Uncategorized

„Ten list jest dla mojej mamy”. Prof. Klawe protestuje przeciw upolitycznieniu Auschwitz-Birkenau

Przyslala Rimma Kaul


Agata Szczygielska-Jakubowska

Prof. Jacek Klawe z Collegium Medicum w Bydgoszczy (Andrzej Romański)- Nie przypuszczam, by to miało jakiś efekt, nawet nie spodziewam się jakiejkolwiek odpowiedzi, ale wydawało mi się, że tak należy postąpić. Pamiętajmy o XI przykazaniu Mariana Turskiego: Nie bądź obojętny – mówi prof. Jacek Klawe z Collegium Medicum w Bydgoszczy.

Agata Szczygielska-Jakubowska: Napisał pan poruszający list do ministra Piotra Glińskiego, protestując przeciwko upolitycznieniu Rady Muzeum przy Państwowym Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu na kadencję 2021-25, do rady została dokooptowana była premier Beata Szydło. Dlaczego pan to zrobił?

Prof. Jacek Klawe: Dlaczego to zrobiłem? Pewne granice przyzwoitości zostały przekroczone i należało się odezwać. Osoby, które przeżyły Auschwitz, tego zrobić nie mogą, bo większości z nich na tym świecie już nie ma. A my, jako następne pokolenie, Auschwitz nie przeżyliśmy, ale stygmat obozu koncentracyjnego został w naszych rodzinach. Są granice przyzwoitości, dobrego smaku, wychowania w końcu, może chodzi tu o wartości wyniesione z domu, których przekraczać nie należy. Tu już nawet nie chodzi o światopogląd, poglądy polityczne, przynależność partyjną itp. Po prostu tak, jak nie pluje się do talerza, to tak samo pewnych granic przyzwoitości się nie przekracza, bo to nie uchodzi i nie potrzeba na to paragrafu. Najbardziej mnie dotknęła argumentacja pana ministra, który stwierdził, że dla Rady jest nobilitacją, że taka osoba, żywcem wyjęta ze świata polityki, została powołana. A jednym z argumentów użytym przez wicepremiera jest pochodzenie pani Szydło z ziemi oświęcimskiej, co mnie, niestety, nie przekonuje i uważam to stwierdzenie wręcz za absurdalne. Zresztą, tu nie chodzi o konkretne nazwisko, chodzi przede wszystkim o to, że to pochodzenie polityczne zadecydowało, a nie faktyczne kompetencje. Dlatego uważałem, że powinienem się w tej sytuacji odezwać, nie można siedzieć cicho.

Nie uważa pan, że to nobilitacja dla Rady, że zasiądzie w niej sama była pani premier?

– Ano nie uważam. Raczej uważam, że nie powinno się stosować kluczy partyjnych do obsadzania takich stanowisk. Zresztą, jak widać, sama Rada też tego nie uważa za nobilitację. Z tego, co wiem, kilka osób już z niej odeszło, a były to osoby, które zasiadały w niej od lat i były świetnymi fachowcami.

Dlaczego politycy powinni trzymać się z daleka od takich miejsc jak Auschwitz czy cmentarze smoleńskie?

– Dla mnie to oczywiste, że takich miejsc nie należy wykorzystywać do jakichś bieżących politycznych rozgrywek. Pamiętam te czasy, w nich się wychowałem, gdy w każdej radzie musiał być sekretarz partyjny, ale wydawało mi się, że te czasy już minęły i takie rady powinny być bez czynnika politycznego. To całkowicie niepotrzebne i niesmaczne, a tłumaczenie pana ministra, że to jest taka nobilitacja… Nie jestem przekonany.

Osoby, które od dłuższego czasu są w rozmaitych instytucjach publicznych czy szacownych gremiach – jak rady muzeów – w przypadku powołania takiego nominata często mają dylemat: czy zostać i próbować ratować, co się da, czy może lepiej spektakularnie odejść, wycofać się, dać wyraz swojego sprzeciwu, ale jednocześnie liczyć się z tym, że na zwolnione miejsce może przyjść następna Beata Szydło, że proces destrukcji będzie przebiegał tym szybciej.

– Każdy z członków Rady ma teraz duży dylemat. Część osób na pewno nie będzie widziała możliwości współpracy w takim składzie, inni pewnie spróbują utrzymać kształt i poziom Rady. Ale czy się uda… Boję się, że może to być bardzo trudne, zresztą mieliśmy ostatnio w Polsce inne, podobne sytuacje. Najlepszym przykładem jest Program Trzeci Polskiego Radia: część osób na znak protestu odeszła, część usiłowała ratować legendarną Trójkę – ale skończyło się tak, jak skończyło, teraz prawie nikt ze starego składu tam nie został. Daj Boże, żeby w oświęcimskiej Radzie udało się coś uratować, po to jest mój głos, ale…

Kto powinien zasiadać w takich radach?

– Po pierwsze osoby, które się na tym znają, poza tym osoby, które nie będą tego wykorzystywały do celów politycznych. Auschwitz-Birkenau jest symbolem, tak samo jak cmentarz katyński. W tych radach powinny zasiadać osoby, które są przygotowane merytorycznie, a przy tym bezstronne i obiektywne.

Historia martyrologii Polaków, Żydów, Romów i wielu innych narodowości na terenach Polski jest bardzo trudna i bolesna, ogniskuje się w Auschwitz. Mamy dziś (19 kwietnia) kolejną rocznicę Powstania w Getcie Warszawskim. Tymczasem w ostatnich latach zdają się narastać spory, czy to my, Polacy bardziej ucierpieliśmy podczas wojny, czy Żydzi, czy może jeszcze ktoś inny był bardziej poszkodowany.

– Nie powinno się w ten sposób rozumować. Kto bardziej ucierpiał? Ucierpieli wszyscy, pamięć należy się wszystkim, a rozważania kto bardziej, a kto mniej… To przecież nie ma znaczenia, bo ucierpieli wszyscy, to nie powinno podlegać dyskusji. Ucierpiał człowiek! Moja mama była w Oświęcimiu, moja babcia, brat mojej mamy jako trzyletnie dziecko. Pamięć należy się wszystkim. Ten list jest dla mojej mamy. A wykorzystywanie tego cierpienia do czegokolwiek… To jest dla mnie absurdalne. Tu należy się zaduma, skupienie, a nie robienie polityki na grobach.

Jak to, że pana najbliższa rodzina ucierpiała w Auschwitz wpłynęło na pana? Czy przeżycia mamy i babci miały wpływ na atmosferę w domu?

– Na pewno wpłynęło to na dalsze losy tych osób. Każdy przeżywał to inaczej. U mnie w domu był to temat tabu, nie rozmawiało się o pobycie w obozie. Moja mama miała 17 lat, gdy trafiła do Auschwitz. Ja sobie tego nie wyobrażam, a mama starała się o tym nie mówić, zapomnieć. Co oczywiście jej się nie udało i do ostatnich swoich dni jakieś aluzje, wspomnienia się pojawiały. Wiedziałem, czym to tłumaczyć, ale osoby postronne nie bardzo mogły się zorientować, o co chodzi, a to właśnie były odbicia przeżyć, które dotyczyły tamtych czasów. Nie mogę zaakceptować postępowania pana ministra, dlatego napisałem mój list z protestem. Nie przypuszczam, by to miało jakiś efekt, nawet nie spodziewam się jakiejkolwiek odpowiedzi, ale wydawało mi się, że tak należy postąpić. Pamiętajmy o XI przykazaniu Pana M. Turskiego „Nie bądź obojętny”.

Jak pan sądzi, dlaczego tak mało naukowców, ośrodków naukowych, uniwersytetów obecnie decyduje się wypowiedzieć w palących przypadkach arogancji władzy? Tych spraw jest ogromna liczba, z ostatnich choćby: odwołanie prof. Bodnara z funkcji RPO, kroki podejmowane w celu pozbawienia możliwości orzekania niezawisłych sędziów, próby ideologizacji szkół i uczelni przez ministra Czarnka, próby przejęcia niezależnych od władzy mediów. A ośrodki akademickie milczą.

– Nie wiem. Co jakiś czas jednak pojawiają się głosy, nie jest tak, że jesteśmy milczącym gremium. Ale zgadzam się, tych głosów jest zdecydowanie za mało. Mój list protestacyjny wystosowałem dopiero teraz, po raz pierwszy, mimo że powinno się to zrobić znacznie wcześniej, w wielu innych sprawach, które były niemniej bulwersujące. Ale też i nie do końca czuję się kompetentny, nie działam w polityce, mogę coś poprzeć – i staram się to robić, ale nie występuję jako inicjator. W tym przypadku wypowiadam się jako osoba prywatna. Mój list to sprawa czysto osobista, wydaje mi się, że to, co robi minister, jest działaniem nie fair wobec osób, które same już się wypowiedzieć nie mogą. A większości osób, które zetknęły się z obozem w Auschwitz, już między nami nie ma.

Czy spodziewa się pan jakichś przykrości z powodu listu?

– To by mnie nie zaskoczyło, bo przykrości obecnie spotykają praktycznie wszystkich, którzy się wypowiadają przeciw tej władzy. Ale cóż, czasami trzeba się odezwać, to była ta kropla za dużo.REKLAMA

Prof. dr hab. Jacek Klawe pracuje w Katedrze Higieny, Epidemiologii, Ergonomii i Kształcenia Podyplomowego Collegium Medicum w Bydgoszczy


„Ten list jest dla mojej mamy”

Kategorie: Uncategorized

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.