Uncategorized

ABRAM CYTRYN – TWÓRCZOŚĆ ZA DRUTAMI cz. 15


Abram Cytryn

Nazywam się Lucie Bialer i jestem siostrą Abrama Cytryna. Jako jedyna z całej naszej rodziny wróciłam z piekła. Mama i Abramek zostali zagazowani w Auschwitz. Ojciec nasz, Jakub Cytryn, zmarł z głodu w getcie. Jego grób znajduje się na cmentarzu żydowskim w Łodzi. Po wojnie wróciłam do Łodzi, sądząc, że spotkam kogoś z rodziny. Pobiegłam szybko na ulicę Starosikawską, ostatnie nasze miejsce zamieszkania w getcie. Cudem uratowałam utwory Abramka, te które zostawił w naszym mieszkaniu. Było tam dużo wierszy i dużo utworów prozą. Najlepsze utwory mój brat zabrał ze sobą… Po powrocie do Łodzi poznałam Zygmunta Bialera i wyszłam za niego za mąż. Urodziłam córkę Nelly. Wyrosła na znanego adwokata. Niestety zmarła w wieku 40 lat w roku 1988. Kilka lat po śmierci mojego dziecka zmarł także mój mąż, Zygmunt Bialer. Zostałam sama. Pisanie o mojej rodzinie to mój obowiązek. Chciałabym, żeby Abramek − kiedy umrę − pozostał w pamięci przyszłych pokoleń, przede wszystkim młodych ludzi. Kiedy pisał te wiersze, był w ich wieku. Pisać, to znaczyło dla niego − żyć. Mówił często, że jeśli zabraknie mu pióra, będzie pisał własną krwią. Chciałam zadedykować tę książkę wszystkim dzieciom świata.

Jestem bardzo wdzięczna wszystkim, którzy pamiętają w Łodzi o moim bracie. Dziękuję z całego serca władzom miasta, szczególnie Panu Prezydentowi Kropiwnickiemu, że jest w Łodzi ulica imienia Abrama Cytryna. Dziękuję Pani Krystynie Radziszewskiej, że podjęła inicjatywę wydania utworów mojego brata oraz Pani Ewie Wiatr i Panu Dariuszowi Leśnikowskiemu za trud włożony w opracowanie tej publikacji. Bardzo dziękuję firmie Amcor Rentsch Polska za sfinansowanie wydania tej książki.

Paryż, luty 2009                                                                     Lucie Cytryn-Bialer


SRUL

Z okna ciemnej czeluści złotego raju bucha potężnymi kłębami bielutka para i zakręca biednym Żydkom w przeczulonych żołądkach. Przed oknem prawie, w brudnym rynsztoku, stoi rząd obłąkańców, wymachuje trzymającymi garnki rekami oraz nogami jak gromada nakręconych pajaców. Chuda, szkieletowata kobieta z haczykowatym, wiedźmowatym nosem obrzuca, a raczej opluwa, czepiającego się jej bałaganiarza wyszukanymi frazesami przekleństw. Podnosi kościstą rękę zaciśniętą w kułak i wygraża przed nosem Jojne Pilicerowi, który też jej nie szczędzi wulgarnych słówek.

− Żeby ci kiszka stolcowa zaniemogła, żeby ci spuchła jak bania i żebyś jedzenie ustami na powrót oddawał! − krzyczała czerwona jak kogut. − A tobie żeby resztki zębów odpadły, co je jeszcze posiadasz, i żebyś schudła pięciokrotnie więcej niż teraz! − Aj! Aj! − wrzeszczała kobieta i zdecydowanym ruchem zdzieliła niespodziewanie Jojne Pilicera po głowie. Byłaby wynikła bójka, gdyby się nagle nie wmieszał jakiś mężczyzna z iskrą człowieczeństwa w duszy. − Jak można! Jak można! − prawie płacząc, mówił człowiek. − Tyle cierpień na nas spadło, że tkwimy w nich po uszy.

− To on winny temu! Ten chuligan, ten wyrzutek, który siłą wdziera się do kolejki − awanturowała się kobieta i prawie że palec wtykała Jojnemu w wybałuszone ślipia. − Może tu nie stałem? − kłamał bezczelny Jojne. − Przed panią stała taka mała dziewczynka w czerwonym czepku i takie rude piegowate brzydactwo, taki mały smyk. Ja stałem przed nimi wszystkimi i przed panią też. − Precz! Precz! − wołali rozzłoszczeni ludzie w ogonku, a jeden starzec butny nawet podniósł na niego laskę.

Wtem nieopisany hałas rozdarł powietrze. Brzęknęły garnki, posunęły się nogi obute w trepy, buty i ciapcie, zagórowały pięści, zmieszały się krzyki, przekleństwa, zawodzenia, szlochy, piski, jęki i wszystko skłębione w jeden radosny chaos runęło do okna upragnionej kuchni. Z chaosu, z kłębu ciał wypadł biedny Jojne i zachwiawszy  się, runął do rynsztoka. Bryznęło błoto i jedna gruda pacnęła w czoło obłąkanego z głodu kolejkowicza, który nawet nic nie poczuł, wciśnięty w hałasujące ludzkie bydło.

− A broch! − zaklął Jojne i rzucił się w wir [zbiorowości].

Ktoś trzepnął go rondelkiem, błysnęło mu parę gwiazd, czapka ze zwisającym daszkiem wykręciła się zabawnie i wreszcie, po uciążliwej zbiorowej bijatyce, nasz gettowy bohater podał garnek i legitymację obiadową kontrolerce. Wydzielaczka zakręciła łyżką w wannie, mignęło parę kartofli. Jojnemu ślinka poleciała do gęby, przełknął ją powoli i krzyknął na zajętą mieszaniem wydzielaczkę: − Pani wydzielaczko, nieco głębiej, z kartoflami. Ta, nie zważając na radę Jojnego, nabiera mu łyżkę zupy.

− Niepełna − mruczy niezadowolony Jojne i miesza łyżką w garnku odebranym z rąk kontrolerki. Podchodzi do niego sąsiad Srul Pakuł i − trawiony ciekawością − swój długi nos wkłada do Jojnowego garnka. Ten łypie na niego zezowatym lewymokiem i miesza wściekle łyżką oblepioną zupą.

− Widzisz? Widzisz, co ta gruba świnia dała? Nawet pięciu deka kartofli nie mam.

− A broch! − przeklinał. − Żeby pękła od tych zup, co żre ich pewnie z setkę dziennie − z goryczą syczał pokrzywdzony Jojne.

„Gdyby ona chciała sięgnąć nieco głębiej” − myślał, wzdychając z żalem Jojne.

Za dobrą zupę byłby nawet gotów uściskać i pocałować pannę wydzielaczkę w czerwoniutkie usta, ale cóż z tego, [skoro ona] na takie małpiątko nie chciałaby nawet spojrzeć. Sąsiad Jojnego, odebrawszy swoją zupę, usiadł koło zajadającego

głodomora i poszedł w jego ślady. Mlaskały jęzory, trzaskały zęby, chlipały nosy, tępiały oczy. Żarli. Po jedzeniu obaj zaciekle i starannie skrobali w garnkach.
− Te! − Srul zagadnął sąsiada żartem. − Jesteś syty? Żeby ta gruba świnia tak przeżyła wojnę, jeśli ja coś czułem. Żeby tak moje kiszki były raz na zawsze napchane.
Czy ona daje prawidłową miarę? − złościł się czerwony, spocony Srul.
− Aj, waj! − zawodził Jojne. − Były czasy! He?
− Były! Były! − wtórował sąsiad. − I jajka, i sery, i chlebki, i mleczko, aj, jaj!
− Wiesz, Srul, ja przed wojną szedłem zwykle do Rudego Szmula i rozkoszowałem się libacją, że aż palce lizać. Za jedną złotówkę raczyłem się pieczoną gęsią, cebulą i czosnkiem, aż mi oczy łzawiły. Wszystko to pałaszowałem. I chleba oczywiście
było do woli. Toteż nie dziw się, że mi moje szerokie portki pękły szybko i musiałem zamówić sobie nowe, szersze. Po takiej porcji (…) czułem się w całej pełni człowiekiem.
Srul, siedzący na schodku drewnianego domku, wyciągnął długą, chudą szyjęi pochłaniał w fantazji gęś Jojnego.
− Srul − spytał Jojne sąsiada − dlaczego ty tak źle wyglądasz?
− Głupi człowieku, z czego mam dobrze wyglądać?
− Dzisiaj wyjąłeś przecież rację! Przynajmniej teraz możesz się najeść, nalizać − podjudzał Jojne.
− Pleciesz głupstwa, muszę sobie tę rację podzielić − z żalem odpowiedział Srul.
− Ty, głupi! Nie dziel swojej racji według przepisów Rumkowskiego, bo wyjedziesz karetką na Marysin − buntował go Jojne.
− Ja bym, wiesz, ostatecznie jej tak nie dzielił, gdyby nie moja utrapiona żonka − rzekł Srul.
− Ty nie patrz na nikogo, żryj, ile wlezie, a będziesz miał zapas sił na długo.
Rozmowę ich zagłuszał co chwila hałas pchającej się kolejki. Nagle Srul wstał, przez ucho garnka przeciągnął pasek i zacieśnił go dokoła chuderlawego ciała. Oddalił się od kuchni i jej zwierzęcych wrzasków. Garnek zawieszony na tyłku chrzęścił głośno
za każdym prawie krokiem Srula. Słońce, niczym pożar, rozpalonymi promieniami nielitościwie parzyło twarz wysokiego, patykowatego Żyda z pooraną, zakropkowaną piegami twarzą. Mijał podwórze za podwórzem, śmietnik za śmietnikiem − ponury, skrzywiony, rozgoryczony. Gdzieś w głębinach żołądek dręczył Srula i błagał o nieco obfitsze pożywienie. Zarysy drewniaków błyskały do Żyda rozsłonecznionymi szybami okien. Brudna, dzika dziatwa obłąkańczo biegała po rozżarzonej ziemi.
Usta ich rażącym szwargotem kaleczyły język. W oknach domów same bezmyślne, tępe oblicza. Ze śmietników ohydne wyziewy zatruwające płuca. A z nieba żar topiący wszystko w jednym niesamowitym pożarze. „A! Lejbn!” − szeptał w duchu
Srul i ocierał włochatą ręką skroplone czoło. „A, churwe! A, tojt! Aj, waj! Aj, waj!”138 − zawodził.
Wszedł na znane, kręcone schody i pchnął drzwi swej nory. Buchnął mu w twarz kalny zaduch. Mały Elek siedział na nocniku i natężał się, aż mu oczy wychodziły na wierzch.
− Nie możesz wyjść na dwór, ty sraluchu? − wrzeszczał Srul na syna, który skulił się w sobie i otworzył ze strachu błędne ślipka.
− Nie chciałam go wypuścić! − ryknęła znad dymiącej kuchni żona Hawa. − Nie wiesz, że on dopiero co był chory? Takiego dziecka na dwór nie puszczę.
− Nie puszczaj go na powietrze, niech się w tej chałupie zaśmierdzi! Słońce jest, pogoda, dzieci. Niech idzie do nich, a nie tu siedzi jak kołek − krzyczał Srul na żonę. Mały Eluś z przerażenia wstał z nocniczka. Panicznie bał się ojca, gdy ten wpadał
w gniew.
− Wykupiłaś rację? − spytał nagle Srul Hawcię. − Wykupiłam − odrzekła. − Ale co ludzi tam było, co za straszny bałagan, to niech Bóg broni!
− Wiesz co, Hawa − zaproponował nagle jej mąż − wydziel mi moją porcję cukru, marmolady i będziesz miała spokojną głowę.
− Jeszcze nie zgłupiałam. I co ty zrobisz ze swoją porcją? Zeżresz ją przez jeden dzień, a potem wyciągniesz język, znamy się na tym, Srul − oponowała Hawa.
− Słuchaj no, kochanko! Jak ja sobie moją rację życzę, to ty mi odmawiasz. Jakim prawem?
− Srul, nie rób awantur. Ja ci twoje dam i żryj. Hawa postawiła wagę na stół i wkrótce oddała Srulowi należną porcję. Przed
nim na talerzu bielił się cukier i wdzięczyła się marmolada. Żona obserwowała go. Zrobiło mu się niemiło. Jej oczy go prześladowały i jakby nakazywały: „Nie rusz tego! Nie rusz.” Spróbował jedną łyżkę cukru, nieśmiało, jedną marmolady i doszedł do wniosku, że jak zje naraz całą marmoladę i ćwierć kilo cukru, to świat się też nie zapadnie. Szczególnie niewinne z pozoru smarowidło kusiło jak magnes.
Nagła myśl olśniła Srula. „Zjedz swoje pół kilo chleba, a raz, porządnie nabędziesz siły i zdrowia.” Wstał, chwiejnie zbliżył się do szafki i wydobył ćwiartkę swojego chleba.
Hawcia odwróciwszy się, zawołała:
− Bój się Boga! Co ty chcesz zrobić?
− Jednorazowy zastrzyk vigantolu − odpowiedział Srul. − A potem wyciągnąć kopyta z głodu − dokończyła Hawa.

Srul spokojnie pokroił ćwiartkę chleba na spore kawałki i nasmarowawszy je marmoladą i posypawszy cukrem, wziął się do jedzenia. Ty wariacie! − ryknęła rozpaczliwie żona i chwyciła resztę chleba ze stołu.
− Daj! − wrzasnął Srul, aż mu ślina prysnęła z gęby.
− Co będziesz jadł jutro i pojutrze, durniu? − pytała gorączkowo żona.
− Moją żółć zjem jutro, a pojutrze albo pójdę na Marysin, albo będzie po wojnie.
Srul wyrwał nagle chleb Hawie, rozszarpał go z wściekłości palcami i, rozwścieczony do najwyższego stopnia, nie mógł złapać oddechu. Potem usiadł przy stole i ponownie wziął się do jedzenia. Hawa przybrała wojowniczą postawę. Trzymając w lewej ręce żelazny haczyk, zbliżała się do męża.
−Hawcia, jak ty mnie ruszysz, to ja cię zamorduję! Ta natychmiast przedstawiła pokojowe warunki:
− Albo wyrzekniesz się chociaż dwóch kawałków na jutrzejsze śniadanie, albo będzie tutaj wielka awantura.
Srul bał się groźnej broni, jaką trzymała w lewej ręce żona. Nieraz czuł ten haczyk − istne przekleństwo − na swoim ciele, nieraz też chciał wyrzucić ten kawałek żelaza, ale bał się gniewu swej małżonki.

Wszystkie wpisy Abrama TUTAJ

Kategorie: Uncategorized

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.