Umowa Emiraty-Izrael: cnota i Realpolitik





Dawid Warszawski

.

.


Premier Izraela Benjamin Netanjahu zapowiada nawiązanie pełnych stosunków dyplomatycznych ze Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi, 13 sierpnia 2020 r.

Premier Izraela Benjamin Netanjahu zapowiada nawiązanie pełnych stosunków dyplomatycznych ze Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi, 13 sierpnia 2020 r. (Fot. Abir Sultan / Pool Photo / AP)

Po porozumieniu Zjednoczonych Emiratów Arabskich z Izraelem wszyscy oczekiwali podobnych umów między Jerozolimą a innymi państwami arabskimi. A tu nici.

Najpierw zdarzyło się to, czego się nikt nie spodziewał, a potem nie zdarzyło się to, czego oczekiwali wszyscy.

Po istotnie zaskakującej emiracko-izraelskiej deklaracji o normalizacji stosunków, współsygnowanej przez USA, komentatorzy zapowiadali, że zaraz podobne deklaracje złożą następne państwa arabskie. Tymczasem nic z tych rzeczy, przynajmniej na razie; nawet w jeszcze formalnie nienawiązanych stosunkach między Abu Zabi a Jerozolimą zdążyło już powiać chłodem.

Tak się dzieje, gdy ideologię zastępuje Realpolitik. Arabska odmowa uznania Izraela wynikała z przeświadczenia, że państwo żydowskie nie powinno w ogóle powstać (wszystkie państwa arabskie głosowały w ONZ w 1947 r. przeciwko podziałowi mandatowej Palestyny), a na pewno trwać (po przegranej w 1967 r. kolejnej wojnie szczyt Ligi Arabskiej uchwalił zasadę „3 x nie”: wobec pokoju z Izraelem, uznania go i rozmów z nim). Ponad 70 lat po fakcie ideologia wykrusza się w końcu w kontakcie z rzeczywistością: tyle przetrwał i arabski negacjonizm, i Związek Radziecki. To jednak nie oznacza gwarancji pokoju i powszechnej szczęśliwości.

Utworzone w 1971 r. Emiraty nie uczestniczyły w żadnej z arabskich wojen z Izraelem, nie mają z nim wspólnej granicy ani kwestii spornych. Dalsza odmowa uznania państwa żydowskiego w sytuacji, gdy dwaj z trzech jego głównych wojennych przeciwników już dawno zawarli z nim pokój, było jawnym absurdem. O uznanie go zabiegał od dawna i sam Izrael, nadal na Bliskim Wschodzie izolowany, i USA, pragnące normalizacji między swym izraelskim sojusznikiem i sojusznikami arabskimi. Można było więc się spodziewać, że po przełomowej decyzji księcia Mohammeda ben Zajida (nie spodziewali się jej nawet szefowie izraelskiego MSZ i MON, przed którymi premier Netanjahu trzymał negocjacje w tajemnicy) posypią się następne. Kwestia palestyńska nie powinna być przeszkodą, bo uznanie nie oznacza, że nie ma kwestii spornych: Grecja i Turcja uznają się nawzajem i są nawet w tym samym sojuszu, co nie przeszkadza im grozić sobie nawzajem od czasu do czasu wojną. Ale podobnie jak MbZ, jak nazywają Mohammeda ben Zajida, w swej decyzji kierował się Realpolitik, tak też Realpolitik, a nie negacjonizm, sprawia, że chwilowo brak następnych odważnych.REKLAMA

Emiraty, owszem, liczą na korzyści gospodarcze, ale przede wszystkim na możliwość zakupu najnowocześniejszej broni amerykańskiej, co możliwe jest mocą ustawy Kongresu, tylko jeśli skutkiem nie będzie utrata przez Izrael jakościowej przewagi wojskowej. Na pierwszym miejscu listy Emiratów są myśliwce F-35, niezbędne i do odparcia zagrożenia z Iranu, i do przeciwstawienia się Turcji, z którą mają konflikt i w Libii, i w kwestii śródziemnomorskich zasobów gazu: emirackie F-16 stacjonują od niedawna na Krecie. Turcja zaś swe F-35 utraciła, bo zakupiła rosyjski system antyrakietowy, i MbZ chętnie by wykorzystał tę przewagę. Ale Netanjahu, choć musiał zaakceptować te zamiary, bo inaczej Emiraty by nie podpisały deklaracji o normalizacji, teraz publicznie przeciw nim protestuje, wiedząc, że MbZ podpisu już przecież nie wycofa: Izrael chciałby tak długo, jak się da, pozostać jedynym państwem na Bliskim Wschodzie dysponującym tymi maszynami. W odpowiedzi Emiraty zerwały tydzień temu publiczne spotkanie z Izraelczykami w biurze ambasadora USA przy ONZ i oponują przeciwko „szczytowi pokojowemu”, który Stany Zjednoczone, skądinąd chętne zyskownej sprzedaży myśliwców, pragną za miesiąc zwołać w którymś z krajów Zatoki.

To są normalne przepychanki – ale następni kandydaci do normalizacji przyglądają się im i kalkulują, co mogą dostać i czy aby na pewno. Kluczowa Arabia Saudyjska, gdzie władza królewska opiera się na islamskiej prawomyślności, ociąga się z obawy przed narażeniem się na atak za zadawanie się z niewiernym wrogiem. Także inne państwa, gdzie władza jest zagrożona, bo pochodzi ze świeżej sukcesji, jak w Omanie, zamachu stanu, jak w Sudanie, czy dyktatury (sunnickiej) nad (szyicką) większością, jak w Bahrajnie, muszą mieć twarde gwarancje korzyści, nim się na normalizację zdecydują. Maroko najwyraźniej nie dostało obietnicy uznania w zamian przez USA swej okupacji Sahary Zachodniej, bo o umowie ZEA – Izrael wypowiada się cierpko. A Tunezja jest demokracją, zaś Kuwejt częściowo też: tam trzeba wręcz się liczyć z opinią publiczną, nadal hołdującej ideologii.

Wszyscy więc będą chcieli zobaczyć, ile MbZ za swą Realpolitik realnie dostanie i co dalej z Netanjahu, którego czeka proces o korupcję, i Trumpem, którego czekają wybory. Cnotę sprzedaje się raz, więc warto drogo, nawet jeśli się jej już za cnotę nie uważa.

3 komentarze to “Umowa Emiraty-Izrael: cnota i Realpolitik”

  1. Faktycznie nie ma powodu do euforii, ale z całkiem innych powodów.

    Arabskie dążenie do normalizacji stosunków wypływa z racjonalnej analizy bilansu 100-letniej wojny żydowsko arabskiej: Liczba dwucyfrowa do zera. Nie tylko na polu walki, ale w dziedzinie demografii, gospodarce i umowie społecznej.

    Izraelowi przyjmie każdą propozycję normalizacji, ale wielu powodów nieformalne stosunki są lepsze od pełnych stosunków dyplomatycznych.

    Arabskie dążenie do normalizacji z Izraelem ma charakter strategiczny, jak są dążenia państw sąsiedzkich na wybrzeżu morza śródziemnego.

    Celebracja podpisu umowy w Białym Domu ma pomóc Prezydentowi Trumpowi, nam to jest dość obojętne. Normalizacja jest faktem, ze stosunkami dyplomatycznymi czy bez.

    Izrael nie potrzebuje ani łaski Arabów, ani protekcjonizmu EU, ani nawet kąśliwych komentarzy niektórych polskich publicystów, aby zrozumieć własne interesy.

    Pytanie kiedy EU i Polska zrozumieją własne. Bo ich doktryny nie są realne.

  2. Warszawski prymitywem nie jest, przeciwnie wyuzdany intelektualista, któremu żydowski garb utrudnia korzystanie z intelektualnej uczciwości, a to z kolei komplikuje poszukiwanie informacji i analizę. Zaślepiony nienawiścią do Izraela i Netanjajhu podskakuje z radości, że zrobiony kilkanaście dni temu pierwszy krok jeszcze nie spowodował rewolucji. No i w tym potwornie zdegenrowanym umyśle pojawia sie radość, no prosze nic się nie udało. Nie, szanowny panie Konstanty, tak to nie działa. Jesteśmy świadkami rewolucji wyraźnie widocznej w arabskiej prasie. Słowo noramlizacja przestało być tabu i widzimy dziś zalew głosów na rzecz zbliżenia. Ja wiem, że Panu to okropnie niemiłe, bo jak to tak? Kiedy czytam takie głosy z Iraku, Libanu i wielu innych miejsc, kiedy nagle wolno mówić i ludzie z tego korzystają, warszawski intelektualista bredzi, że nic się nie dzieje. To samo bredził przy okazji przeniesienia amerykańskiej ambasady do Jerozolimy. Są rzeczy, które muszą dojrzać i dojrzewają. Prezydent Trump wsparał wieloletnie dążenia izraelskiego premiera. Ta polityka przyniosła nie tylko tę umowę z ZEA ale i pokój w Sudanie i normalizację między Serbią i Kosowem i kilka innych rzeczy godnych uwagi.
    Lubię dowcip o pytaniu katolickiego biskupa do rabina: Czy to prawda, że u was jest już rok 5780? Tak – odpowiada rabin. – Opowiedz mi jak się skończył rok 2020.

    Można to pociągnąć z pytaniem o rok 2050, bo wtedy Polska jako 88 kraj przniesie swoja ambasade z Tel Awiwu do stokicy Izraela. (W Tel Awiwie zostanie już tylko ambasada Watykanu.)

    Chciało by się powiedzieć – Dawidzie Warszawski nie patrz na Izrael przez swój żydowski garb, spróbuj krygować swoje patrzenie rozumem, a nie uprzedzeniami. (A rozumu ci nie brak, brak ci tylko rozsądku.)

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: