Pociąg

Zenon Rogala


     Najbardziej lubiliśmy rozkręcać te przeciwpancerne. Wystarczyło włożyć ten metalowy walec do imadła, lekko stuknąć w stożkowy kapelusik na końcu tego cygara, jeszcze raz i jeszcze i…uff – drgnął. Potem to już było proste. Delikatnie obracany stożek lekko ścięty odstawał od reszty korpusu, pokazywał po raz pierwszy od czasu zakręcenia w fabryce amunicji błyszczące rowki gwintu i po chwili już można było wysypać z jego wnętrza, kryształowy, podobny do cukru, ale szaro-fioletowy proch strzelniczy. Gromadziliśmy go w gazetowych pakunkach. Stożki usypanego prochu podpalaliśmy oddzielnie. Najwięcej jednak tego syczącego, prochu, który gwałtownie spalany wściekał się, że nie doprowadza do wybuchu i rozerwania swego metalowego ciała i musi się wypalić na próżno, więc najwięcej  tego suchego cukru wysypywaliśmy jednak z wielkich buław moździerzowych. Tu trzeba było szczególnie uważać, bo zapalniki umieszczone były na samym czubku moździerzowej głowy i miały nieznanego przeznaczenia pierścienie. Na drugim, tym cieńszym końcu cielska pocisku, podziwiać należało cieniutkie stateczniki utrzymujące pocisk w czasie lotu w pożądanym kierunku.

         Wszystkie te nie rozbrojone, lub szczególnie zardzewiałe i oporne na stukanie młotkiem, odkładaliśmy w komórce pod klatkę z królikami, aby doczekały czasów, kiedy spełnią swoje wojenne przeznaczenie.

         Na bombobranie chodziliśmy do pobliskiego lasu. Tam naboje leżały zachęcająco bezczelnie na wierzchu ściółki leśnej. Wystarczyło zbierać je jak grzyby, a nawet łatwiej, bo leżały całymi stadami i po chwili plecaki i torby pełne były podłużnych, trochę zardzewiałych metalowych skarbów. Najlepsze były te przeciwpancerne, bo proch w nich był fioletowo-szary i pachniał tak intensywnie, że kiedy wysypywaliśmy je z odkręconych podłużnych rurek, zapach unosił się tak intensywny, że rozchodził się po całej komórce. Naszym marzeniem było znalezienie jednak takiej wielkiej, prawdziwej bomby, najlepiej burzącej, albo zapalającej, bo one w swych cielskach mogłyby mieć ze sto albo i więcej kilogramów tego cennego cukru.

         To była nasza tajemnica, w tym czasie tajemnic mięliśmy całe mnóstwo, ale ta była największa. Żeby być pewnym i godnym zaufania należało złożyć przysięgę. Przysięgam uroczyście, że nikomu tej tajemnicy nie wydam choćby mnie na ogniu przypiekali, jak Kmicica, na pal wbijali, jak Azję Tuhajbeja, albo oczy chcieli wypalić, jak Jurandowi ze Spychowa, przysięgam, że tajemnicy naszej nie wydam nikomu, nawet ojcu i matce, ani w szkole, ani na podwórku, ani w kościele – nikomu.

         Zaczęło się od tego ,że Kaziu Lasota, przyniósł dziś do szkoły cieniusieńki plasterek metalu, który jeszcze wczoraj był niemiecką błyszczącą monetą. Z trudem próbowaliśmy rozpoznać jeszcze wczoraj  wyraźnie widoczne cyfry z jednej i szwabskiego orła z drugiej strony. Dzisiaj, wczorajsza pięknie grawerowana moneta, zamieniła się w cienką blaszkę.

         Ulicę Wysoką przecinała linia kolejowa, więc Kaziu, który mieszkał pod siedemnastym,  miał zaledwie parę kroków, żeby niezauważony, podłożyć na błyszczącą szynę maleńki krążek.  Kiedy pociąg towarowy z wagonami wyładowanymi towarami jak w „Lokomotywie” ledwo znikał za zakrętem, bez trudu można było znaleźć efekt potężnego nacisku tego kołowego magla, czyli cieniusieńką blaszkę monety. Oto potęga.

         Tej nocy nie zmrużyłem oka. Tak się mówi, żeby pokazać jakąś mękę nocną, ale ja faktycznie cierpiałem. Wyraźnie szatan podpowiadał mi :

         – Weźmiesz po prostu dwa pociski te przeciwpancerne, najlepiej te najbardziej zardzewiałe, wiesz, te spod klatki z królikami, ot jak gdyby nigdy nic, wchodzisz do komórki, jest przecież nie zamknięta, więc pamiętaj, dwa te zardzewiałe, wkładasz do kieszeni, ale nie do jednej dwa pociski, do jednej kieszeni jeden, a do drugiej drugi, pamiętaj… o cholera, racja tak nie może być, lewą kieszeń masz dziurawą i pocisk może wypaść, zrobimy inaczej, weź worek na kapcie tak, tak będzie najlepiej, do worka na kapcie nikt ci nie zaglądnie, więc pamiętaj dwa do worka i jak gdyby nigdy nic idziesz. W razie gdyby cię ktoś pytał gdzie idziesz powiesz, że idziesz do Kazia, to jest twój najlepszy kolega, więc niczego się nie bój, bo i tak pójdziesz na ten przejazd na Wysokiej…

         – Ale, przecież to może być… źle… – ledwo próbowałem oponować.

         – Daj spokój i nie marudź, wreszcie dokonasz czegoś, czego nikt jeszcze nie zrobił, zresztą wcale nie znaczy,  że pociski wystrzelą i wcale nie znaczy że pociąg się wykolei, raczej tylko proch się rozsypie i trudno, prochu macie jeszcze dużo, więc nic się nie martw, zresztą pamiętaj żebyś się schował po drugiej stronie torów. Tam jest takie zagłębienie, świetnie się w nim ukryjesz i wyjdziesz jak pociąg sobie pojedzie dalej, pamiętaj, że pociąg jedzie szybko i zdążysz uciec jakby co, zanim on się zatrzyma, zanim się ktoś zorientuje co się stało, zdarzysz uciec, jak nic. I pamiętaj nikomu ani słowa, jesteś związany przysięgą, a przysięga jest najważniejsza,

         – A może powiem Artkowi, on jest starszy ode mnie i z nim byłoby mi raźniej.

         – Coś ty, ani słowa nikomu, Artek będzie pierwszy przeciwko temu pomysłowi, a pamiętasz jak rąbnął cię kamieniem w głowę, krew zalała ci  całą twarz, on by ci jeszcze dołożył, a nie pomógł. Najlepiej zrób to sam, bo wtedy cała chwała pójdzie dla ciebie.

         – A jak wysadzę pociąg i lokomotywa wyleci w powietrze, jak na tym filmie o polskich partyzantach, jak wysadzali niemieckie pociągi, nie chciałbym żeby tak się stało… – myślałem, że szatana przekonam i że przestanie nalegać.

         – Oj, widzę, że strach cię obleciał, jak nie chcesz to nie, nie chcesz ty, to namówię albo Bronka Myśkowa, albo samego Kazia Lasotę, on już podkładał, ale tylko pieniądze, a ty możesz być większy gość, podłóż na razie te dwa, nie od razu moździerz, to zostawimy na później, zacznij od przeciwpancernych,  co ci zależy. Będziesz mógł się potem pochwalić, że jesteś gość jak nikt.

         – A jeśli wysadzę pociąg i sam zginę…nie chciałbym zginąć, bo w lipcu mam pojechać na kolonie do Mikołajek, tam jest podobno tysiące jezior.

         – Nie zginiesz głuptasie, nie zginiesz, może nawet chciałbyś zginąć , bo masz dziewięć pierwszych piątków, więc poszedłbyś prosto do nieba, a raczej to nie jest w moim interesie, więc nie zginiesz, tylko działaj zdecydowanie i odważnie…

         Serce waliło mi tak mocno, że tłumiłem jego walenie pustym workiem do kapci. Nad moją głową, w kółku widocznym z kryjówki, na  niebie zbierały się na widowisko białe kłęby chmur. Leżałem skulony patrząc w niebo, choć plamy latały mi przed oczami, a raczej nasłuchiwałem, bo stamtąd dowiem się kiedy… Niewiele to pomagało, bo dudnił mi jeszcze w głowie stukot pociągu, który słyszałem od momentu przekroczenia jednej szyny, a potem drugiej. Nawet zamierzałem przyłożyć ucho do tej błyszczącej wstążeczki, żeby usłyszeć jak daleko jest pociąg, ale przeszkadzał mi w tym huk dochodzący z piersi.

         Jeszcze go nie widziałem, a już byłem pewien. Jedzie. Jest jeszcze w wąwozie, ale jakby specjalnie dla mnie daje sygnał, jadę… uważaj, zbliżam się, wiem, że tam jesteś, wiem że czekasz przyczajony w tym zagłębieniu i patrzysz na bielusieńkie chmury nad twoją głową.

         – Wiieeemm… czu…czu…czuwaj… czu…czu…czuwaj…daje mi sygnał biały obłoczek pary, wpierw widoczny z daleka, a teraz zamieniony w lokomotywowy gwizd. Wyglądam nad krawędź jamy i widzę… tak, jedzie, nieuchronnie jedzie. Jedzie na dwóch szynach prosto na położone przeze mnie dwa pociski, po jednym na każdej szynie… Jedzie mimo wszystko swoim równym pociągowym pędem. Już widzę go w całej jego długości. Czarny potwór dyszący po bokach kłębami pary, ciągnie za sobą bezwolne wagony prosto na zatracenie…

         To nie ja wyskoczyłem z kryjówki, wiedziałem tylko, że ktoś pędził przed siebie na wyścigi ze śmiercią. Ktoś frunął nad kępami traw, ktoś nie patrzył w kierunku czarnego węża, choć widać go było coraz wyraźniej, bo zbliżał się po wyjściu z wąwozu. Jeszcze zdążę… muszę zdążyć, jeszcze przebiec jedną, a potem drugą szynę, więc przed czarnym, gorącym, okrągłym brzuchem tego świszczącego potwora. W tym wyścigu, pociąg był wyraźnie po mojej stronie, bo gwizdał bez przerwy odkąd zorientował się, że dzieje się coś dziwnego, że jakiś dzieciak chce wygrać wyścig z pociągiem.

         Kiedy zrzucałem z szyny drugi pocisk, poczułem na końcach palców gorąco srebrnej szyny, nad sobą kłęby gorącej pary, a w sobie niebiańska ulgę…


Wszystkie opowiadania Zenona 

TUTAJ

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: