Rozmaryn

Zenon Rogala

 

 

 


Przy robocie lubił śpiewać. Wiedział, że go słucham i starał się śpiewać głośno i wyraźnie. Przeważnie były to piosenki z przedwojennego repertuaru obowiązującego w czasie tamtych towarzyskich, spotkań wieczornych. Bo trzeba sobie uświadomić, że były kiedyś czasy, w których nie było radia, nie mówiąc już o tym, w co trudno dziś uwierzyć, że nie było także telewizji. Wtedy ludzie spędzali wieczory na słuchaniu opowieści ludzi starszych, a także na  wspólnym śpiewaniu pieśni. Zawierały one jakieś pouczające treści i były przesłaniem dla młodszego pokolenia, czego ślady mamy w pieśni „…o rycerstwie znad kresowych stanic…”

Przy robocie lubił śpiewać. Przy jego szewskim fachu było to nawet całkiem możliwe.  Czynności związane z reperacją obuwia miał opanowane do perfekcji i był potwierdzeniem powiedzenia, że robota znikała w jego rekach śpiewająco.

Od wczesnej wiosny, do późnej jesieni urzędował w ogródkowej komórce, gdzie posiadał wszystko do wypełnienia swego umiłowanego zawodu szewca. Od bladego świtu do późnego wieczora spędzał tam czas w towarzystwie kopyt, kołków, drewnianych, kleju kasztanowego, szewskiej dratwy, raszpli, szpilarta, czernidła, wosku do nacierania dratwy, szydła i specjalnego szewskiego młotka z okrągłym obuszkiem. Na szczególną uwagę zasługiwał cały zestaw szewskich noży. Były to płaskie metalowe listewki, zakończone ostrym półokrągłym wyostrzonym  brzegiem. Ostrze tego narzędzia porównać można tylko do lekarskiego skalpela, bo i kształtem i ostrością przypominał to podstawowe narzędzie chirurgiczne. Ale najwięcej oczywiście miał oczekujących w kolejce na swoją renowację par butów. Stały one posłusznie w różnych miejscach i zdane na łaskę majstra obserwowały podobnie jak studenci chirurgii, jakich zabiegów dokonuje pan doktor na przedstawicielach różnorodnej obuwniczej rodziny.  

  To był jego świat. Tam czuł się u siebie i był pewien, że przedmioty, których używał leżą zawsze na swoim miejscu. I wcale nie chodzi o tak zwany porządek, czyli czystość, brak kurzu, czy jakichś innych atrybutów ładu. Raczej jego praca przebiegała w wielkiej sprzeczności z naszymi wyobrażeniami o tradycyjnie pojmowanym porządku. 

Zawsze, ilekroć odwiedzałem dom rodzinny, lubiłem zajrzeć do ojcowskiej samotni. Często skradałem się niepostrzeżenie, żeby nagle otworzyć drzwi do jego komórki i z głośnym, – tadam !- przywitać się z jego szczecinowatymi policzkami.

Tak było i tym razem. Dzisiaj przywiozłem mu trzy podniesione na Plantach kasztany, z tego miejsca, na którym stoi na pamiątkowej fotografii zrobionej przez powojennego fotografa. 

Kiedy jednak podszedłem pod same drzwi i już złapałem za zimną klamkę, usłyszałem ożywione głosy dochodzące ze środka maleńkiego warsztatu. To był głos ojca tak, to jego niski, nieco gardłowy głos,

– Ponieważ ty mówisz poważnie to i ja powiem całkiem poważnie, że jeśli pójdę z tobą to nie widzę żadnych gwarancji dla mojej rodziny. Zwodzisz mnie wizją relaksu i wiecznego wypoczynku. Owszem jestem już trochę tym wszystkim zmęczony, ale też bez przesady. Myślisz, że jak rzucę to wszystko i pójdę z tobą to nie będę się martwił  o swoją rodzinę i tymi co jeszcze są w domu, tymi co są przy nas, to znaczy przy mnie i przy matce. Reszta jest już w świecie i oni dają sobie radę sami. Ale co to mi za interes iść z tobą tylko dlatego, że mnie będzie tam lepiej, że ty o mnie lepiej zadbasz niż moja żona, – tego się nie nigdy nie spodziewałem, ze zgrozą słyszę o jakiś knowaniach ojca. 

– Zrozum, że jesteś w sytuacji kiedy każdy dzień to nie nowe siły i nowa energia. Każdy dzień to wyciekająca z ciebie strużka  energii. To krótszy oddech, to krótszy krok. Pamiętaj, że będziesz musiał tę resztę energii zachować na jeszcze wiele, wiele lat. Pójdziesz ze mną i będziesz miał gwarancję, że każda kaloria nie pójdzie na marne, że każda czynność będzie miała określony sens. Nie będziesz trwonił resztek swojej energii. Ja pomogę ci gospodarować nią racjonalnie, – to był głos kobiety. To był głos kobiety zdecydowanej i upartej. Było za późno, żeby się wycofać. Każda próba poruszenia mogła zdradzić moją obecność, stałem więc zamurowany z ręką na klamce. 

– Stawiam tylko jeden warunek. Musisz to dokładnie przemyśleć. I albo decydujesz się, żeby być ze mną , albo pozostaniesz tutaj i będziesz wiódł życie samotnego starucha. Wiesz, że od jakiegoś czasu odwiedzam cię regularnie w tej twojej samotni. Pracujesz tu i owszem, nawet pochwalam to co robisz, ale tak jak mówiłam ci wczoraj, tak też mówię dzisiaj, rzuć to wszystko w cholerę. Rzuć i choć ze mną. Zrób to dla siebie. Całe życie myślałeś i robiłeś dla innych, całe życie zabiegałeś o los i byt żony i licznego potomstwa. Teraz przyszła pora na myślenie o sobie. Czy nie widzisz, że świat się tak szalenie zmienia. Chodzę za tobą całe twoje życie. Nawet nie wiesz, że mam cię na oku od dawna, właściwie od chwili twego urodzenia. Zawsze myślałam, że kiedyś przyjdę żeby się z tobą rozmówić. Przypuszczam nawet, że i ty podświadomie czekałeś na mnie od dawna. Daj się więc przekonać, że przychodzę tutaj dla twojego dobra. Jutro też przyjdę i wiem, że będziesz na mnie tutaj czekał,  – teraz już musiałem tu trwać, musiałem do końca być świadkiem tej dziwnej rozmowy, musiałem dowiedzieć się o ojcu wszystkiego, nawet tego czego najmniej się spodziewałem.

Nastąpiła  cisza. Żaden dźwięk nie dochodził ze środka. Trwało to nieznośnie długo i już byłem pewien, że to wszystko chyba mnie coś się przywidziało, a raczej przysłuchało. Już miałem wejść, gdy nagle usłyszałem ojca,

– Dlaczego tak bardzo uparłaś się akurat na mnie. Czy myślisz, że tylko ja jestem do wzięcia. Zobacz wokół ilu jest starszych panów, którzy chętnie pójdą z tobą bez mrugnięcia powieką. Co we mnie widzisz takiego, co mnie wyróżnia pośród innych. Dlaczego tak uparcie nachodzisz mnie tu codziennie i dlaczego nie proszona wtrącasz się w moje życie. I dzisiaj też przylazłaś tutaj, żeby mi zawracać głowę tymi swoimi mirażami, przychodzisz tylko po to, żeby zabełtać mi w głowie jakimś błękitem. Idź już, bo dzisiaj czekam na kogoś ważnego. Przyjeżdża dzisiaj mój syn, który jest studentem w wielkim mieście. Jestem dumny, z niego, bo ma taką wrażliwość jakiej nie ma nikt w naszej rodzinie. Sam nie wiem po kim jest taki. Idź już, bo jeśli zastanie cię u mnie może zacznie coś podejrzewać. Nie chciałbym, żeby zaczął podejrzewać, że mam z tobą jakieś konszachty. Wiesz, że nie jesteś nigdzie mile widziana, – wiedziałem, że mówi ojciec kiedy jest zniecierpliwiony i kiedy nie warto sprzeciwiać się jego woli. Wiedziałem, że chce jak najszybciej zakończyć to spotkanie. Słyszałem w jego głosie podniesiony ton i wiedziałem czym kończy się nie wypełnienie jego woli.  

– Jaki ty jesteś naiwny, – w jej głosie słychać było politowanie, smutek i współczucie.

– Ty sądzisz, że ten twój synuś kochany będzie zwracał uwagę na ciebie. On jak każdy na tej ziemi pomyśli wpierw o sobie, a potem, jeśli będzie  miał taki kaprys pomyśli o tobie. Więc zrób tak jak zrobiłby każdy, a na pewno większość. Myśl o sobie i swoim bytowaniu. On jak skończy te swoje i tak nic nie warte studia, zajmie się swoim życiem, a nie twoim. Nie bądź taki naiwny i nie rozśmieszaj mnie, bo mnie nawet nie wypada się śmiać. 

Tego już było za dużo. Jeszcze trochę jej impertynencji i wkroczę w obronie ojca. Na szczęście usłyszałem z ulgą,

– Idź już. Idź i nie wracaj. W każdym razie daj mi spokój przez kilka dni. Zanim on nie wyjedzie, a w ogóle muszę skończyć jeszcze te dwie pary butów.

Pani Sawickiej obiecałem na jutro, bo mówi, że w tych sandałach chodzi się jej najwygodniej. A te szpileczki są Zosi Gomułki co jest kierowniczką na  naszej poczcie, więc sama widzisz, że jestem zajęty robotą.

– A ty myślisz, że ja jestem na wczasach? Ja też ciężko pracuję – syknęła.

          – No, już dobrze, nie gniewam się. To do jutra, pa. Daj buziaka na pożegnanie. 

Czy ja dobrze usłyszałem?. 

Tego już było za wiele. Ciągle trzymałem rękę na coraz bardziej gorącej klamce. Jeśli ona wychodząc stanie w drzwiach, zorientuje się, że podsłuchiwałem rozmowę. Wolałem więc jak gdyby nigdy nic ot, wejść po prostu tak jak robiłem to zwykle, żeby i ojca nie stawiać w głupiej sytuacji. 

Wszedłem. Ojciec pochylony nad sandałem kończył śpiewać jedną ze swoich ulubionych piosenek,

 – …Bagnet mnie ukłuje, śmierć  mnie pocałuje, ale nie ty…


Wszystkie opowiadania Zenona Rogali

TUTAJ

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: