wspomnienia

„Myślałem, że nie jestem tu mile widziany. To Polak wydał mnie gestapo”

 

 – mówił wizjoner Romek Marber

Przyslala Matylda Kowalska


 

Romek Marber, urodzony w Polsce projektant w Wielkiej Brytanii był fetowany, u nas – niemal nieznany. Kraków,listopad 2015 (Fot. Grażyna Makara / Agencja Gazeta)

Wymyślił ikoniczne okładki książek Penguina, jego grafiki zdobiły najważniejsze brytyjskie tygodniki, a prace ma w kolekcji Victoria and Albert Museum. W Wielkiej Brytanii Romek Marber uznany był za wizjonera, w Polsce, gdzie zdążył przyjechać przed śmiercią, mało kto o nim słyszał

„Talent, który wstrząsnął powściągliwym wizualnym krajobrazem powojennej Wielkiej Brytanii”, „człowiek który zrewolucjonizował brytyjskie projektowanie graficzne”, „jego prace miały wielką siłę i oryginalność, które pomogły zdefiniować powojenny brytyjski styl” – piszą o zmarłym niedawno Romku Marberze media na Wyspach.

Dla Brytyjczyków jest klasykiem, bez którego stylowe lata 60. nie byłyby takie same. Charakterystyczny układ okładki, który wymyślił dla kryminalnej serii wydawnictwa Penguin – nazwany na jego cześć „siatką Marbera” – kojarzą pokolenia czytelników nawet kompletnie niezainteresowanych projektowaniem graficznym. Podobnie jak okładki, które projektował dla magazynów „The Economist” i „The Observer”.

Mimo sukcesów za granicą w Polsce Romek Marber był prawie nieznany.

Pierwszą wystawę miał dopiero w 2015 r., gdy jego retrospektywę pokazało Żydowskie Muzeum „Galicja”. Na konferencji prasowej mówił po polsku, choć z wyraźnym akcentem. Trudno się dziwić – wernisaż w Krakowie był jego pierwszą wizytą w Polsce od 70 lat.

Plakat wystawy

Plakat wystawy „Romek Marber – Grafiki” materiały prasowe

Reporterka Kalina Błażejowska opisała, że gdy w końcu ktoś z dziennikarzy odważył się go o to spytać, spoważniał. – Mnie przecież Polak wydał gestapo. I jakoś… nie powinno się tak robić, ale przeniosłem tę jego niechęć na resztę społeczeństwa… Myślałem, że nie jestem tu mile widziany.

Ocalony Romek Marber

W domu rodzinnym w Turku było ich troje. Najstarszy, Kuba, urodził się w 1921 r., bliźnięta Romek i Roma cztery lata później. Marberowie byli zamożni, ojciec Mosze ze wspólnikiem prowadził fabrykę włókienniczą. – Moja rodzina była dość pobożna, ale nie związana tak mocno z religią. Ojciec był zawsze zainteresowany społecznością żydowska, był prezesem związku syjonistycznego. Ale w domu żeśmy tak dużo o tym nie mówili – opowiadał Marber dziennikarce Radia Kraków.

Z dzieciństwa pamiętał wakacje spędzane w gospodarstwie u dziadka ze strony matki, wyjadanie surowego ciasta z miski. Kolegów, Żydów i chrześcijan. Święta w synagodze. Dorosłych zmartwionych wiadomością o śmierci Piłsudskiego. Zawstydzenie, gdy ludzie pytali go, czemu nie ma tak dobrych ocen jak siostra. – Była w tej samej klasie. Ja nie byłem zbyt dobrym uczniem, bo miałem inne zainteresowania. A ona była bardzo dobra – wspominał.

Naukę kończą na trzeciej klasie gimnazjum. Gdy wybucha wojna, Romek i Roma mają po 14 lat. Rodzina Marberów jedzie do stolicy, gdzie mieszka siostra ojca. – Całe bombardowanie Warszawy spędziłem w Warszawie – opowiadał projektant. W ich dom trafia bomba, tułają się po kolejnych przepełnionych pokojach. W końcu wracają do Turku.

Tam ojciec Romka natychmiast zostaje aresztowany przez Gestapo. Na jego szczęście drugi właściciel fabryki, August Miller, podpisał folkslistę. Udaje mu się wyciągnąć Mosze z więzienia, ale ostrzega, by natychmiast wyjechał z miasta. Mosze zabiera ze sobą 18-letniego Kubę i ucieka na wschód. Reszta rodziny zostaje w Turku. Wielu Żydów wierzy wówczas, że Niemcy nie skrzywdzą kobiet i dzieci.

W grudniu 1939 r. Bronka Marber, Romek i Roma zostają wysiedleni do Bochni. Tej samej zimy Romek widzi pierwszą masową egzekucję. Zostaje wysłany do pracy w warsztacie przerabiającym ciężarówki na potrzeby wojska. Jego przełożonym jest sierżant Wehrmachtu Gerhard Kurzbach.

Któregoś razu, pod koniec trzeciego roku wojny, Kurzbach niespodziewanie zamyka bramy warsztatu, nie puszcza pracowników do domu. Tłumaczy, że muszą zostać na noc, trzeba pilnie skończyć partię samochodów. Gdy następnego dnia Romek wraca do getta, jego matki i siostry już w nim nie ma – zostały wywiezione do Bełżca.

Romek wie, że sztuczka niemieckiego żołnierza zapewniła mu tylko tymczasowy ratunek. Uciec z getta nie jest trudno, problemem jest przeżycie poza nim. Wraz z nim jadą więc dwie siostry, nastolatki. Ich rodzina opłaca przewodnika. – To był młody człowiek, Polak, dobrze ubrany – wspominał.

Udaje im się przedostać do Krakowa. Przewodnik zostawia ich w pustym mieszkaniu, idzie kupić coś do jedzenia. Nie wraca, zamiast niego przychodzi Gestapo. Siostry zostają rozstrzelane, Romek wysłany do obozu pracy w Płaszowie.

Ma szczęście. Zamiast do kamieniołomów zostaje przydzielony do pracy w stolarni: lżejszej, pod dachem. Przeżywa likwidację obozu, marsze śmierci z Krakowa do Oświęcimia i dalej, do Niemiec. Amerykańskie czołgi widzi w bawarskim miasteczku Platting. – Nie czułem nic, byłem wycieńczony – opowiadał w „Tygodniku Powszechnym”. Ma gruźlicę, kolejne cztery lata będzie jeździć po szpitalach i sanatoriach. Ale przeżywa.

Swingujący Londyn zamiast Palestyny

Jolancie Drużyńskiej z Radia Kraków mówił, że jego pierwszą myślą po oswobodzeniu był powrót do Polski. – Ale Żydzi z Polski, którzy zostali oswobodzeni wcześniej od mnie, już z niej wyjeżdżali z powodu niebezpieczeństwa. Postanowiłem, że skoro Polska mnie nie chce… – mówi łamiącym się głosem.

Przedostaje się do Włoch, chce się osiedlić w Palestynie. Wtedy jednak dowiaduje się, że jego ojciec i brat przeżyli wojnę. W sierpniu 1946 r. ląduje w Londynie. – Anglia była dobra dla obcokrajowców. Dostałem stypendia, żeby studiować, miałem te same prawa i tą samą pomoc, co każdy Anglik by dostał – opowiadał.

W 1950 r. zaczyna grafikę reklamową w St. Martin’s School of Art, później dostaje się na projektowanie graficzne w prestiżowym Royal College of Art. Po studiach odrzuca ofertę dobrze płatnej pracy w agencji reklamowej, zamiast tego zostaje asystentem typografa Herberta Spencera. W 1958 r. otwiera własne studio w centrum Londynu.

Trafia w dobry moment. Wielka Brytania lat 60. otwiera się na nowe. Kultura młodzieżowa pompuje świeżą energię w modę i sztukę. Za chwilę świat oszaleje na punkcie Beatlesów, Stonesów, Twiggy i Bonda. Potrzebę zmian czują nawet nestorzy, jak wydawany od 1843 r. brytyjski tygodnik „The Economist”.

Do końca lat 50. okładki „The Economist” składały się wyłącznie z tekstu. Teraz mają dołączyć do niego ilustracje. Za nową szatę graficzną opowiada malarz Peter Dunbar. – Nie miał pojęcia o projektowaniu graficznym i nie znał żadnych projektantów. Przyjaciel wspomniał mu o mnie. Kilka miesięcy później ktoś zapukał do moich drzwi z wiadomością, że mój znajomy właśnie został dyrektorem artystycznym „The Economist” i teraz rozpaczliwie poszukuje projektantów do robienia okładek – wspominał Marber w „Eye Magazine”.

Wściekle zielona ikona

Kluczowy telefon w karierze Marbera odebrała sekretarka „The Economist”. Redakcyjna anegdota głosi, że choć zapisała numer, nie udało jej się zrozumieć nazwiska pytającego o Romka Marbera mężczyzny. – Mówił z akcentem, choć nie tak strasznym jak ty – miała powiedzieć grafikowi.

Był rok 1961, a telefonującym był Germano Facetti, Włoch, który właśnie został kierownikiem artystycznym wydawnictwa Penguin. Marber był jednym z trzech projektantów, którym Facetti zaproponował graficzne odświeżenie kryminalnej serii wydawnictwa.

Sukces założonej w 1935 r. oficyny opierał się na prostym pomyśle: ich książki były tanie i drukowane w ogromnych nakładach. Oferta Penguina była zróżnicowana, poszczególne serie oznaczano kolorami: dramaty miały okładki czerwone, powieści – pomarańczowe, humanistyka – niebieskie, itd.

Kryminały wydawane przez Penguina były zielone. Poza kodem kolorystycznym w wydawnictwie panował jednak chaos. Proporcje tytułu i ilustracji czy umiejscowienie logo zależały od decyzji poszczególnych projektantów. Marber postanawia z tym skończyć. Wszystkie okładki serii powinny wyglądać podobnie, tak by czytelnik mógł od razu je rozpoznać, niezależnie od tego, kto jest autorem ilustracji.

By ujednolicić projekty, rozpisuje je na siatce zgodnie z zasadą złotego podziału. Pingwinka z logo umieszcza w górnym rogu, na tej samej wysokości co nazwę serii. Pod nimi tytuł, niżej nazwisko autora – dla kontrastu litery w tym ostatnim są białe. Wszystkie te elementy zajmowały łącznie jedną trzecią okładki, zostawiając pod spodem miejsce na dużą ilustrację. Marber zachował zielony kolor przypisany kryminałom, ale spokojną, trawiastą barwę zmienił na wściekły, kłujący w oczy odcień.

Sukces był natychmiastowy. Pomysł Marbera docenił nie tylko Facetti, ale przede wszystkim czytelnicy. Brytyjski dziennik „Guardian” pisał, że kryminały z okładkami Marbera sprzedawały się w takim tempie, że księgarze dzwonili do wydawnictwa, usiłując wymienić książki z poprzedniego nakładu na nowe wersje.

Siatkę Marbera zaczynają stosować również projektanci innych serii Penguina. Przez kolejne dwie dekady staje się znakiem rozpoznawczym wydawnictwa. Dziś znajduje się w podręcznikach projektowania jako ikoniczny projekt.

„Cieszę się, że jednak przyjechałem”

Marber osobiście stworzył dla Penguina kilkadziesiąt okładek. Równolegle projektował dla prasy, w 1964 r. został dyrektorem artystycznym pisma „The Observer”. Projektuje plakaty filmowe, m.in. do głośnej „Zabawy w wojnę” Petera Watkinsa. Równolegle podejmuje współpracę z Hornsey College of Art, w którym będzie uczył od 1967 r. aż do 1988 r., gdy przejdzie na emeryturę, by opiekować się ciężko chorą żoną.

Na emeryturze spisuje wspomnienia z czasów drugiej wojny światowej. W 2010 r. ukazują się jako „No Return: Journeys in the Holocaust”. Pisze w niej, że choć tęskni za Polską, nie mógłby do niej wrócić.

W 2012 r., po 60 latach od likwidacji getta w Bochni, dzięki jego świadectwu zmarły w radzieckim obozie jenieckim sierżant Gerhard Kurzbach zostaje pośmiertnie odznaczony tytułem Sprawiedliwego Wśród Narodów Świata.

Marber przyjeżdża na ceremonię do Berlina. – To doświadczenie uczy nas, że ci, którzy sieją nienawiść i nienawistne ideologie, ostatecznie przegrywają. Nienawiść nie ma przyszłości – mówi.

Trzy lata później w końcu przyjeżdża do Polski, którą opuścił jeszcze jako więzień obozu. Na nagraniu z wernisażu widać, jak tłoczą się wokół niego ludzie, Romek podpisuje plakaty i rozdaje uśmiechy. Później wyzna, że zaskoczyło go tak ciepłe przyjęcie. I że cieszy się, że jednak przyjechał. – W niedzielę poszedłem na spacer. Zawsze wiedziałem, że Kraków jest piękny. Ale jest znacznie piękniejszy, niż sobie wyobrażałem – mówi.

Romek Marber zmarł w Anglii 30 marca 2020 r. Miał 94 lata.

 

Kategorie: wspomnienia

1 odpowiedź »

  1. zal serce sciska, ze przez takich, ktorzy dla zysku wydawali ludzi Gestapo, cale zycie te ofiary nosily w sobie zal do Polski jako kraju ktory ich nie chcial. Sam bohater mowi ze nie powinno sie w ten sposob rozciagac odpowiedzialnosci, ale uczucie pozostalo . Dobrze ze do Polski zdazyl przyjechac i spotkac sie z zyczliwoscia. Wszyscy ludzie nie sa przeciez zli.

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: