Adam Ringer – emigrant Marca ’68, ekonomista i biznesmen, współwłaściciel kawiarni Green Caffe Nero i firmy Paragona, która organizuje pracę dla lekarzy i pielęgniarek za granicą


Wzięliśmy z żoną pięcioletniego wnuka na dwa tygodnie ze Sztokholmu, gdzie mieszka, do Warszawy. Trzeba mu było wymyślić zajęcia. Kończyły nam się pomysły i któregoś dnia zabraliśmy go do naszej piekarni. Umówiłem się wcześniej, że mały będzie mógł coś tam polepić, poobserwować.

Pracuje u nas czarnoskóry piekarz. Wchodzimy do środka, a wnuk wyraźnie ucieszony mówi: „Dziadek, dziadek, patrz – Szwed!”.

Dostrzec ukryte pragnienia

Lubię siedzieć w kawiarni i obserwować ludzi. Patrzę, gdzie siadają, zagaduję.

Bo to nie jest biznes kawowy. To biznes społeczny. Tworzymy kontakty, miejsce spotkań – kawa jest bardzo ważna, ale niewystarczająca.

Kiedy zaczynaliśmy 15 lat temu nie było w Polsce zwyczaju chodzenia do kawiarni. Wydawało się więc, że tworzenie kawiarni to mrzonki, marnowanie czasu i pieniędzy. Okazało się jednak, że ta potrzeba była, tyle że ukryta. Niewielu sądziło, że dobra kawiarnia może pozytywnie zmienić życie. Dopiero powstawanie kawiarni to zmieniło i przekonało miliony.

James Watt, wynalazca maszyny parowej, mawiał, że gdyby słuchał swoich klientów, robiłby większego konia.

Powrót

Wyemigrowałem z Polski w 1968 roku. Przez Gomułkę.

Skończyłem nauki polityczne i ekonomikę przedsiębiorstw na Uniwersytecie Sztokholmskim. Porządne studia. Uczyłem się o wąskich gardłach w produkcji, kampaniach marketingowych, zasadach magazynowania, księgowości. Niewiele z tego skorzystałem.

Po studiach pracowałem w dużej firmie ubezpieczeniowej. Zwiałem stamtąd po dwóch latach. Chciałem innego życia. W Szwecji w latach 70. przechodzenie z zawodu do zawodu było bardzo łatwe. Dostałem stypendium i zrobiłem roczne studium frezerstwa metalowego. Pracowałem w fabryce Ericssona.

Dopiero lata 80., „Solidarność” i to, co się działo w Polsce, uświadomiło mi, że tracę czas.

Wróciłem na uczelnię. Prowadziłem wykłady o Europie Wschodniej, pisałem doktorat o „Solidarności” (nie skończyłem, bo przyszedł upadek komunizmu). Ożeniłem się z Cathariną, Szwedką. Mamy trójkę dzieci.

W 1994 roku przyjechaliśmy na rok do Polski. Zostaliśmy do dziś. To była jedna z najmądrzejszych decyzji w moim życiu.

Czy ludzie dobrze ci życzą?

Ze studiów zapamiętałem jedno: przychody muszą być zawsze wyższe niż koszty.

– Na dobry projekt pieniądze zawsze się znajdą – uciął moje wątpliwości dyrektor Stena Line.

W 1995 roku firma szukała partnera w Polsce, potrzebowała polskiej załogi i polskiej bandery, chciała mieć kogoś, kto jej pomoże w przecieraniu ścieżek w nieznanym kraju.

Byłem wtedy wspólnikiem w małej firmie konsultingowej, pomagaliśmy Szwedom znajdować parterów biznesowych w Polsce. Szybko znalazłem potencjalnych partnerów, ale dyrektor Stena Line chciał nas.

My jednak nie mieliśmy takich pieniędzy. Dzienne utrzymanie jednego statku kosztuje 30 tys. dol., więc jeśli brakuje pasażerów i frachtu, ryzyko jest wielkie. Dla Stena Line to nie miało znaczenia: biznes często robi się na zaufaniu, a mniejsze znaczenie ma to, jakim kapitałem dysponujesz.

Tak zostałem armatorem. W ciągu sześciu tygodni uruchomiliśmy promy z Gdyni do Karlskrony. Po dwóch latach Stena Line zgodnie z prawem, które zastrzegła sobie w umowie, odkupiła od nas biznes.

W jednym z badań przeprowadzonych wśród Europejczyków pada m.in. pytanie: „Czy uważasz, że większość ludzi dobrze ci życzy?”.

To absolutnie fundamentalne pytanie, bo jeśli myślisz, że nie to, co z tym robisz? Jak się bronisz? Jak funkcjonujesz?

W Skandynawii ponad 80 proc. odpowiada tak, w Polsce poniżej 20 proc.

Z niczego zrobić coś

Lubię tworzyć nowe rzeczy, tak z niczego robić coś. Ale niczego nowego nie wynajduję – po prostu kojarzę fakty i łapię sznurki. Jeden tu, drugi tam, trzeci tu – trzeba złapać, związać ze sobą, zrobić supełek. I dostrzec w tym możliwość. A potem to zrealizować.

W 1999 roku samorząd z południowej Szwecji poprosił naszą firmę o pomoc. Potrzebowali lekarzy.

Lekarze w Polsce zarabiali pięć razy mniej niż w Skandynawii. Chcieli jechać, ale w Szwecji był prawny zakaz „importu siły roboczej” spoza Unii Europejskiej, a lekarze nie znali szwedzkiego.

Wymyśliliśmy rozwiązanie. Moja żona, która od 20 lat uczyła obcokrajowców języka szwedzkiego, opracowała program siedmiomiesięcznego stacjonarnego obozu językowego dla lekarzy.

Alicja Bobrowicz, Waldemar Paś

Calosc TUTAJ