Żołnierz

Zenon Rogala

 


 

 

 

          To były nasze pierwsze wakacje. W dodatku pierwsze wspólne, w dodatku pierwsze wyjazdowe, w dodatku nad nasze kochane, polskie morze. W końcu powiem to najważniejsze, na pierwsze, wspólne, wyjazdowe wczasy, nad morze, na które jedziemy naszym pierwszym nowiusieńkim samochodem.

Chyba pominę te wszystkie emocje, które ze zrozumiałych wyżej względów towarzyszyły nam, również po raz pierwszy  w tej wakacyjnej przygodzie.

          Iwona  świetnie zdawała egzamin jako pilotka, dzierżyła w rękach atlas samochodowy, czujna na wszelkie niezgodności drogi narysowanej w atlasie z tą istniejącą w rzeczywistości. Ponadto studiowała dodatkowo przewodnik po naszym pięknym kraju, z zaznaczonymi miejscami,  które warto odwiedzić w czasie jazdy z góry na dół, czyli z Krakowa do Łukęcina . I jeszcze jedno wystąpiło tego dnia jako pierwsze, dzień zapowiadał całkowitą, trwałą, odmianę, bo był pierwszym od wielu dni, dniem pogodnym i słonecznym. Potwierdziła się coroczna zasada, że termin mojego urlopu uruchamia pogodę wczasową.

          Iwona dzielnie, poza obowiązkami pilotki, sprawdzała się także jako kelnerka podająca już posłodzoną kawę, aby kierowca nie zasnął niespodziewanie prowadząc tyle godzin nowy samochód. Ponadto czas jazdy poświęcała na sprawdzenie funkcjonowania i zastosowania różnych udogodnień technicznych, w jakie producent wyposażył kokpit tego pojazdu. Co chwilę otwierała i zamykała klapę do pojemnika podręcznego, gdzie sprawdzała czy znajdująca się tam latarka faktycznie posiada sprawną baterię, w razie gdyby trzeba w nocy szukać drogi. Poza tym konieczne było ustalenie ilości stacji radiowych w radioodbiorniku, skuteczności ogrzewania, chłodzenia i klimatyzacji, oraz sprawdzanie, czy wskaźnik zużycia paliwa zbyt szybko nie zmierza w kierunku, na końcu którego jest złowrogi napis: 0. 

A najważniejsze zadanie jakie sobie postawiła, to abym nie zasnął, więc cały czas zabawiała mnie rozmową opowiadając o czasach szkolnych i nieco późniejszych, oraz o napiętych stosunkach w pracy. 

           Już dobrze po przejechaniu połowy trasy zrobiliśmy obowiązkową przerwę w podróży i z wypchanym smakołykami koszykiem, udaliśmy się na piknik na skraj niedalekiego lasu. To chyba emocje związane z takim programem podróży spowodowały, że piękny kraciasty koc, na którym siedzieliśmy pod lasem, pozostał na tym miejscu na pamiątkę naszego pobytu, co uświadomiliśmy sobie po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrach.      

          Wpierw zobaczyłem na lewym poboczu drogi, grupę kilku kobiet. Czułem, że oznacza to coś niedobrego. Takie ich zachowanie, gwałtowność ruchów i gestykulacja świadczą, z ci ludzie są świadkami czegoś gwałtownego i że zetknęli się z czymś niezwykłym.  Jedna kobieta stała z wyciągniętymi do nieba rękami i coraz to opuszczała je na twarz. Tak wygląda ktoś, kto woła o tak zwaną pomstę do nieba.                      

          Zwolniłem. Na poboczu drogi gromada kilku kobiet skupiała się wokół czegoś leżącego, czegoś, czego nie widziałem. Na samym skraju drogi jedna z kobiet klęcząc uderzała pięściami w ten skrawek ziemi tuż przed swymi kolanami.          

          – Nie zatrzymuj się – głos Iwony zawierał świadomość dramaturgii zdarzenia, ale też ciekawość.

          Pozostała w samochodzie. Ja przeszedłem na drugą stronę szosy i wracałem powoli w stronę rosnącego zbiegowiska. Od strony niedalekiego zabudowania, z trudem biegła otyła kobieta w szerokiej spódnicy. W jednej ręce trzymała nadmiar materiału, aby nie przeszkadzał w biegu. 

          – Jezus Maria, Jezus Maria – wołała z daleka.

     – Tadziu, synku mój, Tadziu – wrzeszczała, byłem pewien, że go  nie

widziała, ale wiedziałem, że woła swego synka.

          A Tadziu leżał na dnie przydrożnego rowu. Ręce miał rozrzucone jak mały Jezus gotowy do ukrzyżowania. Nawet główkę miał tak przechyloną na bok, jak widzi się to u dużego. Oczy też miał jak on zamknięte, ale zamiast korony, zakrwawione czoło otaczało coś szarego. Nikt nie zbliżał się do Tadzia, leżał on na tym zielonym kobiercu, gdzieniegdzie przetkanym żółtymi  mleczami. 

          Kilkanaście metrów dalej, tuż nad rowem, zobaczyłem tył  jasnego samochodu z zagraniczną rejestracją, a ta pani co biła pięściami ziemię przed swymi kolanami, jeszcze przed chwilą prowadziła to jasne, zagraniczne auto.

            – Bawił się przed domem … idę na wojnę …idę na wojnę, śmiał się … cały czas mówiłam nie biegaj po szosie… Jezus Maria, Jezus Maria … za co mnie to spotkało – z trudem zeszła na dno rowu i uklękła obok małego ciałka Tadzia.

            – Bawił się przed domem … idę na wojnę …idę na wojnę, śmiał się … cały czas mówiłam nie biegaj po szosie… Jezus Maria, Jezus Maria… za co mnie to spotkało…

          Pochyliła się nad synkiem. Jej matczyna twarz była wstrętna od rozpaczy, mokra od łez, wykrzywiona bólem i całkiem niepodobna do tej matki spod krzyża na kościelnym obrazie. Podniosła bezwładne ciałko i klęcząc na dnie rowu, odsłoniła plastikowy karabin, śmiercionośną zabawkę małego żołnierza.

– Pierwsza ofiara  – usłyszałem od Iwony po powrocie.

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: