.Jestem znów Zydem cz 24

Szlomo Adler

Książka ta opiera się na moich wspomnieniach. Piszę tylko o tym co sam przeżyłem, widziałem lub słyszałem. Większość imion wspomnianych w tekście jest prawdziwa.

Przez wiele lat odkładałem opisanie moich wspomnień, ponieważ praca nad tym była dla mnie bardzo ciężka, otwierała jeszcze niezabliźnione rany. Po wojnie czułem się jakbym był w koszmarnym śnie.  Często myślałem, że to nie jest jawa, a moje prawdziwe życie zacznie się dopiero wtedy, gdy obudzę się z okrutnego koszmaru, zobaczę moich rodziców, siostrę, krewnych i kolegów.
Na początku próbowałem zbudować nowe życie, pod przybraną polską tożsamością. Przyjąłem polskie maniery, ale komunistyczny reżim w Polsce sprawił, że zostałem aresztowany. Oskarżono mnie o zdradę i faszyzm. Ostatecznie okazało się, że mój areszt korzystnie wpłynął na moje życie. Wróciłem do żydostwa i uciekłem z Polski. Ale nawet po przyjeździe do Izraela, moja depresja nie zniknęła.

Byłem nieszczęśliwy, nie miałem ochoty na budowanie rodziny i nowego pokolenia w tym okrutnym świecie. Nie chciałem, aby i moje dzieci były nieszczęśliwe.  Ale los chciał inaczej.   W 1949 roku, gdy odbywałem służbę wojskową, spotkałem moją wybrankę serca, Ester. Ester przeżyła Holocaust na Syberii, dokąd ja wygnano wraz z rodziną, co uratowało im życie. Ester pragnęła dużej rodziny. Pobraliśmy się i urodziło się nam dwóch synów.


Po kilku tygodniach pobytu w obozie otrzymaliśmy kawałek białego płótna z wyhaftowaną na nim dużą literą R.  Pod literą “R” był numer pozwolenia na pracę. Mówiono, że litera “R” w języku niemieckim oznacza Rűstung, czyli uzbrojenie. Litera “R” była uznana za lepszą niż litera” W” Wehrmacht, co oznacza siły obronne. Żydzi pracujący w fabrykach skór dostali oznakę z literą “W”. Do dziś nie rozumiem jaki był związek między beczkami a uzbrojeniem i między przemysłem skórzanym a siłami obrony.  Ale tak było. Jak tylko dostaliśmy te oznaki przestaliśmy otrzymywać groszowe „wynagrodzenie”.  Zamiast pieniędzy dawano nam kawałek chleba i trochę wodnistej marmolady. To nie wystarczało, aby przeżyć.  Czasami kupowaliśmy talony na jedzenie od chrześcijańskich pracowników. Za ten kupon mogliśmy dostać kubek wodnistej zupy, w dużym tartaku około 300 metrów od nas.  W tej zupie trudno było znaleźć jakieś znane składniki.  Nazywaliśmy ją „boska zupa”, bo tylko Bóg mógł wiedzieć z jakich produktów ta zupa była ugotowana. Józik i ja dzieliliśmy się porcją. Nasze małe garnuszki stały między workami słomy, które służyły nam jako sienniki. Ten, który pierwszy wracał ze zmiany, rozpalał piec w pokoju obok. Podgrzewaliśmy garnuszek zupy, która czekała od południa. Gdy była ciepła robiła się bardziej jadalna.  Anonimowy poeta napisał wiersz na temat tej zupy:

Litr wody i cztery krupy
Taka zupa jest do dupy
Z takiej zupy chce się szczać
Kurwa jego była mać

Gdy zdobyliśmy trochę mąki, piekłem małe „bułeczki” na piecu. Te „bułeczki” były twarde jak kamień. Nie wiedzieliśmy, że trzeba dodać drożdży, zresztą nie mieliśmy ich.  Ale dla nas to był wielki przysmak. Jedliśmy je z apetytem, wyobrażając sobie, że jemy placki, które babcia Berta piekła dla nas. Nasze wszystkie rzeczy i zapasowe ubranie trzymaliśmy pod siennikami.  Nie mieliśmy żadnych zapasów żywności. Wszystko co mieliśmy zjadaliśmy natychmiast. Rzadko kiedy mieliśmy coś co można było zostawić na następny dzień. Obok naszych sienników stały butelki i stare garnki, które służyły nam jako nocniki w czasie zimnych nocy.  Na dworze było już strasznie zimno. Nie mieliśmy ciepłych ubrań ani na dzień, ani na noc. Nie chciało nam się opuszczać naszych ciepłych legowisk, żeby pójść do wychodka w nocy.  Niedaleko od domu były małe drewniane domki, ustawione nad głębokim dołem, które służyły jako toaleta. Te doły były opróżniane co roku, a ich śmierdząca zawartość była rozlewana pod drzewami owocowymi w sadzie. Bakterie w owych czasach były nieznane. W obozie musieliśmy biegać nocami do toalety, ale z powodu niskiej temperatury i naszej marnej odzieży, staraliśmy się tego uniknąć jak tylko mogliśmy.  Stawaliśmy na parapecie okna i konkurowaliśmy kto z nas siknie  najdalej. Niedaleko od okna rósł pomału śnieżny „pagórek moczowy”, jego wysokość przerosła w końcu parapet okna. Przed wiosną zostaliśmy przeniesieni do innego domu. Mogę sobie wyobrazić zapach topniejącego „moczowego pagórka”. Potem ktoś miał „genialny” pomysł, aby przygotować sobie butelki i bezużyteczne garnki.  Wypełnialiśmy je w nocy, a rano opróżnialiśmy je do toalety. Jednego wieczora leżałem na sienniku czekając na powrót Józika z pracy. Obok mnie na swoim sienniku leżał Lonek Akselrad.  Lonkowi zachciało się sikać. Wziął jedno z naczyń, które stało u jego stóp i zaczął sikać do niego. Okazało się, że nie zauważył, że jest dziurawy.  Nagle rozległ się okropny krzyk z dołu: „Ty mały gówniarzu, nasikałeś mi na twarz. Wyrwę ci nogi z tyłka!”, Lonek nie stracił pewności siebie i nie zdenerwował się.  Spokojnie wziął do jednej ręki jajko a w drugiej ręce trzymając garnuszek zaczął wołać: „Sam jesteś gówniarz. To była woda, w której gotowałem jajka dla mojego brata. On ma zaraz wrócić ze swojej zmiany. Nie wiedziałem, że garnuszek przecieka. Zapytaj się Adlera. On ci powie, że to była woda z gotowania jajka. Prawda, Salek?” „Tak” – potwierdziłem.  “Jakimi śmierdzącymi jajkami zamierzasz karmić swego biednego brata?” krzyknął nieznany głos. W końcu człowiek się uspokoił i wszystko wróciło do normy.

W fabryce beczek pracowałem samodzielnie lub w grupie dzieci. Naszym zadaniem było noszenie dębowych desek na pierwsze piętro, to było około 20-tu schodków.  Deski miały 60 – 70 cm długości, 12 cm szerokości i 2,5 cm grubości.  Każdy chłopiec brał 10 do 12-tu takich desek na ręce, wchodził do góry i kładł je na stojak obok strugarki.  Z tych desek robiono denka beczek. Gdy ukraiński robotnik, który zarabiał akordowo uznawał, że robiliśmy to zbyt wolno, wołał do nas: „Pośpieszcie się. Inaczej postaram się, żeby Was wysłali do Himmelkomando”, co po niemiecku znaczy „załoga nieba”. Miałem nieszczęście pracować obok strugarki tego bandyty. Wkładał szybko deski z jednej strony maszyny a ja musiałem je łapać i oddawać mu do heblowania drugiej strony. Tak to było kilka razy tam i z powrotem, aż deski były gładkie z obu stron. Potem musiałem kłaść oheblowane deski na innym stojaku. Jak już wspomniałem, ten robotnik zarabiał akordowo. Dlatego wkładał deski do heblarki bardzo szybko. Czasami nie nadążałem złapać ich i deski spadały mi na nogi, kalecząc mnie.  Gdy heblował drewno dębowe, pył jaki się unosił był bardzo ostry, jak zapach octu.  Żałowałem, że nie miałem tej maski, którą moja mama przygotowała przeciwko bombom gazowym. Przydałaby się, żeby ostry pył nie wchodził mi do nosa. Ten zapach powodował, że ciągle kichałem. Aby trochę odpocząć od tej ciężkiej pracy, postanowiłem uszkodzić heblarkę.  A przy okazji, chciałem aby produkcja beczek spadła i w ten sposób ugodziłbym w niemiecki wysiłek wojenny. W mojej wyobraźni widziałem jak te beczki wypełnione prochem armatnim służą Niemcom.  Chyba podczas wojny nie służyły do przechowywania wina?  Podczas przerwy, gdy robotnik poszedł pić kawę lub coś zjeść, wsypywałem piasek do otworów na smary maszyny.  Następnego dnia maszyna przestała funkcjonować.  Ja i moi koledzy cieszyliśmy się z „nieoczekiwanego” odpoczynku.  Zrobiłem to trzy razy w miesięcznych odstępach. Za każdym razem uszkadzałem inne łożysko heblarki. Kiedyś, gdy główna maszyna parowa, która uruchamiała całą fabrykę, zablokowała się warstwą wapna, nasza grupa została wybrana, aby oczyścić go od środka.  Siedzieliśmy w środku ogromnego kotła i stalowymi zaostrzonymi młotkami waliliśmy w wapienną skorupę. Praca w tym kotle trwała bez przerwy przez 48 godzin. Co osiem godzin inna grupa chłopców właziła do środka. Po każdej zmianie inżynier sprawdzał czy dobrze pracujemy.

Zredagowala Anna Karolina Klys

 

Cdn.

Ksiazka zostala wydana w USA po angielsku.

O drugim wydaniu TUTAJ

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: