DRUGIE WEJŚCIE DO RZEKI

  1. Ludwik Lewin

 

 

 


 

Nie można wejść dwa razy do tej samej rzeki – mawiał Heraklit. A przecież, po pięćdziesięciu latach, spróbowałem. Być może miałem nadzieję, że starcze zdziecinnienie starczy mi by odnaleźć dziecinne spojrzenie, a może po prostu wierzyłem w cuda.

Najpierw poszedłem na Hożą. Brama, którą w dawnych czasach zamykano dopiero o dziesiątej wieczór, mimo pełni dnia była zaryglowana i przed wejściem chronił niewidoczny, elektroniczny mur. Usiadłem na jednym z dwóch żeliwnych karłów, mających chronić tynk fasady i czekałem.

Czekałem niedługo, bo wkrótce pojawił się posiadacz magicznego kamyka i jednym jego machnięciem przed cyfrową tabliczką otworzył wrota. Otworzył sobie, ale nie odepchnął mnie, gdy całkiem nieprawomocnie wślizgnąłem się za nim.

Ściany w przejściu na podwórze i do drugiej klatki obłożono kaflami naśladującymi marmur, co naśladować próbowało elegancję. Po lewej stronie, gdzie było wejście do parterowego mieszkania Bermanów, jaskrawa wywieszka wyświetlała anglosaską nazwę firmy, której działania nie byłem w stanie odgadnąć.

Leon Berman był nieśmiałym mężczyzną, a odwagi nie dodawał mu pewnie bardzo niski wzrost. Tylko rzadko zmieniał z kimś parę słów, ale czasem rozmawiał z moją mamą po żydowsku. Patrzył przy tym w ziemię, jakby obawiając się jej spojrzenia, a może nie jej, tylko własnego.

Choć nie budził respektu swą osobą, to przecież bano się go troszkę w całym domu, bo szła plotka, że jest bratem Jakuba, wszechmocnego w tamtym czasie komunistycznego hierarchy, o którym mówiono, że więcej ma do powiedzenia niż sam Bierut, wtedy nie pamiętam już, prezydent, sekretarz partii, czy jedno i drugie.

Mało mnie interesowały horyzontalne koligacje rodzinne Bermana, natomiast bardzo interesowałem się jego córką, Stefcią, trochę ode mnie młodszą, śliczną brunetką o wielkich, nieoczekiwanie szmaragdowych oczach.

Ponieważ wyjechałem na rok przed wszystkimi – no, oprócz tych, którzy Polskę opuścili (oni Polskę, czy Polska ich?) w 46, 49 i 57 – nie byłem więc świadkiem ostatniego wyjścia i nie wiem dokąd wyjechała Stefcia i jej rodzina.

Wiem natomiast, co stało się z tancerką Natalią Lerską, która wraz z byłym i obecnym mężem, jak i mamusią, mieszkała na ostatnim, czwartym piętrze. Lerska to był pseudonim sceniczny, naprawdę nazywała się Domańska, choć też nie naprawdę, bo wiele, wiele lat później, jej długowieczna mama, pani Sonia, opowiedziała mi, że to nazwisko przylgnęło do nich, kiedy ukrywali się na aryjskich papierach. Poprzednim mężem Natalii był wysoki, szpakowaty brunet, o wiele od niej starszy. Nazywałem go, całkiem błędnie, inżynierem Lerskim, a większość lokatorów mówiła o nim pan Maciuś. A to dlatego, że miał psa i wracając z pracy, żeby go wyprowadzić na cały głos wołał z podwórka: Maciuś, Maciuś.

Aktualnym mężem Natalii był Julian Sztatler, dosyć popularny, dzięki szlagierowi „Wio Koniku”, piosenkarz. Pewnie dlatego, że jego własna gwiazda mocno już wtedy zbladła, w 1961 r. założył Klub pod Gwiazdami na ostatnim piętrze nowego, bardzo, jak mi się wtedy wydawało, wysokiego domu, jaki zbudowano na rogu Hożej i Marszałkowskiej.

Którejś jesieni, późną nocą i nieźle chyba wstawiony, zacząłem z artystą rozmowę o Nowym Roku i Jom Kipurze. W jej wyniku Sztatler usiadł do pianina i zaintonował Kol Nidre. Taka była nasza religijność tamtych czasów.

Pod Sztatlerami, na trzecim piętrze, mieszkał Wituś, z którym chodziłem do jednej klasy. Jego mama była dyrektorem w ministerstwie finansów a tata prokuratorem. Wszyscy niesłychanie przystojni, ale zmiana nazwiska nie była w stanie ukryć bardzo semickich rysów. 

Pod nami mieszkali państwo Kwalowie. Pani Felicja była pianistką, ale jakoś nie wyszła jej kariera wirtuozki. Ćwiczyła przecież całymi dniami do rzadkich recitali i w moje dzieciństwo wstukała niechęć do muzyki, którą rozwiał dopiero rock’n’roll.

Moi rodzice z sąsiadami się nie fraternizowali, ż żydowskimi nie bardziej niż z chrześcijańskimi. Dopiero odwilż, która zaczęła być odczuwalna pod koniec 1955 roku, spowodowała, że żydowscy mieszkańcy naszej kamienicy zaczęli pojawiać się u mojej mamy. A to dlatego, że jako pierwsza wykorzystała nowe dozwolenie na wyjeżdżanie za granicę i w czerwcu 1956 pojechała razem ze mną do Izraela. Inni, nie mając tak szybkiego refleksu, wybrali się w tę podróż dopiero jesienią albo zimą. A przed wyjazdem chcieli wywiedzieć się u mamy, jak tam jest, czy nie miała przykrości po powrocie i co wziąć należy ze sobą.

Wtedy wykluło się coś, co bardzo na wyrost i nie bardzo zgodnie z rzeczywistością, nazwać by można było żydowską więzią w naszej kamienicy. Coś innego łączyło nas przecież ściśle i od dawna. Spojrzenie sąsiadów, może nie wszystkich, ale prawie, dla których byliśmy tylko Żydami. Dla jednych tymi, których miało nie być, dla innych uratowanymi, ale dla wszystkich innymi, obcymi, nietutejszymi. Nie musiało być w tym wrogości, choć bywała. Ważniejsze, wyczuwalne, niewątpliwe było rozróżnienie, wpojone im w dzieciństwie i dzieciom przekazane przekonanie, że jak mi to inny kolega klasowy przedstawił, „byliście z innej nacji”. 

Nie wiem jak zachowywali się w marcu, ale mówili mi rodzice, że pani, która mieszkała na naszym piętrze z córką, obdarowała ich pamiątkami i płakała odprowadzając na dworzec.

Na moich sąsiadów natrafiałem włócząc się po świecie. Natalię Lerską spotkałem w Paryżu. Wyszła kolejny raz za mąż za właściciela fabryk włókienniczych, ale bynajmniej nie była na jego utrzymaniu. Założyła szkołę tańca dla dzieci, która okazała się wielkim sukcesem. Akompaniatorką była pani Sonia, jej matka, u której wynajmowałem pokój. Czyli tak jakbym odnalazł kawałek domu na Hożej.

Kwalowie osiedlili się w Hajfie. Ich córka tak jak matka, poświęciła się muzyce, została skrzypaczką, ale z sukcesem równie skromnym, co jej mamy.

Witka bez szukania odnalazłem w Izraelu. Wspaniale opanował hebrajski i tak wtopił się w rzeczywistość izraelską, że jeśli Polska pojawiała się w naszych rozmowach, to w jego ustach wydawała się dalekim, egzotycznym, ale mało ciekawym krajem, z którym nic go nie łączyło.

A przecież następnym razem spotkaliśmy się w Polsce. Wrócił do swej sympatii z czasów studenckich, pobrali się i wciąż mieszkają w Warszawie.

Dziwne? Nie tak bardzo, bo są rzeczy na niebie i na ziemi, o których się filozofom nie śniło. Znam ludzi, którzy o swym żydostwie dowiedzieli się dopiero wtedy, gdy rodzice zdecydowali się na wyjazd, a którzy dziś kalecząc polski, od Polski się odcinają. Znam artystę, dziecko z żydowskiego sierocińca, ucznia żydowskiej szkoły. Do dziś dnia maluje pejzaże, w których Kotlina Kłodzka nakłada się na wzgórza Judei i po polsku pisze wiersze i opowiadania. 

Śledziłem niedawno na Facebooku polemikę na temat wypowiedzi Idy Kamińskiej, wielkiej aktorki żydowskiej i marcowej emigrantki, której w roku 1975, z okazji 50 rocznicy śmierci jej matki, Esther Rachel Kamińskiej, pozwolono przyjechać do Polski, co było czymś absolutnie wyjątkowym. Na uroczystości w warszawskim Teatrze Żydowskim, Ida powiedzieć miała: nie wiem, kto lepiej zrobił, ja, która wyjechałam, czy wy, którzy zostaliście. To wy macie swój dom, ja tego domu nie mam.

Choć cytat nie pochodzi z pierwszego źródła, ale z jakiegoś o wiele późniejszego wywiadu Goldy Tencer, we współczesnej dyskusji potępiano artystkę, za to, że takim zdaniem szła na rękę ówczesnym władzom.

Myślę, że abstrahując od politycznego wydźwięku tych słów, jest w nich jakaś wielka prawda Żydów polskich. Niezależnie bowiem od stopnia asymilacji, od miłości czy nienawiści do Polski, była ona naszym domem, choć czasem bardzo niekomfortowym i niebezpiecznym. I świadomie, tak samo, jak nieświadomie, budowaliśmy ten dom wraz z jego chrześcijańskimi gospodarzami. I oni też dojrzeją kiedyś do tego, by zobaczyć jak wiele cegieł tej budowli jest żydowskich.

Myślę tak patrząc na swoje dawne podwórko i wysokie, rozłożyste drzewa, których nie pamiętam. Może są młodsze od mojego wyjazdu? Ale to wciąż ta sama rzeka.

Wszystkie wpisy Ludwika

TUTAJ

 

Pierwodruk ukazal sie w Slowie Zydowskim

 

3 komentarze to “DRUGIE WEJŚCIE DO RZEKI”

  1. Te wyjazdy w 56-57 roku turystyczne do Izraela
    byly strasznie tanie ponieważ można było
    za psie grosze kupić oficjalnie dolary za chyba 24
    24 złote.Moja Mama skorzystala i zwiedzajac po
    po drodze Zurich i Włochy odwiedziła swoją
    siostrę w Izraelu.Niestety władze się polapaly
    I szybko te wyjazdy zabroniły

    Paweł Dabrowski

  2. Freda Rozenbaum Uziyel 05/12/2018 at 10:37

    PANTA REI.

    Witaj Ludwiku,
    Wspomniles nazwisko Sztatler , co naprowadzilo mnie ma wspomnienie.
    Kiedy byłam mała dziewczynka z adapteru i p;yty ( mówię o latach piecdziesiatych) dochodził głos piosenkarza w szlagierze ‘ Plum. Plum , plum kanarek’, który był niepocieszony . Zapytałam Tate dlaczego kanarek jest smutny itd, a on tłumacząc mi na język dziecka słowa piosenki, dodał , ze piosenkarz nazywa się Sztatler i jest Żydem. Takie sprawy wbijały mi się w pamięć natychmiast . Chyba od urodzenia rozumiałam co to znaczy , zwłaszcza , ze mieszkaliśmy wśród Polaków , przyjaciele rodziców byli Polakami , a Żydzi pokazywali się u mas czasami . Zawsze zatrzymywali się ma kilka dni i rozmawiali z rodzicami po żydowsku . Czymś, dla mas , dzieci zupełnie oncym( z nami zawsze rozmawoano po polsku), a jednak familijnym i bliskim . Zapamiętałam , wiec i piosenkę , i wykonawcę , głównie dlatego, ze był taktyk i my _Zydem . W naszym niepartyjnym i świeckim domu , domu , gdzie mówiło się po polsku , ale tata słuchał radio Israel nawet po hebrajsku, zydostwo , przynależność i duma – były tym co rodzice wbijali nam do głowy.
    Z nazwiskiem Sztatler spotkałam się po raz drugi w życiu po Marcu68! Juz po decyzji o wyjeździe naszej rodziny . .
    W klubie „Pod77” podszedł do mnie chlopak; oczywiście poznałam, ze to Żyd , bo miał jak na owe czasy bardzo niedobry wygląd. . Uśmiechnął się nieśmiałe i dodał , ze zna mnie z wydziału prawa. Był rok nade mną na studiach . Oczywiście wiedział , ze jestem Zydowka , bo ja bardzo swobodnie o tym zawsze mowilam( ( nauki rodziców nie poszły na marne) . Chłopak powiedział mi, ze jest Żydem, ja grzecznie udałam zaskoczenie i przedstawił się jako Piotr Sztatler.
    Oczywiście jemu wydawało się,ze może być w Polsce Polakiem, ale teraz widzi , ze to okropne iż nie został wychowany w dumie i szacunku dla swojego żydostwa i widzi tez , ze musi wyjechać i chciał ze mną o tym porozmawiac.
    Powiedziałam mu , ze jego nazwisko jest mi znajome, bo kiedyś była taka ladna i smutna piosenka a o kanarku, Tory byl niepocieszony. Piotrek i ucieszył się i spochmurnial , bo mówiłam o jego nieżyjącym już wtedy ojcu . Piotrek był sierota. Nie pamietam aby mówił coś o matce , ale myśle , ze to może pani Lerska była nią , albo może nie?.
    Piotrek poinformowal mnie,ze wujka w Manchester I otrzymal wizę wjazdowa do Anglii. Z tego co zapamietalam z rozmowy , postanowil osiedlic sie w Wielkiej Brytanii.. Miał tez nadzieje , ze wujek pomoże mu w ukończeniu studiów ; Piotr był wtedy na trzecim roku prawa.
    Chciałabym wiedzieć coś o jego losie . Piotrek studiował i mieszkał w Łodzi . Wyjechał do Manchester prawdopodobnie w drugiej połowie 1968 roku.

    Zycze radosneje Chanuki i smacznych paczkow.
    Freda

  3. Dla wielu z nas Polska byla domem,Domem Dziecka czyli sierocincem…

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: