił”. Dlaczego nagle o nas sobie przypomnieli i szukali nas? Oczywiście nie mieli zamiaru bawić się z nami. Na pewno chcieli zobaczyć, jak nas prowadzą na dziedziniec magistratu, gdzie zbierano złapanych Żydów. Ci chłopcy, których ojciec służył w polskim wojsku i został zabity lub złapany do niemieckiej lub rosyjskiej niewoli, stali się razem z  matką „Volksdeutschami” i robili wszystko co możliwe, aby nam uprzykrzyć życie. Teraz w końcu mieli okazję nas zlikwidować. Przez jakiś czas słyszeliśmy ich krzyki. Potem stopniowo ucichły i oddaliły się. Wydawało się nam, że to była wieczność, gdy tak krążyli wokół budynku i wykrzykiwali nasze imiona. Pomyśleliśmy, że może widzieli, jak szliśmy w tym kierunku? Poczuliśmy ulgę, gdy odeszli.  Siedzieliśmy w całkowitej ciemności i okropnym ścisku.  Kiedy ktoś chciał skorzystać z toalety, musiał cicho i ostrożnie przejść między ludźmi, aż doszedł do upragnionej beczki. Ponieważ w kryjówce panowała zupełna ciemność, zasłona koło ubikacji była zbyteczna. Każdy musiał wchłonąć swoją porcję smrodu. Dzięki zegarkowi cioci Rózi i latarce Pana Eisensztaba wiedzieliśmy, która jest godzina. Pod wieczór mała córeczka nieznajomej pani zaczęła wydawać niezrozumiałe dźwięki.  Dziecko było nieco niedorozwinięte i matka nie wiedziała, jak je uspokoić. Ciocia Rózia wyjęła ze swej torebki kawałek cukru a ciocia Luba dała jej kawałek jabłka. Ale to nie pomogło. Bardzo baliśmy się, że głos dziecka zdradzi naszą kryjówkę.  Podczas tej samej akcji, znajoma nam kobieta udusiła poduszką swoją córeczkę, która zaczęła płakać w kryjówce pełnej ludzi, w pobliżu w głównego placu w mieście.

Poprzednie czesci  TUTAJ

Zredagowala Anna Karolina Klys

 

Cdn.

Ksiazka zostala wydana w USA po angielsku.

O drugim wydaniu TUTAJ

 

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: