Agent

.

Zenon Rogala

 


 

                                             W rocznice urodzin Edwarda Stachury

 

          – Tylko do pana mam zaufanie. Tylko panu to powiem, bo tylko pan mnie zrozumie. Ale jest to śmiertelna tajemnica i nikomu nie może pan jej zdradzić, bo za to śmierć nagła i niespodziewana pana spotka. 

          Ręce miał tak spocone, że co chwilę wycierał je w ten sam kawałek chusteczki, całkiem bez skutku, bo dalej były wilgotne. Za to wargi miał tak suche, że wyglądały jakby były niestarannie wycięte z różowego, popękanego pergaminu, ani  śladu wilgoci, choć co jakiś czas mlaskał nimi bezgłośnie. W piwnicy panował półmrok, było co prawda maleńkie okienko, ale było dokładnie zasłonięte starymi gazetami, z przytwierdzoną na nich tekturą z reklamą Pepsi. Sterty gazet, kiedyś ułożone w słupki pod sam sufit, zajmowały to pomieszczenie jak jaskiniowe stalagnaty. Niektóre z nich, przechylone i nie trzymające pionu pokrywały część podłogi. Już pierwszy rzut oka pozwalał zorientować się, że były tu gazety jeszcze przedwojenne, jak też wydawane tuż po wojnie i obecnie. Te przedziwne, postrzępione słupki, złożone z cienkich stron papieru gazetowego, zdawały się podtrzymywać prawie  niewidoczny sufit. Postawiona na skrzynce po owocach lampa naftowa rzucała drgające światło na tą przedziwną scenografię. 

           – Wczoraj znów do mnie nadawali. Bardzo naciskają na mnie, żebym wreszcie to wykonał, i straszą, że mi dzieciaka zabiją, a żonę zgwałcą na moich oczach. Mówią na moją Magdusię – bachor, a na moją żoneczkę – wywłoka, albo lafirynda. Ja już jestem wykończony do imentu. Wczoraj to nawet myślałem, żeby już ze sobą skończyć. Nic, tylko wejdę, myślałem, na górę, na samo dziesiąte i tylko jeden krok i po kłopotach. Ale co to da. Nikomu to nic nie da. No, może mnie najwięcej, ale to już nie chodzi o moje dobro. Zresztą po skoku znalazłbym się znów prawie przed tym zatkanym okienkiem, czyli wróciłbym do punktu wyjścia.

          – Ale z drugiej strony, chociaż tak mnie straszyli, tak osaczyli z każdej strony, tak mi życie uprzykrzyli, a ja panie, nie i nie. Nie zrobię tego choćby nie wiem co. I tak było do wczoraj. Kiedy zeszedłem tu do centrali i nastawiłem odbiór, zaraz wszystko mi się wyjaśniło. Dostałem wiadomość poufną, że oni i tak, czy ja wezmę w tym udział czy nie, i tak sami wykonają ten wyrok.

          Zapytałem wczoraj czy mogę z kimś podzielić się tymi strasznymi wiadomościami, ale nastąpiło jakieś zakłócenie w odbiorze i sam już nie wiem, czy powiedzieli, że tak, czy mi zabronili. Miałem na myśli pana, żeby zwierzyć się z tego ciężaru, sygnał był jakiś taki niewyraźny i dlatego postanowiłem panu powiedzieć, bo w razie czego powiem, jak przyjdzie co do czego, że usłyszałem, zgodę, że tak, że mogłem panu powiedzieć. Wpierw mnie pytali, co ja o panu wiem, ale jak powiedziałem pana nazwisko, to okazało się, że oni tam pana dobrze znają. Zaraz upewniali się, czy to chodzi o tego co jest kierownikiem naszej brygady w zakładzie. Ja powiedziałem, że tak i że mam do pana całkowite zaufanie i że będzie mi lżej jak z panem o tym wszystkim porozmawiam. I wtedy właśnie zaczęły  się te zakłócenia. No, to rozmawiam z panem, ale czy jest mi lżej?

          Piwnica była ciemna i ciasna.  Główny lokator wskazał mi maleńki zydel jakich teraz już się nie widuje. Widocznie został z dawnych lat. Ja przystawiłem dla niego dnem do góry skrzynkę po owocach i siedzieliśmy tak w tej jego centrali.

          – Może teraz spróbuje pan nawiązać kontakt, wczoraj się udało to może i dzisiaj będą mieli dla pana czas. Widzę, że ma pan faktycznie poważne problemy. A poza tym niech pan porozmawia o tym zamachu i spróbuje zapobiec temu nieszczęściu, – nachyliłem się do agenta i dla bezpieczeństwo szeptałem mu do ucha.

           – Dobrze spróbuję, ale musi się pan odwrócić i cicho siedzieć. Jak będę z nimi rozmawiał nawet niech pan nie wydaje żadnego dźwięku, bo jak wszystko się wyda to mogą mnie czekać jeszcze większe kłopoty. Najlepiej jak pan się odwróci i cicho siedzi.

           Niezłe ciarki przeszły mi po plecach, ale nie miałem już w tym momencie żadnego rozsądnego wyjścia.

           Kątem oka zobaczyłem jak zakłada na głowę kask motocyklowy z latarką nad czołem. Włączył latarkę, a jej światło skierował na oparty o ścianę stary grzejnik kaloryferowy. W ręce trzymał składaną antenę radiową  zdemontowaną widocznie z przenośnego odbiornika tranzystorowego „Szarotka”.

          Wyciągnął antenę na całą jej faktyczną długość, przeciągnął wzdłuż kilka razy jakby ładował ją jakąś energią i powoli i precyzyjnie wsunął jej  koniec między pierwsze i drugie żeberko kaloryfera. Zobaczyłem, że stara się, aby niklowana batuta nie dotknęła żeliwnej bandy. Jeśli zdarzyło się tak, że cienki pręt dotknął niechcący tej żeliwnej bariery, wówczas spokojnie i delikatnie wyjmował ją, znów jakby smarował w zamkniętej dłoni i ponawiał próbę.

           Siedziałem struchlały, przez głowę przelatywały mi przeróżne oglądane na filmach grozy najdziwniejsze przypadki jakiś psychopatów, dewiantów i różnej maści ludzkich dziwolągów.

            – Centrala – zaczął spokojnie. Pręcik zatrzymał się między środkowymi żeberkami tego aparatu nadawczo odbiorczego. 

           – Centrala, melduję, że w dalszym ciągu odmawiam udziału w zamachu na naszego premiera i prezydenta. Nie pozwolę, żeby stała się im jakaś krzywda. Wszystkich waszych agentów zgłosiłem swojemu kierownikowi brygady. Teraz on przejmuję nadzór nad całą waszą ekipą. Jutro o tej porze nada pierwszy swój komunikat. Nie radzę sprzeciwiać się jego rozkazom. Jeśli się dobrowolnie nie podporządkujecie, możecie ponieść dalekie konsekwencje – bez odbioru!

          Teraz już niedbale wyjął antenę, zdjął kask motocyklowy i cały spocony, ale rozpromieniony, rzucił się całkiem odmieniony, w moim kierunku.

          – No, nawet nie sądziłem, że tak łatwo mi pójdzie, hurra, jestem już wolny. 

Teraz pan, panie kierowniku, będzie miał łączność z Centralą. Oto hełm łącznościowy i wskaźnik strojenia. Niech panu dobrze służą. Może pan przychodzić tu kiedy pan chce, albo wtedy gdy przywoła pana Centrala. Tu kładę klucze. 

– Czy nigdy pan nie miał zamiaru posprzątać tych gazet. Wie pan, że to zagrożenie pożarowe. Może zanim przejmę klucze poproszę o dokonanie podstawowego porządku.

        Podniosłem z podłogi zakurzony egzemplarz i na głos przeczytałem. –„Wiadomości literackie”.

– Trzymam te gazety i inne druki, bo panie nie mogę się pogodzić, żeby ktoś tak źle życzył  naszej ziemi, – schylił się i miał już odłożone najbardziej szkodliwe dzieła.

– „ Po ogrodzie niech hula szarańcza” – no i powiedz pan co to ma być. Jak facet, którego pisaninę, być może ktoś kiedyś będzie czytał, może tak beztrosko pozwalać, powiem więcej, reklamować szkodliwą działalność szarańczy. Czy on w ogóle wie co to jest szarańcza. Gdyby on to wiedział na pewno nie podburzałby do aktywności tego nieszczęścia na ziemi. Daleko to szukać jak w Egipcie pan Bóg zesłał na lud szarańczę. Czy jemu się marzy to co było przed wiekami. 

Nie traktował poważnie tych literackich odkryć, ale wyraźnie ożywił się kiedy podniósł kolejny egzemplarz.

– Albo weź pan coś takiego, „ Się ” – no, ludzie, świat i korona nie widziały żeby takie literackie nie widomo co, takie nic, taki opiłek fragmentu mowy polskiej, trafił jako tytuł zbiorku opowiadań. Nie, świat idzie w złą stronę skoro wchodzi pan do biblioteki po jakąś książkę i co? – już na samym wierzchu jest – „Siekierezada”. Tego już, panie za wiele. „ Szeherezada „ owszem, ale nie dość, że świat ma takie problemy z tymi od Allacha to nasz szanowny poeta i pisarz, on jeszcze propaguje używanie broni białej w takim wydaniu, – powodował coraz większe zakurzenie i widać, że wolną chwilą przeglądał słupki makulatury.

– Natomiast jest coś co zwróciło moją uwagę, coś co nawet zacząłem czytać i powiem, że trochę mnie wciągnęło. Krótko i węzłowato tytuł „ Oto ”. Czy coś mi więcej trzeba. Krótko i węzłowato, prosto jak w pysk strzelił, „ Oto ”. Tu jest panie o takim facecie co zmierzył się z lokomotywą. To ja rozumiem. Ona pędzi i nawet ostrzega, że może nie zdążyć z hamulcami, a on nic, położył się tylko na torowisku i na pewno by z nią wygrał ,ale niepotrzebnie złapał za prawą szynę, więc koło lokomotywy obciachało  mu wszystkie cztery palce co na wierzchu szyny położył. Ja jednak sobie myślę, że facio był z naszej branży. Niech pan sobie wyobrazi, że zamiast podpisywać się imieniem i nazwiskiem jak ja czy pan, on stosował dziwny skrót. STED. Czy to nie dziwne, był agentem jak nic. Mówię panu, a znam się na tym,

Dlatego jednego nie rozumiem. Gość widać, że miał już życia dość i prawie i jednego razu pisze: „ gdybym to zrobił wczoraj, dzisiaj nie musiałbym już cierpieć ”, o co tu chodzi…


Wszystkie wpisy Zenka

TUTAJ

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: